_liz

Etoile II (3)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

III

Rath wszedł posępnie do pomieszczenia. Jego wzrok powoli przesunął się na postać blondynki, która stała w miejscu, ani drgnęła. Odkąd wybiegł za Liz nie przesunęła się nawet o milimetr. Jakby przeczuwała, że wróci. Chłopak westchnął i podszedł do lodówki. Wyjął sobie piwo a drugie rzucił Loonie. Ta bez słowa złapała puszkę i otworzyła ja, wlewając bursztynowy napój do swoich ust. Drgnęła. Przeszła na druga stronę pokoju i rozsiadła się na kanapie. Rath spojrzał na nią niezbyt przychylnie i rozparł się na fotelu. Żadne z nich nic nie mówiło. W końcu Loonie postanowiła przerwać ten krąg milczenia. Wiedziała, że jeżeli tego nie zrobi, to za kilka sekund jej "brat" wybuchnie i wpadnie w furię, której nic nie będzie w stanie powstrzymać.

— Wróciłam z Antaru. – powiedziała na początek
Rath nic nie odpowiedział tylko wgapiał się w nią i czekał.

— Wybuchło powstanie. – mówiła dalej, wlepiając swój wzrok we własną puszkę z piwem – Przeciwnicy Kivara otoczyli pałac. Było niebezpiecznie. Więc... – napiła się i westchnęła głęboko – Więc Kivar zdecydował, że powinnam się gdzieś schronić. A gdzie mogę być bardziej bezpieczna jeśli nie tutaj u boku mojego kosmicznego brata, który w prawdzie kiedyś był moim mężem, ale jednak mi nie zagraża i potrafi mnie chronić. – zaśmiała się gorzko – Oczywiście Kivar zadecydował za mnie, nawet mnie nie pytał o zdanie. – przewróciła oczami, ale było widać, że jest wściekła i ma żal
Rath napił się ze swojej puszki, poczym rzucił nią o ścianę, gdzie rozprysła się na drobne kawałki, przy pomocy jego nadprzyrodzonych sił. Jego wzrok powrócił na Loonie. Pochylił głowę. Jakoś nie potrafił teraz na nią krzyknąć. Jakkolwiek by na to nie spojrzeć, to była z nim spokrewniona, ostrzegła go przed Zanem, uratowała Liz. Był jej coś winien. Chociażby ochronę.

— Tutaj też nie jesteś bezpieczna. – powiedział – Ani ty, ani ja. Nikt.

— Co masz na myśli? – zapytała dziewczyna, mrużąc oczy

— Mam wrażenie, że tutaj też rebelianci mają swoje wtyki. – wyjaśnił i dodał z lekką kpiną – Sean jest idealnym kablem.

— Sean? – Loonie ze zdumieniem spojrzała na Ratha

— Spotkałem go ostatnio i pytał co u ciebie. Jak odpowiedziałem, ze jesteś w domu i masz się dobrze to mu szczęka opadła. Musiał wiedzieć gdzie do tej pory byłaś.

— W takim razie... – blondynka zdawała się mówić sama do siebie – Wiedzą gdzie jest Liz i kim jest.
To od razu poderwało Ratha z miejsca. Rzeczywiście. Loonie była przecież u Liz, a jeśli ja śledzili to wiedzieli gdzie idzie. Wiedzieli gdzie jest Liz. Tego było za wiele. Nie mógł pozwolić na to. Musiał ja chronić. Być może Liz nie spodobałaby się ta opcja, może by protestowała, ale nie ma wyjścia. Nawet jeśli miałby ją chronić bez jej wiedzy, śledząc jej każdy krok.
* * *
Trzy dni później.

Rath chodził niespokojnie w te i z powrotem, a Loonie siedząc po turecku na fotelu wodziła za nim wzrokiem. Od pół godziny usiłowali ustalić kto może ich śledzić, kto może śledzić Liz i co najważniejsze – które z nich będzie jej zapewniało ochronę w jakie dni. Tak, Rath postanowił, że będą na zmiany śledzili Liz i pilnowali, żeby nic jej się nie stało. Początkowo Loonie go wyśmiała i powiedziała, ze nie będzie się bawić w niańkę, ale zmieniła zdanie, kiedy Rath zagroził jej, że ją zabije albo wyda Seanowi. Bądź co bądź tylko na takie perswazje dziewczyna była podatna.

— Dobra dzisiaj ja pójdę. – mruknęła Loonie i wstała z fotela
Posłała chłopakowi wymowne spojrzenie przesiąknięte kpiną i wyszła z kanału, zostawiając go samego. Rath jeszcze kilka chwil chodził w te i z powrotem, a potem z rezygnacją położył się na kanapie. Po chwili przyszedł sen.
* * *
Po chwili był już pod oknem Liz. Zawołał ją. Dziewczyna zeszła do niego na dół. Ale widząc minę chłopaka, nieco się przestraszyła:

— O co chodzi Rath?

— Kocham cię. I chcę żebyś była bezpieczna.

— Nie rozumiem...

— Musisz znaleźć sobie kogoś normalnego. Pragnę, abyś zaznała w życiu szczęścia i mogła żyć swobodnie. Bez ciągłej ucieczki i ukrywania się. Nie możemy być razem...

— Co? – powiedział Liz ze łzami w oczach – Kochasz mnie, ale nie chcesz być ze mną. Pragniesz mego szczęścia, a odbierasz je.

— Tak musi być. Ja mam swój los, swoje przeznaczenie, a ty swoje.

— Myślałam, że ja jestem twoim przeznaczeniem a ty moim...
Chłopak pochwycił jej twarz w swoje dłonie i pocałował. Potem odwrócił się i odszedł. Liz stała na zimnie sama.
* * *
Rath poderwał się i łapiąc gwałtownie powietrze rozejrzał się dokoła.

— Nawet o tym nie myśl. – usłyszał miękki głos
Obrócił twarz i zobaczył obok siebie Liz. Stała tuż obok kanapy i spoglądała na niego z niezwykłą czułością. Na jej twarzy nie było ani cienia tej dziwnej złości i bólu, które miała, gdy stąd uciekła kilka dni temu. Rath aż musiał się uśmiechnąć. Tęsknił za nią, ale nie podejrzewał, ze tak się ucieszy na jej widok. Teraz dotarło do niego w pełni, że nie potrafi bez niej żyć normalnie. Każda sekunda dłuży się niemiłosiernie, a jego żyły rozrywa ból. Teraz kiedy na niego patrzyła mógł spokojnie zasnąć, spokojnie oddychać. Ona była jego powietrzem, jego lekiem, jego życiem, jego wszystkim. Była częścią niego. Liz pochyliła się nad nim i zbliżając twarz do jego policzka szepnęła:

— Śniłam to co ty śniłeś.
Chłopak spojrzał na nią w zdumieniu. Czuł, ze łączy ich jakaś więź, ale nie wiedział, ze aż tak silna. A jednak. Już w sierocińcu zawiązało się to pomiędzy nimi. Dłoń dziewczyny wsunęła się na jego policzek. Fala niesamowitego ciepła przebiegła przez koniuszki jego nerwów. Skołowane myśli zaczęły swobodnie się kołysać, jakby zasypiały. Serce biło rytmem, które odczuwał w jej ciele. I przypomniał sobie swój sen. Wszystko dlatego, ze nie chciał jej narażać. A przez to, ze była z nim, groziło jej wielkie niebezpieczeństwo. Nie przeżyłby wiedząc, że to przez niego mogło jej się coś stać. I chociaż stanowiła cząstkę jego, bez której nie byłby w stanie normalnie żyć, był w stanie poświęcić własny spokój i szczęście, żeby tylko była bezpieczna. Opuścił wzrok, żeby przypadkiem na nią nie spojrzeć. Bo wtedy wszystko znikało, a była tylko ona i jego miłość do niej. I nie byłby wtedy w stanie jej tego powiedzieć, nie mógłby wtedy oderwać się od niej, ani wypłynąć swobodnie z oceanu gwiezdnych iskier, które niczym haczyki zaczepiały się w jego skórze. Gdyby w trakcie tego transu oderwał się od niej, jego wewnętrzne uczucia rozerwałyby go na strzępy. Odsunął się więc nieco. Liz wyprostowała się. Przez opuszki jej palców do jej żył dostały się okruszki lodu i cierpienia, które zaczęły sączyć się z serca Ratha. Przeczuwała, że chce ją od siebie odsunąć, że chce, żeby przestała go kochać, żeby przestała na niego patrzeć. Chce zerwać wieź. Tak jak we śnie. Nie pozwoli mu na to. Szukała go tyle czasu, cierpiała tyle, wystawiała samą siebie na ogromną próbę, więc nie zaprzepaści tego teraz. Jeśli ma żyć bez niego, to woli w ogóle nie żyć. W jej ciemnych oczach zatliły się łzy. Przysunęła się ponownie do niego i chwyciła jego twarz w swoje dłonie. Zwilżyła usta, a potem wymusiła kontakt wzrokowy. Powiedziała coś, czego on nigdy by się nie spodziewał. Czego nie był w stanie przewidzieć.

— Rath. Ja...- nie wiedziała co powiedzieć, aż natchnęło ja coś i zaczęła niespokojnie mówić – Każdego wieczoru od tej pamiętnej chwili w sierocińcu, gdy nas rozdzielono, czekałam. Siedziałam sama w pokoju i czekałam aż przyjdziesz, aż pojawisz się nagle znikąd. I stało się. Spotkaliśmy się i... i od tamtej chwili już nie mogę bez ciebie żyć. Nie rozumiesz? Jesteś dla mnie jak morfina. Trujesz mnie i zabijasz. Ale jednocześnie przynosisz ulgę, rozluźnienie. Przy tobie czuję się cudownie. Potrzebuję cię. – wzięła dłoń chłopaka i położyła na swym sercu – Czujesz? Dałeś mi życie. Dałeś mi życie, dając mi miłość. Odbierając mi siebie, zabijasz mnie. Ale ja nie odejdę! Nie zasnę! Nie będę mogła oddychać. Prędzej zatracę dech i przestanę egzystować, niż pozwolę ci odejść!
Po jej policzkach spłynęły łzy. Rath spoglądał na nią. Nie musiał analizować jej słów. Za pierwszym razem do niego od razu dotarły i wypełniły jego serce, umysł. A teraz jeszcze widok jej łez. Płakała dla niego... Pochylił się i pocałował ją. Tak mocno i tak subtelnie, jak jeszcze nigdy. Jej dłonie powoli przesunęły się na jego kark. Ramiona Ratha oplotły ją i podniosły do góry. Powoli wstali oboje i nie przestając całować, zaczęli się przesuwać. Światło sączone z kapsydów na ścianie zaczęło zmieniać barwy i wirować niczym w dyskotece. Rath zatrzymał się jednak przy samym wejściu do dawnej sypialni Zana i Avy. Jego wzrok ponownie odnalazł jej oczy. Liz łapczywie chłonęła powietrze, a jej dłonie wciąż muskały jego szyję. Ich spojrzenia zetknęły się. Zobaczyła miłość, ale tez niepewność. Uśmiechnęła się i ponownie go pocałowała. Błysk. Kosmos. Galaktyki. Mgławice. Gwiazdy. A ona pośród nich. Jego gwiazda...
c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część