_liz

Niewiedzialne obrazy (6)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

VI

Belle, C'est un mot qu'on dirait invente pour elle
Quand elle danse et qu'elle met son corps a jour tel
Un oiseau qui etend ses ailes ses ailes poyr s'envoler
Alors je sens l'enfer s'ouvrir sous mes pieds


"Dlaczego tak na mnie patrzysz?" zadaje pytanie, a ja nadal zachowuje się, jakbym jej nie słyszał. Pogrążony we własnym świecie. Czy rzeczywiście jakoś inaczej się jej przyglądam?

Mrugam gwałtownie, wyrywając się z zamyślenia. "Coś mówiłaś?" pytam, jakbym dopiero co wstał z łóżka. Śmieje się. To jakby kryształki dźwięków rozbiły się o taflę szkła i przesiąkają teraz przez moją skórę. "Michael, naprawdę mnie zadziwiasz".

O co tym razem jej chodzi?
To miało być jakimś komplementem czy też uszczypliwym mruknięciem? Spoglądam na nią i znów jej uśmiech zakręca moje myśli w spirale. Tym razem wiem, że to czysty uśmiech, bez drugiego znaczenia.

"jaka jest pogoda?" pyta i kieruje twarz w stronę okna. Po co to pytanie? Tak wyrwane znikąd. "Ładna" odpowiadam krótko. Chyba powiedziałem to za chłodno, bo wzdryga się. Podciąga kolana pod brodę i oplata je ramionami.

Bum!

To jak ten moment na zdjęciu. Ta sama pozycja, ten sam wyraz twarzy. Nawet włosy tak samo układają się na jej ramionach. Chciałbym mieć teraz chociażby ołówek i skrawek papieru, żeby to naszkicować. Byłoby w tym dużo ostrych kresek i rozmytego mroku.

Palce mi cierpną. "Ostatnio wyszłam tylko na pogrzeb" mówi nieco smętnie, ale nie z jakąś szczególną boleścią.

A w moim umyśle rodzi się wizja. Delikatne światło odbijające się od jej skóry... "Chcesz wyjść?" nawet nie kontroluję swoich słów.

* * *

"Opowiedz mi coś o sobie" prosi, kładąc się na trawie

Nie odpowiadam. Dziwnie się czuję ponownie tu siadając. Po jaką cholerę zabrałem ją właśnie tutaj? W miejsce, którego od kilku lat nie odwiedzałem. Od tamtej nocy...

Ale czułem, że musze ją tutaj przyprowadzić. Wszystko przez te piekielne głosy w mojej głowie. Podpowiadają mi, że to jest dziewczyna przez którą to wszystko zaszło. A rozum odpycha to przeczucie jak najdalej. Przechylam głowę i patrzę na nią.

Twarz skierowana ku słońcu. Zupełnie jak...

"A co chcesz wiedzieć?" pytam, chcąc zmienić tor biegu własnych myśli. Wzrusza ramionami "Cokolwiek". Jej głos nie jest jednak tak obojętny. W ułamku sekundy uświadamiam sobie, że ją ciekawi moja osoba. Tylko dlaczego?

"Jaką szkołę skończyłeś?" pyta. Banalne pytanie, to i prosta, wręcz głupia odpowiedź "Liceum" mówię. "A potem?". Potem nie było nic. Były wieczne ucieczki od rzeczywistości, od bólu, od dawnych znajomych, od wszystkiego. Jednocześnie wydaje mi się, że to był koniec mojego prawdziwego życia.

"Potem nic" odpowiadam i urywam źdźbło trawy

Cisza. Tylko jakieś szmery tlą się w mojej głowie, aż przebija je jej głos "Od czego tak uciekasz?"

* * *

"Gdzie oni są?" pytam ostro, ale nie odpowiada mi, tylko wbija wzrok w chodnik. "Gdzie?!" po jasnym policzku spływa łza. We mnie wzbiera fala gniewu. Jestem pewien, że byłbym w stanie ją zadusić, jeśli mi nic nie powie. Czy ona nie rozumie, jakie to ważne? "Gdzie?!"

"Bloodyend" słowo wypada jednym echem z jej ust. Momentalnie zrywam się, żeby tam biec. A ona woła za mną. Nie słucham, tylko idę szybkim krokiem. Musze zdążyć, zanim będzie za późno.

To wszystko przestało być zabawą. Teraz to była poważna sprawa, a on zdawał się tego nie rozumieć. Był przywódcą, a zachowywał się jak dzieciak. Przyspieszam. Buzująca krew powoduje, że zaczynam naprawdę biec.

Już blisko... Dam radę... Błysk czerwono-granatowych lamp zatrzymuje mnie w miejscu. Znika cała siła.

Spóźniłem się.

Wykonuję dwa kroki do przodu i zatrzymuję się przy siatce. Asfalt nasiąka krwią. Mój mętny wzrok szuka na ziemi znajomej twarzy. Dwa ciała.

Pierwszy – Nardo. Wielokrotnie odgrażaliśmy się, że poderżniemy jemu i jego bandzie gardła. Ale nie podejrzewałem, że ktokolwiek z nas naprawdę byłby w stanie to zrobić. A jednak... Był wrogiem, powinienem czuć ulgę, a czuję się winny...

Przesuwam wzrok kilka kroków dalej. Leży drugi. Moje palce zaciskają się na siatce tak mocno, że jeszcze chwila a pęknie naskórek i ze mnie też wytoczy się krew. Valenti... Dlaczego on? Przecież nie on miał się bić. Nie on, tylko...

Jest. Zaciska powieki. Wiem, że zaraz przetrze oczy – zawsze tak robi. Nie, nie zrobi tego. Jakiś policjant skuł mu ręce i prowadzi go do radiowozu.

Spod moich opuszków wypływają strużki krwi.

* * *

"Od niczego nie uciekam" odpowiadam szorstko i wbijam palce w ziemię, jakbym chciał wyrwać kiściami trawę. Cztery lata zakopywałem to wszystko bardzo głęboko i zlewałem swoje życie z szarą rzeczywistością innych.

Nie chciałem już mieć własnego życia, bo to oznaczałoby powrót do przeszłości. Do tamtej nocy i do tych kilku kolejnych.

"Ciebie też dręczy przeszłość?" pyta, ale brzmi to raczej jak stwierdzenie. I znów kłujące uczucie dziwacznego powiązania wpaja się w moje wnętrze. Ale nie patrzę na nią, tylko wgapiam się w ziemię. Ma tyle racji...

Uciekam od tej przeszłości, mimo że kroczy za mną i nie chce mnie uwolnić. Powraca zawsze, gdy widzę Isabel, kiedy przechodzę koło tego miejsca, kiedy widzę kogo z dawnych znajomych. A w szczególności wwierca we mnie wspomnienia w każde święta, kiedy dostaję list.

List od mojej przeszłości – od mojego dawnego najlepszego przyjaciela, który zmarnował swoje życie. Nie odpowiedziałem na żaden z tych listów.

Nigdy.

Przekręca się na brzuch i odwraca ode mnie twarz. "Czy wszystkie nastolatki tak schrzaniły sobie życie, czy tylko ja?" pytanie retoryczne, bo każdy z nas czymś sobie komplikuje marną egzystencję. "Zachciało się dziewczynie iść swoimi ścieżkami" mruczy z goryczą i kpiną "Nie chciałam być jak matka, a właśnie tak skończyłam"
c.d.n.




Poprzednia część Wersja do czytania Następna część