_liz

Niewiedzialne obrazy (7)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

VII

Dziś wziąłem ze sobą blok i węgiel. Nie wiem dlaczego, ale czuję, że będą mi potrzebne. Może uda mi się coś narysować. Może uda mi się JĄ namalować.

Nie wie, że cały czas ściskam to w rękach. Nie jestem pewien czy nawet wie, że tu jestem. Cały czas leży skulona w łóżku, z twarzą skierowaną w stronę okna. Nie odzywa się.

Usiłowałem rozpocząć rozmowę, ale ani drgnęła. Przez myśli przeszło mi, że może się obraziła. Tylko nie wymyśliłem powodu. Może ma żal o to, że wczoraj wzbudziłem niepotrzebne wspomnienia. Dawny ból.

Byłem przekonany, że tylko we mnie rozdrapały się dawne rany. Chyba jednak nie...

Ale przez jej milczenie pogłębiam się we własnej czeluści. Czuję jak moje żyły wypełnia ropa, która za kilka sekund utworzy zatory i nie przepuści krwi. Zwoje mojego mózgu już są przytłoczone ołowiem gorzkich wspomnień. Oczy powoli tracą kontakt z rzeczywistością i odpływają w inny świat.

Wracają głosy i obrazy dawno utracone. Znów te przeklęte wyrzuty sumienia. Sam nie wiem, czy czuję się winny śmierci dwojga ludzi i katastrofalnego życia najlepszego przyjaciela, czy też tego, że odrzuciłem to wszystko i pozostawiłem innych ich własnemu losowi.

Potrząsam głową. Musze to wszystko z siebie wyrzucić zanim pogrążę się jeszcze bardziej.

Spoglądam na łóżko i na drobną postać zwiniętą w kłębek. Przez okno wpadają promienie słońca i ślizgają po jej skórze. Widzę tylko skrawek jej policzka i ramię. 'Przekręć się' zaciskam dłonie na bloku.

Ciche jęknięcie wydobywa się z jej ust. A ja zastygam w bezruchu. Oto bowiem niepozorne ciało obraca się i teraz leży przodem do mnie.

Jasna twarz, przymknięte powieki, lekko rozchylone usta, pasemko włosów opada na policzek. Nie wiem czy zrobiła to specjalnie czy to przypadek, ale kołdra zsunęła się niżej. Wstrzymuję oddech. Szyja nieco napięta, odsłonięte ramiona, ramiączko koszulki zsunięte.

Śpi...

Momentalnie zasycha mi w gardle, a moje mięśnie napinają się. Mój wzrok przesuwa się wzdłuż jej ciała. Palce delikatnie chwytają węgiel. 'Tylko się nie zbudź'

Pierwsza linia delikatna i niepewna, jakbym bał się, że ostrzejsze ruchy mogłyby to zniszczyć. Powoli jednak rodzi się we mnie coś innego. Dziwne uczucia zaczynają przejmować nade mną kontrolę i szarpać mną.

Kolejne kreski stawiam gwałtownie, co chwilę powracając na nią wzrokiem. Zatrzymuję ruch dłonie i opuszkami rozmazuję węgiel na linii jej policzka, szyi i ramienia, tworząc efekt cienia. Znów powracam do kreślenia rysów jej twarzy. Teraz spokojniej, smakując każde zagłębienie i zaokrąglenie.

Delikatnie zarysowuję kontur jej ust, opuszkiem wskazującego palca wypełniając je ciemnawą barwą. Wyobrażam sobie, że mój palec przesuwa się naprawdę po jej wargach. Za ostro je nakreśliłem, trzeba złagodzić. I podkreślić rozchylenie.

"Michael?" moja dłoń zastyga

* * *

Unoszę wzrok znad kartki. Otworzyła oczy i wlepia opustoszałe źrenice we mnie. Znów wykorzystuje te swoje dziwne zdolności, żeby mnie przejrzeć i wybić z rytmu.

"Co robisz?" pyta. Nagle się do mnie odzywa? A może dobijająca cisza spowodowała, że poczuła się zbyt samotna i wolała odezwać się do mnie niż niemo wyczekiwać na coś. Przełykam ślinę i staram się odwrócić wzrok, ale nie mogę. To jak magnes.

Unosi się, a kołdra opada jeszcze niżej, odsłaniając fragment nogi. Zaciskam powieki i kieruję twarz w stronę drzwi. "Michael" jej głos miękko odbija się od moich uszu. Za miękko... Potrzebuję czegoś co mnie otrząśnie i poderwie. Coś co mnie wyniesie z tego dusznego pokoju, a ona mnie tu trzyma i nie pozwala odetchnąć nicością.

"Rysuję" odpowiadam krótko, chłodno i półprzytomnie. Nadal na nią nie patrzę. Słyszę tylko szelest kołdry i ciche stąpnięcie. Chyba wstaje. Staram się nie myśleć o tym, ani o jej reakcji, ani o tym co zamierza. A już najbardziej staram się nie myśleć o krótkiej, jedwabnej koszulce i opuszczonym ramiączku.

Staje przede mną, a ja zaciskam powieki tak mocno, jak tylko potrafię. Jej palce dotykają kartki i przesuwają się wyżej. Muska moją dłoń. Silny impuls od razu mnie przeszywa i powoduje, że spoglądam na nią.

Uśmiecha się. "Pokaż mi jak rysujesz" mówi i wyjmuje kartki z moich rak, rozkładając moje ramiona na boki. Czujecie czasami dziwne napięcie we wszystkich nerwach ciała? Takie, które może spowodować atak serca? W obecnej chwili takie spotęgowane napięcie przeze mnie przepływa.

"Liz co ty robisz?" w gardle całkowicie mi zaschło. A ona siada na moich kolanach i wtula się we mnie, odchylając głowę na bok. Ponownie sięga po kartki, jednocześnie tworząc z moich ramion zamkniętą wokół niej pętlę. Sięga dłonią do mojej prawej ręki, szukając węgla.

To się nie dzieje... nie dzieje... Pozwalam jej chwycić skrawek brudzącego artyzmu. Toksyny – ona w jakiś sposób wtłacza we mnie trucizny, które mnie osłabiają i całkowicie się jej poddaję. Kładę swoje palce na jej drobnej dłoni, żeby prowadzić ją po kartce.

Powoli, wzdłuż linii jej ciała. Czuję jak lekko drży. Po raz pierwszy.

Najwyraźniej nie było to zamierzone, bo stara się to zataić w śmiechu. "Co rysujemy?" pyta ciepło, pozwalając dalej prowadzić swoje palce w odpowiednim kierunku.

"Ciebie" odpowiadam tak cicho, jak tylko się da. Zatrzymuje dłoń i wstrzymuje oddech. Modlę się w duszy, żeby nie wstała. Teraz jest dobrze, kiedy jest tak blisko. 'Michael weź się w garść' Nigdy się tak nie zachowywałem. To tak jakby ona mnie zmieniała albo jakby wreszcie tworzyła we mnie jakiś sens.

Mięknie i opiera się plecami o moje ciało. Przymyka powieki. "Michael" to jęknięcie wzbudza niepokój "Nawet nic o mnie nie wiesz"

"Powiedz mi" mówię. Westchnięcie, rezygnacja. Wstaje, zostawiając węgielek w mojej dłoni. Wyciąga przed siebie rękę, kieruje się w stronę drzwi, jakby uciekała przede mną. "Mam ochotę na herbatę" mówi
c.d.n.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część