_liz

Ruchome piaski (7)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

VII

Sen. Jeszcze nigdy wcześniej nie miał snu, który wydawałby mu się tak rzeczywisty. A ten taki był. Jakby wszystko rozgrywało się naprawdę. Gwiazdy. Miliardy gwiazd na ciemnym niebie. Kilka mgławic. Wydawało mu się, że kieruje się na jakąś planetę. Gwałtownie spada w dół, przesączając się przez atmosferę niczym deszcz. I nagle poczuł grunt pod nogami. Rozejrzał się uważnie. Nigdy wcześniej tu nie był. Dziwne barwy, za ostre jak dla niego, zbyt wyraziste, aż raziły w oczy. Uniósł wzrok w stronę ciemniejącego nieba. Uwagę przykuły dwa księżyce i kilka innych ciał niebieskich, które tworzyły dziwną formację. Nim zdołał powrócić spojrzeniem na świat wokół, ziemia błyskawicznie osunęła mu się pod nogami, a on runął w dół. Kręciło mu się w głowie. Teraz był w zupełnie innym miejscu. Ciemne i puste korytarze nie wróżyły nic dobrego. Rozejrzał się uważnie dokoła. Cisza, mrok. Nie miał nic do stracenia, ani nie miał innego wyboru, jak podążyć którymś z tych korytarzy. Skierował się tam, skąd wyłaniała się struga jasnego światła. Ogromna sala. Wszedł do środka, słysząc głosy dobiegające stamtąd. Pierwszą osobą, którą zobaczył był wysoki mężczyzna o zimnych, stalowych oczach. Kolejny krok w głąb pomieszczenia przyniósł ulgę i nagły przypływ wrzącej euforii.

— Liz! – krzyknął i podbiegł bliżej
Ona jednak nie drgnęła. Nikt nie drgnął, jakby go nie słyszeli, jakby go tutaj nie było. Był w stanie podejść jeszcze bliżej i dotknąć jej, ocucić ją, zabrać stąd. Ale wtedy pojawiła się nieoczekiwanie trzecia postać. Mały chłopiec o złośliwym i nieprzychylnym uśmiechu. Nicholas. Max zaczął szybko analizować fakty. Jego wzrok płynnie przesuwał się z postaci chłopca na postać mężczyzny. Więc to musiał być Kivar. A Liz... Ona była na Antarze.
* * *
Kivar siedział znudzony na tronie, opierając głowę o jedną dłoń i nucąc coś pod nosem. Nie zmienił ani pozycji ani wyrazu twarzy nawet w chwili, gdy kolejni goście kłaniali się mu, jako władcy. Nigdy nie lubił takich balów, przyjęć i innych tym podobnych obowiązków. Teraz czekał tylko na spóźniającą się siostrę i na upragnioną godzinę zakończenia tego, jego zdaniem, debilizmu. Najchętniej w ogóle odwołałby ten coroczny bankiet, ale nie... oczywiście jako władca musiał jednak przestrzegać kilku reguł. Chociaż w jego wypadku i tak było to ogromnym poświęceniem z jego strony. Wszyscy doskonale wiedzieli, że on może wszystko. Odwołać każde święto, zamienić dzień z nocą, zabić bez większego powodu. Ale on sam wiedział też, że kilku obowiązków się nie wyprze. Urządzania corocznego bankietu też. To leżało w jego interesie. Zawsze przybywali ambasadorzy, a czasem nawet władcy, pozostałych planet układu i najważniejsi urzędnicy Antaru. Zniszczenie ich ulubionego, płytkiego i niepotrzebnego obrządku mogłoby wywołać oburzenie i doprowadzić do zerwania wielu układów pokojowych. Nie to, żeby Kivar obawiał się wojny. Tego bał się najmniej. Przejmował się raczej możliwością utraty kontroli nad nimi. Mężczyzna uśmiechnął się pod nosem. Tak, kontrola. Oni nawet nie wiedzieli, że mimo swoich własnych władców, polityków i rządów, tak naprawdę są podporządkowani jemu. On kontrolował wszystko, wszędzie miał wpływy i od niego zależało dosłownie wszystko. I nie krył tego, że tak obszerna władza niesamowicie mu się podobała. I nie miał w tym przeciwników. Nie licząc Sereny, która była przeciwna wszystkiemu co robił, tylko bała się o tym powiedzieć. A jemu odpowiadało to, że nie wypowiadała się w tej sprawie. Cenił siostrę, szanował ją. Tylko ostatnio zaczęła go trochę denerwować. Nic dziwnego, skoro cały czas stawała po stronie tej dziewczyny. Nie dość, że musiał sobie radzić z dziwnymi reakcjami własnego umysłu i ciała na ziemiankę, to jeszcze własna siostra go popychała w ten obłęd.

— Wreszcie jesteś. – mruknął, na wpół ziewając
Zielonooka kosmitka weszła właśnie do sali i usiadła tradycyjnie na schodkach. Tym razem nie umiejscowiła się daleko. Ukłoniła się bratu i zasiadła na ostatnim schodku, tuż przy jego tronie. W sali zapanowało milczenie. Jakiś starszy mężczyzna w dziwacznym mundurze wzniósł jeden z kielichów i zawołał donośnym głosem "Zdrowie naszego wspaniałego władcy, Kivara". Wszyscy zakrzyknęli za nim i unieśli swoje puchary do góry. Kivar lekko się uśmiechnął i kiwnął lekko głową, jakby w podzięce. Ale tak naprawdę miał ochotę zwymiotować albo zaśmiać się gorzko. Nienawidził takiego podlizywania się i okazywania wierności. Zwłaszcza, że doskonale wiedział o tym, że połowa osób zgromadzonych w tej sali życzy mu jak najszybszej śmierci.

— Panie. – zabrzmiał czyjś głos
Mężczyzna przeniósł swój wzrok z barwnego tłumu na postać chłopaka klęczącego na pierwszym ze schodków. Nicholas był jego prawą ręką. Chociaż właściwie Kivar nie miałby nic przeciwko odcięciu tej prawej ręki, czy lewej, byle tylko ten mały złośliwiec przestał go tak czasami denerwować. Owszem, Nicholas był lojalny i chyba bardziej zdegenerowany niż on, ale czasami po prostu nie myślał. Mężczyzna z łatwością domyślił się o co tym razem chodzi.

— Wykonaj plan. – mruknął obojętnie

— Ale jak ich tu zwabić? – zapytał chłopak

— Możesz do nich iść i powiedzieć im prawdę. – zakpił Kivar

— Ale...

— Ty się nie martw zwabianiem. – ton mężczyzny gwałtownie spoważniał, powodując natychmiastowe uciszenie się Nicholasa – Już się tym zająłem. Ty tylko przygotuj to, co potrzebne.
Chłopiec pochylił głowę i wstał. Zaczął mamrotać coś pod nosem, ale Kivar nie zwrócił na to uwagi. Wiedział, że Nicholas wyklina i marudzi. Jak zawsze. Już miał ochotę mu coś powiedzieć, żeby go bardziej wytrącić z równowagi, ale jego słowa powstrzymało otworzenie się głównych drzwi. A przecież już wszyscy zaproszeni się zjawili. Zmrużył oczy.
* * *
Cisza momentalnie zawładnęła salą. Wszyscy z ogromnym zaciekawieniem i jeszcze większym zdumieniem wpatrywali się w przybyłą postać. Mężczyzna zerknął na swoją siostrę, która lekko się uśmiechnęła, a w jej zielonych oczach zatliły się chochliki, za którymi on sam nie przepadał. Jego zimny wzrok powrócił w stronę drzwi. Przez tłum zaczęła przeciskać się przybyła postać. Gwałtownie wstał, widząc postać drobnej brunetki... Jego żyły wypełniła furia, która jednak równie szybko jak wpłynęła, tak szybko została zastąpiona przez niedowierzanie i niepewność. Kiedy dziewczyna uniosła wzrok i odważyła się spojrzeć mu prosto w oczy, przez umysł przepłynęły mu wszystkie obrazy, które starał się wymazać. Przesunął chłodny wzrok wzdłuż jej ciała, chwytając każdy najdrobniejszy szczegół. Liz zdawała się nie przejmować ani lodowym wzrokiem mężczyzny, ani zdumionymi spojrzeniami zgromadzonych w sali. Podeszła po prostu do tronu i wspięła się po schodkach. Niepokojące mrowienie w koniuszkach nerwów i dziwne ciepło ściskające gardło, nie pozwoliło Kivarowi na jakikolwiek gwałtowny ruch, ani nawet na podniesienie głosu na nią. Zupełnie jakby jeden krok w jej stronę lub ostry ton, mógł ją zniszczyć, co pociągnęłoby w jakiś sposób jego za sobą. Zdołał jedynie ukryć wszystko co ponownie się w nim rozpętało pod półuśmieszkiem.

— Co tu robisz? – zapytał
W Liz na chwilę obudził się strach. Ten głos wywołał kolejne drobne ciarki, które sprintem przebiegły po jej ciele. Przymknęła na chwilkę oczy, starając się złapać równowagę i nie zatracić we wspomnieniu. Potrząsnęła głową, chcąc wyrzucić z umysłu myśl o jego głosie o jego spojrzeniu, o jego dłoniach.

— Zostałam zaproszona. – przyznała nieco zdławionym głosem – Poza tym zgłodniałam. – dodała już pewniej
Ta odpowiedź rozbawiła Kivara, który teraz w pełni się uśmiechnął. Ponownie na nią spojrzał, poczym zwrócił się do zgromadzonych.

— Przedstawiam wam... Ambasadorkę Ziemi.
Liz miała wrażenie, że wszyscy z lekką ulga wypuszczają z siebie powietrze. Może i miała rację. Jej obecność wprowadziła ich w stan dość mocnego szoku, a teraz znów zachowywali się jakby nigdy nic. Chociaż była pewna, że po kątach roztaczają się szepty na jej temat i różnego rodzaju spekulacje. Przebiegła wzrokiem po całej sali. Teraz wydawała się być znacznie przytulniejsza i cieplejsza niż wtedy, gdy była tutaj sam na sam z Kivarem. Wzdrygnęła się na wspomnienie o ostatnim dniu. Miała ogromną ochotę spojrzeć teraz na niego i na jego minę. Był zdumiony widząc ją i chcąc nie chcąc dawało jej to poczucie zadowolenia. Ale teraz nie byłaby już w stanie nad sobą panować. Zesztywniała i wbiła wzrok w jeden punkt, kiedy poczuła stalowe spojrzenie ześlizgujące się wzdłuż jej pleców aż na sam dół.

— Usiądź. – usłyszała miękki głos
Taki sam, jak wtedy, gdy usiłował ją wyprowadzić z równowagi, sprawić, żeby zaczęła się bać i zastanawiać. Ten sam głos, który zniszczył jej pewność w miłość do Maxa. 'Nie obrócę się, nie obrócę' zaczęła nerwowo powtarzać w myślach. Ale nie była w stanie zapanować nad sobą, nad swoim umysłem, nad swoim ciałem. Obróciła lekko głowę i zerknęła na niego, szybko odwracając wzrok, kiedy na nią spojrzał. Ale wykonała polecenie, które po raz pierwszy zabrzmiało jak prośba. Usiadła tak jak Serena, na ostatnim schodku, tuż przy jego tronie. A może usiadła jeszcze bliżej niż Serena? Może coś kazało jej tam usiąść? Starała się zapomnieć o tym kto właśnie siedzi obok niej i skupić się na wirujących parach i gwarze rozmów. Nie udało jej się to jednak... Całe jej ciało napięło się, a nieopanowane ciepło wypełniło każdy element w jej wnętrzu, kiedy chłodna dłoń przesunęła się po jej policzku, dotykając fragmentu szyi. Odgarnął pasemko włosów z jej twarzy. Musiało mu się spodobać jej nagłe drżenie i niepokój, bo przesunął palce ponownie po jej skórze. Liz zamrugała gwałtownie, modląc się o cokolwiek, co by ją ocuciło lub odwróciło jej uwagę od niezwykle przyjemnego dotyku. Jej błagania zostały wysłuchane, bo nagle dłoń Kivara sama zsunęła się z jej ciała. Miała wrażenie, że ktoś przed nią stoi, wić uniosła wzrok, wcześniej wbity w podłogę. Jakiś młody chłopak kłaniał się jej, a jego usta otwierały się, aby zadać pytanie. Skupiła się więc na jego słowach, wypychając z pamięci ułamek chwili.

— Czy można prosić do tańca? – przyjemny głos rozbrzmiał w jej uszach
Uśmiechnęła się i już miała wstać, kiedy zimny, ale niezwykle łagodny głos zza jej pleców powstrzymał ją i zniszczył złudzenia chłopaka:

— Nie można.
Chłopak odszedł, a Liz zaczęła się zastanawiać na jakiej zasadzie nie wolno jej nic robić. Bycie więźniem tutaj nie sprowadzało się do siedzenia za kratami. Wolno jej było spacerować po pałacu, po ogrodzie, wolno jej było jeść z Kivarem i Sereną, ale nie wolno jej było tańczyć? Dziewczyna obróciła twarz w stronę Kivara. Nie patrzyła na nią, tylko spoglądał w tłum, jakby wszystko nadzorował.

— Dlaczego nie wolno mi tańczyć? – zapytała, ściągając na siebie jego wzrok
Zmrużył lekko oczy, a ona miała wrażenie, że za chwilę znów ją uderzy, bo ośmieliła się do niego odezwać takim tonem. Ale wbrew jej obawom, jego oczy lekko pojaśniały, a na ustach ponownie pojawił się zarys uśmiechu.

— Skoro niedługo mam zginąć, to chciałabym się chociaż bawić w ostatnie dni mojego życia.
Mężczyzna nie odpowiedział, tylko pochylił nieco głowę. 'Niesamowita' znów udało jej się pokonać kotłującą się niepewność i przejmujący strach. Każdą inną osobę za takie pytanie, za jakąkolwiek wątpliwość natychmiast by ukarał. Ale ona... Dziwne ukłucie wewnątrz splotło się z ciepłym uczuciem, wypełniając jego trzewia przyjemną lekkością. Znów zaczęła na niego tak działać. Tak, jak nie chciał żeby działała. Tylko tym razem nie bronił się, ani nie uciekał.

— Nie zmieniłem wyroku. – powiedział spokojnie – Ale mogę ci uprzyjemnić te ostatni dni.
Wstał i zszedł na schodek niżej. Pochylił się nieco w jej stronę i wyciągając dłoń, zapytał z rozbawieniem, ale mimo wszystko poważnie i nonszalancko:

— Zechce pani zatańczyć?
Liz momentalnie opuściła wzrok. Sama nie wiedziała dlaczego. Czy zawstydzały ją spojrzenia wszystkich osób na sali, którzy nagle zaczęli spoglądać w tę stronę? Czy może to jego wzrok tak ją obezwładniał? Nie zdołała nawet się zorientował, kiedy jego dłoń chwyciła jej, a ona wstała i podążyła za nim na środek sali. Odzyskała świadomość dopiero w momencie, gdy jego druga ręka dotknęła jej pleców, a oddech odbił się od jej szyi. W jednej chwili zaczęło jej się kręcić w głowie, a już w drugiej sekundzie wszystko wróciło do normy. Prawie wszystko... Jej ciało wciąż drżało, co powodowało wyraźne zadowolenie mężczyzny. Liz przymknęła powieki, czekając aż taniec się skończy, chociaż tak naprawdę nie chciała aby kiedykolwiek się kończył.
c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część