_liz

Ruchome piaski (6)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

VI

Wrota trzasnęły, powodując, że drobne ciało dziewczyny podskoczyło w miejscu. Ale nie odwróciła się, wciąż tkwiła w miejscu, wpatrując się w czubki własnych butów. Tymczasem mężczyzna wybiegł na opustoszały korytarz. Zacisnął pięści, mając ochotę w coś uderzyć. Nie miał jednak takiej możliwości. Obrócił się i spojrzał na potężne wrota, za którymi stała ziemianka. Jej obraz w zawrotnym tempie do niego powrócił, powodując zachwianie równowagi i mdłe uczucie w żołądku. Zacisnął powieki i skręcił w stronę schodów. Zbiegał po nich jak szalony, nie przejmując się tym, ze może to doprowadzić do złamania karku. Teraz liczyła się tylko ucieczka. Jak najdalej stąd, jak najdalej od niej i od tego przeklętego uczucia, które w nim się pojawiło. Ciemne korytarze ze zdumieniem wyciągały macki swoich cieni w jego stronę, chcąc ułagodzić ból, ale nie potrafiły. Nic nie potrafiło go teraz uspokoić. Skręcił w główny hall i przyspieszył krok. Kierował się w stronę ogrodów. Nie umiał sobie poradzić z tym drażniącym strachem. Nie był to typowy strach, kiedy ktoś się kogoś boi, boi się o swoje życie czy o kogoś innego. To było inne. Bardziej ulotne. Nakłuwało go drobniutkimi igiełkami. To był strach przed zmianami, przed tym, że dziewczyna może mieć na niego jakiś wpływ. A tego nie chciał. Nie chciał być pod niczyim wpływem ani niczemu się poddawać. To mogłoby oznaczać przywiązanie, które bezpośrednio wiązało się z czuciem. A on przecież nie czuł... Do tego drażniła go wiedza, że to wszystko przez zwykła ziemską istotę, która nawet nie posiadała odpowiednio rozwiniętej inteligencji. Nie miała w sobie nic, co mogłoby go przekonać o jej wyższości nad kimkolwiek, a już tym bardziej nad nim. Powracało tylko zdanie wypowiedziane przez siostrę, że Liz używa innej broni, którą może go pokonać. Nie znał tej broni, a raczej już nie chciał znać. Przestał się nią posługiwać dawno temu. Uczucia wykasował z zasobu danych zakodowanych w umyśle. Skręcił w labirynt ciemnych żywopłotów, chcąc się w nich zgubić i już nigdy nie odnaleźć. Trafił w półkolisty zaułek z ławką. Na ławce siedziała jego siostra. Przystanął, spojrzał na nią, a potem drgnął, chcąc zmienić kierunek i znów uciec.

— Co się stało? – łagodny głos zatrzymał go
Dziewczyna wstała i powoli, ostrożnie zbliżyła się do brata. Wolała nie wykonywać gwałtownych ruchów, tak jak to się robi w pobliżu dzikich zwierząt. Nie chciała go bardziej rozdrażnić ani sprowokować do ataku czy wręcz przeciwnie do ucieczki. Stał w miejscu i nie patrzył na nią. Widziała tylko jak wszystkie jego mięśnie napinają się do granic wytrzymałości, przyspieszony oddech miesza się z wrząca furią, a pięści zaciskają się. Stanęła przed nim i niepewnie zerknęła na jego twarz, w jego oczy. Krok w tył.

— Co ci zrobiła? – zapytała z niepokojem, jakby Liz nagle stała się krwiożerczą i okrutną morderczynią
Kivar zamknął oczy i potrząsnął głową. Nie chciał sobie tego przypominać. Właściwie nic mu nie zrobiła, a jeśli nawet, było to zupełnie nieświadome. A mimo to winił ją za to, że wszystko w nim zaczęło ożywać.

— Skąd pomysł, ze coś zrobiła? – zakpił, chcąc wszystko ukryć

— Twoje oczy. – powiedziała Serena – Nigdy nie były tak... żywe. Poza tym jesteś znerwicowany. – dodała szybko
Miała rację. Jego nerwy były w strzępkach a on nie umiał tego poskładać i się opanować. To już nie było cucenie w nim wspomnień i przywoływanie pamięci o zapomnianej dziewczynie. Teraz wszystko kręciło się wokół ziemianki. Tylko i wyłącznie. Przed oczami ponownie ujrzał jej odchyloną głowę, przymknięte powieki, rozchylone usta, drżenie ciała... Wzdrygnął się, uświadamiając sobie, że znów myśli o niej tak, jak nie powinien.

— Dość! – warknął i odwrócił twarz – Nic się nie zmieniło. Nie mogło!

— A jednak. – siostra wciąż drążyła temat – Ostrzegałam cię. Ona potrafi zmieniać innych i to w nietypowy sposób...

— Nie. – przerwał jej – Nie zmieniła mnie.

— Możliwe. Ale już się boisz, że możesz się zmienić. – powiedziała i podeszła bliżej – To cię przeraża. Że przy niej zaczynasz się zmieniać. Zaczynasz czuć...

— Ha! – zakpił i cofnął się – Ja nic nie czuję i nie będę. I zwykła Ziemianka tego nie zmieni!
Obrócił się na pięcie i szybkim krokiem odszedł, wmawiając sobie nieustannie, że nic się nie zmieniło i nie zmieni. Wszystko wróci do normy rankiem. Ale sam nie bardzo wierzył, ze tak się stanie.
* * *
Dziewczyna dopiero po kilku minutach odzyskała zdolność koncentracji i myślenia. Potrząsnęła głową i nabrała głęboko powietrza. Bardzo głęboko. Obejrzała się za siebie. Pustka. Chłodna, olbrzymia, pusta sala, a po środku ona. Otuliła się własnymi ramionami. Zaczynała marznąć, a jeszcze przed chwilą była bardzo rozgrzana. Już sama nie wiedziała czy to jej ciało było tak ciepłe czy też jego. Wiedział tylko, że jego bliskość powodowała omdlenie jej zmysłów i całkowity brak racjonalnego myślenia. Przecież gdyby on sam się nie opamiętał, mogła pozwolić aby do czegoś doszło. Nie była w stanie się oprzeć. Tak jak ją odpychało jego okrucieństwo i zimne oczy, tak mocno przyciągał ją on sam. Myśl o tym, że mogłaby zatonąć w jego ramionach, poczuć bicie serca o ile jakieś posiadał, poznać jego myśli, czuć na sobie jego zachłanny wzrok, a na skórze dotyk... Potrząsnęła ponownie głowa, usiłując to wyrzucić z pamięci.

— Max... – szepnęła sama do siebie
Przecież on był tam na Ziemi i na pewno jej szukał. Na pewno. Zawsze wierny, lojalny, gotów za nią umrzeć. A ona prawie go zdradziła... I z w tym samym momencie powróciło wahanie. Skąd mogła wiedzieć, czy to na pewno była miłość. Może to tylko wdzięczność za uratowanie życia, zauroczenie jego romantycznością i bajkowym zachowaniem. Jak każda dziewczyna marzyła o kimś w rodzaju księcia z bajki, a Max spełniał te wymagania. Tylko, że dopiero z czasem okazuje się, że to zbyt idealne, żeby było prawdziwe. A może szukała jednak czegoś innego, czegoś prawdziwego. Kogoś z krwi i kości. Nie chłopca marzyciela, który chciał zapewnić jej bezpieczeństwo, ale jednocześnie przynosił cierpienie. Może nie chciała wcale czuć, ze wszystko jest piękne i idealne. Może mimo wszystko potrzebowała odrobiny strachu, który mógłby odmienić jej życie, sprawić, ze coś się stanie... Tak, jak to ujął Kivar. Drżeć na myśl o ukochanym i bać się jednocześnie. Przy Maxie czuła się szczęśliwa, ale wiedziała, że wszystko zawsze będzie takie samo.

— Nie. – powiedziała na głos
Nawet jeśli nie kochała naprawdę Maxa, jeśli to nie było jej przeznaczenie, jej prawdziwa miłość, to była mu winna lojalność. Za wszystko co dla niej zrobił on, za wszystko co zrobili inni. Nie mogła zdradzić. Dziewczyna drgnęła i podeszła do olbrzymiego okna. Spojrzała na niebo, szukając pośród miliardów gwiazd jasnego punkciku, który mógłby oznaczać Ziemię. Powoli jej wzrok przesunął się nieco w dół, wprost na ogrody. Zobaczyła Kivara, który wychodził z ciemnego labiryntu liści. Momentalnie cofnęła się do wnętrza sali. Musiała się stąd wydostać, zanim on wróci.
* * *
Skręciła nie w nieodpowiedni korytarz. Ten był wypełniony kolumnami i portretami. Zatrzymała się, przyglądając dziwnym malunkom. Wykonane podobnie do tych na Ziemi, ale nie na płótnie, nie w ramach. Obrazy znajdowały się bezpośrednio na ścianie, a barwy były tak soczyste, że miało się wrażenie, ze to żywe istoty. Krok za krokiem, powoli zbliżała się do ostatniego z portretów. Przystanęła i nieco cofnęła, chcąc mu się jak najlepiej przyjrzeć. Młoda dziewczyna, chyba w jej wieku. Śliczna... Jasna skóra, wręcz porcelanowa, nieco przeźroczysta. Drobna i krucha dziewczyna o promiennym uśmiechu, który wydobywał pokłady ciepła z samego dna duszy. Ciemne włosy, przeplatane kobaltowymi pasmami. I oczy, które wprawiły Liz w zdumienie. Najbardziej bursztynowe, jakie kiedykolwiek widziała. Istna mieszanina złota, pirytu, miedzi i kilku ognistych iskier. Pod portretem widniał podpis Ellisienne. Liz wykonała krok do przodu, wyciągając nieco rękę, jakby chciała dotknąć tej magicznej dziewczyny, ale i tak nie była w stanie.

— Co tu robisz? – zimny głos zbudził ją z zauroczenia
Obróciła twarz. Kivar. Zamarła, nie wiedząc jak zareagować. On najwyraźniej miał podobny problem. Nie patrzył na nią, tylko spojrzał na portret. Dopiero po chwili ostro powiedział:

— Idź stąd. Wracaj do siebie.
Wolała nie dyskutować. Wyminęła go najszerszym łukiem, jakim tylko się dało.
* * *
Serena otworzyła okno na oścież, wpuszczając do niewielkiego pokoju mnóstwo światła i świeżego powietrza. Liz musiała skapitulować i otworzyć oczy, mimo że jeszcze chciała spać. Śniła o Ziemi. Zerknęła na Serenę i mruknęła coś cicho, podciągając kołdrę pod szyję. Zielonooka kosmitka uśmiechnęła się i pokręciła głową. Podeszła do dziwacznej szafy stojącej naprzeciwko, otworzyła ją i machnęła ręką. Liz nie zdołała jednak uchwycić tego, co z pewnością wytworzyła za pomocą swojej mocy. Kosmitka obróciła się do niej i zapytała, ale tak cicho, jakby pytała samą siebie:

— Jakiej ty magii używasz?
Liz nie dosłyszała pytania, tylko zmrużyła oczy. Serena wskazała stolik zastawiony jedzeniem i powiedziała:

— Dzisiaj lepiej nie wychodź z pokoju przed wieczorem. – poradziła ciepło – Ale... Wieczorem ma się odbyć bal. Mogłabyś przyjść. – Liz otworzyła ust, żeby wygłosić swoją opinię, ale szybko jej przerwała – Przyjdź dla mnie. Sama wśród tych snobów się zanudzę.
Uśmiechnęła się i wyszła, zanim dziewczyna zdołała przetworzyć jej słowa. Bal. To był zły pomysł. Ostatnia rzecz, jaką by zrobiła.
c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część