_liz

Etoile II (4)

Poprzednia część Wersja do czytania

IV

Z uśmiechem przyjrzał się jej. Uwielbiał to robić. Za każdym razem wydawała mu się inna, piękniejsza, wspanialsza. Jej piękna sylwetka zgrabnie ułożona, jakby zastygła w ruchu. Z gracją i wdziękiem, bez jakiegokolwiek drgnięcia. Smukłe, gładkie dłonie splecione razem pod głową, która spoczywała na jego klatce piersiowej. Jej skóra zdawała się jaśnieć, zupełnie jakby setki drobniutkich iskiereczek czystego złota było wplecione w jej cerę. Twarz o gładkich, regularnych, klasycznych rysach promieniała dziwnym szczęściem i dumą. Lekko rozchylone koralowe usta zdawały się szeptać coś przez sen. Głębia oczu przysłonięta była powiekami. Na policzek opadał kosmyk jej włosów. Pięknych, gęstych, iście królewskich. Zawsze wyglądała dla niego jak bogini, jak ósmy cud świata, którym tylko on mógł się nacieszyć. Mruknęła coś. Jego wzrok błyskawicznie powrócił na jej twarz w obawie. Powoli otworzyła oczy i spojrzała na niego. Jej wzrok wyrażał wszystko i jednocześnie nic konkretnego. Kochała, czuła, współczuła, płakała, śmiała się, gniewała, zabijała... Uśmiechnęła się. Nie miała jakichkolwiek powodów do smutku czy złości, bo za każdym razem, gdy na niego patrzyła czuła wyłącznie spokój. Był jej i tylko ją kochał, to napełniało ją dumą, dawało jej poczucie wyższości i pewności, że jest najszczęśliwsza na świecie. Przekręciła głowę i spojrzała mu prosto w oczy. Uwielbiała to robić, bo zawsze odnajdywała tam to, czego szukała u innych, a czego ci inni nie mieli. Oczy ciemne i nieprzeniknione, w których ona odnajdywała odzwierciedlenie nocnego nieba i spokoju. Ciemne włosy, w których uwielbiała zanurzać dłonie. Uwielbiała go całego. Kochała go. Jego umysł, jego serce, jego dusze, jego ciało. Tylko on był stanie dać jej to, czego zawsze pragnęła, poczucie bezpieczeństwa i miłość. Uśmiechnął się, a jej wydawało się, że nastał dzień, zawsze wywoływało to w niej takie uczucie. Odwzajemniła uśmiech i szepnęła:

— Dobrze, ze jesteś... Rath.

— Dobrze, że ty jesteś, Mon Etoile. – odpowiedział
* * *
Stali jeszcze chwilkę na schodkach, wtuleni w siebie. Ta noc była dla nich obojga niezapomniana. Teraz Rath musiał ją odprowadzić. Gdyby nie wracała dłużej do domu jej rodzice na pewno zabarykadowaliby ją tak, że nigdy więcej nie mógłby jej zobaczyć. Przypomniały mu się jego własne słowa, które kiedyś wypowiedział. 'Tylko głupiec zostawiłby taką Gwiazdę, ku jej istnieniu. I tylko głupiec próbowałby zatrzymać ją tylko dla siebie.' Tak kiedyś powiedział, gdy nocowała u niego w kanale. Ponownie spojrzał na jej promienną twarz. Serce mu ucichło, jakby się ukołysało do snu, samym jej widokiem. Pełna paleta matowych i bezbarwnych dotąd uczuć, z każda sekunda przy niej odzyskiwała pełnię koloru, jakby szalony artysta wylewał do jego wnętrza wszelkie odcienie farb, które odzwierciedlały jego uczucia. 'Nie chcę być głupcem.' Uniósł dłoń do góry i ustawił tak, jakby przykładał ja do szyby. Liz spojrzała na niego i lekko się uśmiechnęła. Jej drobna dłoń przyłożyła się do dłoni chłopaka. Przeszło ich to samo gorące uczucie, które było nieodłączne dawniej.
* * *
Chłopiec uniósł małą rączkę i przyłożył ją do szyby akwarium. Dziewczynka uniosła swoją rączkę i przystawiła do szyby po swojej stronie szklanego domku naprzeciwko dłoni chłopca. Oboje się uśmiechnęli.
* * *
Wyciągnęła dłoń i dotknęła opuszkami szyby. Przyłożyła dłoń tak jak dawniej zwykła kłaść ją na szybie akwarium, gdy po drugiej stronie stał Rath. Uśmiechnęła się sama do siebie, a ciepłe łzy spłynęły strużką po policzkach.
* * *
Chłopak zacisnął powieki przywołując w pamięci obraz pięcioletniej dziewczynki i jej gwieździstych oczu. Lekko się uśmiechnął. Wyciągnął przed siebie rękę, wyobrażając sobie, że przyciska ją do zielonego akwarium. Poczuł ciepło przepływające przez koniuszki jego nerwów, jakby naprawdę dotykał tej szyby.
* * *
Dotknęła dłonią szyby, wpatrując się w mrok. Odskoczyła lekko, kiedy jakaś postać poruszyła się za oknem. Łomot serca ustąpił dopiero, kiedy czyjaś dłoń dotknęła szyby. Wszystko wróciło niczym piękne wspomnienie. Dom dziecka – akwarium – dłoń – Rath. Liz zbliżył się do szyby i przyłożyła własną dłoń do zabrudzonego szkła.
* * *
Rath wrócił do kanału z iskrą tego dawnego uczucia. Wydawało mu się, ze dopiero teraz tak naprawdę ożyło. Owszem, gdy ją spotkał po tylu latach również go wypełniło, ale przez tych kilka ostatnich miesięcy został z niego wyprany. Może nie potrafił jej do tej pory docenić. Dopiero wspomnienia tęsknoty otrzeźwiły go i kazały strzec swojej gwiazdy. Uśmiechnął się sam do siebie. Już miał się położyć, kiedy do środka wbiegła zdyszana Loonie. Nie zdążyła nawet złapać oddechu i wykrztusić z siebie słowa, a Rath już wiedział co się stało. Jego Gwiazda, jego Liz... Spojrzał ze strachem na blondynkę, która mówiła, a raczej mamrotała w pośpiechu:

— Mają Liz... Mają ją i gdzieś ją zawieźli. Prawdopodobnie do niej.

— Kto? – zapytał półprzytomnie

— Serena. – powiedziała cicho Loonie – Dowodzi rebeliantami.

— Wiesz gdzie są? – zapytał od razu

— Tak. – przytaknęła
Oboje wybiegli.
* * *
Całą drogę Rath miał przed oczami tylko Liz. Jej drobną postać. Jej skórę miękką i ciepłą. Uśmiech, który zawsze koił jego stargane nerwy. Dotyk jej dłoni, który potrafił jednocześnie wzbudzić falę ogromnych sprzeczności lub też wypełnić go jednym odcieniem złocistego upojenia. I jej oczy. Jedyne w swoim rodzaju. Zespolone ze sobą dzień i noc, gwiazdy i czeluść piekła, które były dla niego domem odkąd tylko w dzieciństwie zanurzył się w ich odmętach. Ona cała była dla niego uzależniająca. Tak. Jak pigułka, którą się zażywa. Zawiera w sobie takie toksyny, które powoli wpływają do żył. Zmętniają krew, trują ją i płyną do wnętrza. Sączą się strumieniami do serca i duszy. Powoli ogłupiają całe ciało. Ten jad wypełnił go całego już dawno i nie pozwala o niej już nigdy zapomnieć. Wydawało mu się, że jej morfina ciągle truje go. A z drugiej strony ów lek przynosi ukojenie w ciężkich chwilach. Sprawia, że zapomina się o bólu. Kiedy jest przy nim, wypełnia go piekielny żar, bez którego nie potrafił już żyć. Przynosi ulgę i spokój. Jeśli nie będzie mógł już czerpać tego, zginie. Zresztą nie widział sensu życia bez niej.
* * *
Powieki Liz zadrżały i uchyliły się, wypuszczając na świat ciemne cięciwy jej mrocznego spojrzenia. Ocknęła się szybko, kiedy zobaczyła nad sobą jego postać. Powrócił spokój, powróciła radość, powróciło życie. Kucnął przy niej i chwycił jej dłoń. Ścisnął tak mocno, jakby nie robił tego od wieków. Pocałował ją delikatnie, a potem powiedział spokojnie:

— Wreszcie się ocknęłaś. Odkąd przybyliśmy tu z Loonie cały czas byłaś nieprzytomna.

— Co się stało? – zapytała cicho – Pamiętam tylko tych ludzi...

— Zabiliśmy ich. – odpowiedział chłopak – To już nie ważne. Ważne, ze żyjesz.
Liz uśmiechnęła się i przymknęła lekko oczy, poczym ponownie je otworzyła. Rath wyglądał na zmartwionego, jakby coś nim targało, jakaś sprzeczność.

— Bałem się, że mogą cię skrzywdzić. Gdyby stało ci się cokolwiek... Nigdy bym sobie tego nie wybaczył. To wszystko moja wina.

— Jaka wina?

— To ja cię w to wszystko wciągnąłem. Jeśli coś ci będzie zagrażać, to będzie tylko moja wina.

— Przestań! Gdyby nie ty, to teraz leżałabym w zimnym grobie, bo zginęłabym przez tego idiotę Zana. Ale ty przy mnie byłeś i mnie ocaliłeś. Za to jestem ci wdzięczna i jeśli cokolwiek, jak to powiedziałeś, mogłoby mi się stać...To tylko z mojej winy, bo sama się o to prosiłam. Ale nigdy bym tego nie zmieniła. Nigdy!

— Nie... to tak nie powinno być...

— Przestań! – Liz podniosła głos, tak żeby dać mu stanowczo do zrozumienia co czuje, co myśli – Ja za nic w świecie nie zmieniłabym tego co się stało. Dzięki tobie zaznałam prawdziwego szczęścia i miłości. Spróbuj zabrać ode mnie to uczucie, a sama osobiście cię zakatrupię. – lekko się uśmiechnęła, gdy i on się uśmiechnął – Widzisz... – wyciągnęła wisiorek i zamachała nim przed jego oczami – To jest dowód, że nigdy nie zapominam. To jest tez symbol tego, do kogo należę. A należę do ciebie.
Uniosła dłoń i położyła ja na jego policzku. Pod jej palcami przepływały teraz łzy, których nigdy wcześniej nie widziała. Nawet nie podejrzewała, że ktoś może dla niej płakać. Z ta chwilą pokochała go jeszcze bardziej, o ile można było bardziej kochać. Uśmiechnęła się i dodała szeptem:

— Rath... Ty jesteś moją krwią, jesteś moim sercem, moją duszą, moim umysłem, jesteś mną. Jeśli kiedykolwiek odebrano by mi ciebie, umarłabym. Chce spędzić z tobą każda chwilę mojego życia. A jeśli ma mi coś zagrażać z twojego powodu... Jestem w stanie się dla ciebie poświęcić. – po jej policzku też spłynęła łza – Nazywasz mnie Mon Etoile, ale... ale to ty jesteś moją gwiazdą.
Chłopak zacisnął powieki pochylił się nad nią, żeby złożyć kolejny pocałunek na jej ustach. Ona miała racje, jak we wszystkim – nikt ich nigdy nie rozdzieli.
THE END


Poprzednia część Wersja do czytania