onika

Romeo i Julia dwudziestego pierwszego wieku (5)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część


Romeo i Julia dwudziestego pierwszego wieku
Cz.4
Crazy weather.

Liz stała obok szkolnej bramy pogrążona w myślach.
To wszystko jest dziwne. Jeszcze wczoraj byłabym gotowa przysięgać na wszystko i wszystkich, że kocham Kaly'a,
dzisiaj tak nie jest. Moje myśli zajmuje Max Evans. Max, który zdradził mi swój największy sekret. Max, który
chciał by ktoś go wreszcie zrozumiał, ktoś z boku. Max, którego wczoraj przytulałam. Max, którego pocałunki
przyprawiają mnie o zawrót głowy. Max, który twierdzi, że ładnie mi w długich włosach...
A Kaly? Nie wiem, myślałam nad tym całą noc i doszłam do wniosku, że nie ma logicznego wytłumaczenia "nas". Teraz stoję jak słup i boje się, odczuwam ogromny strach, przed rozmową z Maxem, czy Kaly'em. Chciałabym znikać, tak jak za dotykiem czarodziejskiej różdżki.

— Smutna?

— Tristin...

— Masz potrzebę wymawiania mojego imienia?

— Bardzo zabawne.

— Tęskniłaś?

— Wiesz, że chodzę z Kaly'em.

— Mi to nie przeszkadza.

— Chciałabym zniknąć.

— Więc?

— Więc co?

— Co cię powstrzymuje od ucieczki ze mną od tej szarej rzeczywistości?

— Roswell, tu nic nie ma.

— Zaprowadzę cię tam, gdzie długo nie wyjdziesz z zachwytu.

— W Roswell?

— W okolicach…

Isabel siedziała sama w klasie, wszedł do niej Michael.

— Wyglądasz okropnie.- zaczęła Isabel.

— Dzięki.

— Wybacz. Coś się stało?

— Miałem koszmary. W roli głównej De Luca.

— De Luca? Boisz się zwykłej ziemianki?- Isabel parsknęła śmiechem.

— Zwykłej? Żebyś wiedziała jakie ma potężne struny głosowe.

— Przeżyłeś bliski kontakt z człowiekiem? Nas kosmitów potrafią wykończyć.

— Starasz się być zabawna? Ona goniła mnie z toporkiem i kiedy miała mnie wykończyć obudziłem się. To jakaś wariatka.- dodał po chwili ciszy.

— Sądzisz, że Liz i Max, że oni...

— To już nie jakaś tam kelnereczka?

— Odkąd wie mianowałam ją na wyższe stanowisko. To jak? Odpowiesz na moje pytanie?

— Nie wiem, wiem jedynie że to moja wina. Gdybym potrafił nad sobą zapanować...

— Nie możesz siebie obwiniać.- Isabel uśmiechnęła się do niego delikatnie i nieśmiało złapała jego dłoń.- Zobaczysz
wszystko się ułoży. Dla mnie zawsze będziesz bratem.

Alex i Maria siedzieli na boisku.

— Nie ma jej w szkole.

— Alex, teraz to ty tragizujesz. Mogła zachorować.

— Zawsze dzwoniła gdy była chora.- nastała cisza.- Wy coś przede mną ukrywacie, prawda?

— To nie tak.

— A jak?

— Nie wiem, kobiety mają pewne sprawy o których z zasady nie rozmawiają z kumplami.

— Ale ja jestem inny.

— Wiem i doceniam to.

— Ale?

— Nie ma żadnego "ale".

— A mi się wydaje, że jest ich całe stado.
Maria pokręciła głową i ponownie zwróciła uwagę na grających.

— Ten w niebieskiej bluzie, jest pociągający. Podnieca mnie jego pot.

— Przestań.- Alex się skrzywił.

— Chciałeś żebym z tobą o wszystkim rozmawiała, więc...

— Dobra wycofuję się.

Na jakieś szosie.

— Nie wiem co ja tutaj robię.- powiedziała Liz.

— Hm... pomyślmy. Nie chciałaś spotkać się z Kaly'em?

— Nie.

— Ani Evansem?

— Ani.

— No to sprawa wyjaśniona.

— A skąd wiesz, że chciałam z tobą?

— Poleciałaś na mój urok osobisty.

— Jesteś bardzo pewny siebie.
Liz oparła się plecami o most. Tristin podszedł do niej, otoczył ją ramionami, a ręce oparł o barierkę.

— Kocham cię Parker.

— Przestań.

— Bardzo cię kocham.

— Za dużo miłości może cię zabić.

— Dla pewnych wartości warto umrzeć.
Tristin delikatnie musnął ją w policzek i teraz nachylił się by ją pocałować. Liz w ostatniej chwili uwolniła się z jego ramion.
Tristin uderzył pięścią o barierkę i odwrócił się w stronę Liz.

— Musimy iść dalej, żeby ojciec nie zrobił mi awantury.

— Idziemy już cztery godziny.

— Poddajesz się?

— Marzysz Parker.

Maria szła z książkami przez pusty korytarz, wpadła na Michaela, a książki wypadły jej z rąk.

— Uważaj jak chodzisz.- powiedziała Maria i razem zaczęli zbierać książki, razem też sięgnęli po jedną z nich.- Poradzę sobie.

— Ja...

— Nie obchodzi mnie co ty!

— Jasne, tylko...

— Jesteś najgorszym kosmitą jakiego spotkałam.

— Mało ich było.

— Posłuchaj, to że wiem kim jesteś chyba nie oznacza że muszę z tobą rozmawiać? Z tobą czy z princess? Prawda? Mam was wszystkich gdzieś.

— Jasne.- Michael rzucił na ziemię książki i odszedł, Maria odprowadziła go oczami.

— Arogant, cham i gbur, ale bicepsy ma niezłe.- pomyślała Maria i szybko pozbierała książki.

— Doszliśmy.- powiedział Tristin.

— Pięknie.

— Przy tobie to piękno blednie.

— Dużo dziewczyn było tu przede mną?

— Jesteś pierwsza.

— Uważaj, bo ci uwierzę.

— Nie musisz. To moje małe królestwo, każdy potrzebuje czegoś takiego.

— Ostatnio zdecydowanie za dużo osób mnie zaskakuje.

— Cieszę się, że znalazłem się na tej liście.

Później w Crashdown.

— Nie było cię w szkole.

— Cześć Maria, mnie też miło ciebie widzieć.

— Musiałam się z nimi użerać sama.

— Z nimi?

— Właściwie to z nim. Wiesz z tym czubem.

— Boisz się go?

— Nie, ale mam mieszane uczucia.

— Mieszane uczucia?

— Bo w końcu nic o nich nie wiemy. Mogą mieć przecież metr wzrostu.

— Aha.

— Być zieloni.

— Aha.

— Mieś śliską skórę.

— Aha.

— I jednym swoim kichnięciem zamienić nas w proch.

— Aha.

— Podziwu godna lekkomyślność. Liz obudź się, to kosmici!!!

— Cicho.- Liz zakryła jej usta ręką, gdyż koło nich przechodził inny pracownik Crashdown.- Miałyśmy to zachować dla siebie.

— Wiem. Ale my naprawdę nic nie wiemy o tych chochlikach tasmańskich. Czy to dobre czy złe chochliki. Wiemy jedynie, że są dość strachliwe i nie mają paszportu.

— Jakie chochliki?- spytał Alex podchodząc do nich.

— Tasmańskie.

— Chochliki?

— Piszemy bajki dla dzieci.

— I nie wiemy jakie mają być te... chochliki.
Do Crashdown wszedł Max, wzrok Liz od razu na nim stanął. Maria to zauważyła.

— Czy np. nie mają mieć ponad metr siedemdziesiąt, ciemne oczy i...

— Zabójczy uśmiech.- dokończyła za Marię Liz

— Robicie bajkę dla dzieci czy film porno?

— Muszę iść.- powiedziała Liz.

— Cześć.

— Cześć, nie było cię w szkole?

— Byłam... Zajęta.

— Jasne.

— Coś podać? Colę wiśniową?

— Dzięki.

— Mogę się dosiąść?- Liz przyniosła colę.

— Jasne.

— Wiesz sporo o was myślałam.

— Naprawdę?

— Tak i mam kilka pytań.

— Wal.- Liz wyciągnęła białą karteczkę z kieszeni, na twarzy Maxa pojawił się uśmiech.

— Skąd pochodzicie?

— Nie wiem. Rozbiliśmy się statkiem w 1947.

— A więc twój statek się rozbił. Ale skoro rozbiliście się w 47 to jak to możliwe, że macie 16 lat? A może jesteś 52-latkami w młodych ciałach? A może wasz kosmiczny rok równa się trzem naszym?

— Naprawdę dużo o tym myślałaś.

— Więc?

— Gdy wyszliśmy z naszych kapsuł w 1989, to wyglądaliśmy na sześciolatków.

— Byliście zieloni, mieliście metr wzrostu i śliską skórę, zanim... Wybacz to pytanie Marii.

— Nie, wyglądaliśmy normalnie.

— Jakie macie moce?

— Potrafimy zmienić strukturę molekularną.- na dowód tego Max zamienił szklankę w wazon.

— Wow, a... czemu zniszczyłeś tamtą kasetę?

— Było na niej coś co mogłoby nam zaszkodzić.- nastała chwila ciszy.

— Muszę ci coś powiedzieć, wtedy kiedy szeryf ze mną rozmawiał pokazał mi coś. Było zdjęcie, zdjęcie z jakimś martwym człowiekiem, który miał srebrny odcisk. Uważa, że to twoja sprawka, że miałeś z tym coś wspólnego... To zdjęcie pochodzi z 1959 roku...

— Niemożliwe, przecież... Muszę iść.

— Jasne.- Liz odwróciła się za nim, podeszła do niej Maria.

— A więc, nie Kaly, nie Tristin tylko Evans?

Dużo później w klubie " Affair".

— I co z tymi waszymi chochlikami?- spytał Alex.

— Chochlikami?

— No tymi do waszej bajki.

— Rozmyśliłyśmy się.

— Ale towar.- Maria powędrowała za materiałem na koszykarza.

— Czy ty tylko potrafisz wzdychać do facetów?- spytał Alex.- Zero działania?

— To nie ja udaję, że nic nie czuję Isabel Evans, która o mały włos mnie nie rozdeptała. A za każdym razem gdy ją widzę staram się ukryć.

— To nie tak. Ja... Ona wcale mnie nie rozdeptała.

— Ale prawie.

— To nie jej wina, jest...

— Wysoka?- spytała Liz.

— Właśnie jest wysoka i mogła mnie nie zauważyć.

— Liz po której stronie ty jesteś?- Maria dopiero teraz zauważyła, że jej przyjaciółka nerwowo się rozgląda.- Nie bój się nie ma tu ani Romea, ani Don Juana, ani twojego aktualnego księcia.

— Co? Nie, ja... Przecież...

— Jasne.

— Pójdę po coś do picia.- powiedziała Liz i udała się w stronę baru.- Colę.

— Cześć Liz.

— Kaly... Ty tu?

— Nie widać?

— Musimy porozmawiać o wczorajszym wydarzeniu.

— Jasne.- Kaly próbował ją zignorować.

— Nie rób mi tego.

— Teraz to ja jestem temu wszystkiemu winny?

— Nie. Ja... to co widziałeś nie było fizyczne.

— Dolar dwadzieścia.- powiedział barman podając Liz colę.

— Nic fizycznego? Jasne. Takie tam głupie przytulanie się z Evansem.

— Nie rozumiesz mnie.

— No to spraw bym zrozumiał.

— Nie potrafię, to jest zbyt złożone...

— Jak dla takiego tępaka jak ja?

— Kaly…

— Posłuchaj dzisiaj nie mam nastroju do tego typu rozmów. Pogodzimy się jutro, ok.?

— No właśnie, bo widzisz... To nie ma nic wspólnego z Evansem, ani z tobą, ale... Ja nie chcę już z tobą chodzić.

— Wow, to zabolało.- powiedział po dłuższej chwili.

— Wybacz, chciałam być z tobą szczera.

— Ok. Jest jakiś logiczny powód?- Liz zaprzeczyła ruchem głowy, Kaly wstał i odszedł, Liz wróciła do stolika bez żadnego picia, hałas muzyki zakłócał nawet jej myśli.

— Coś się stało?

— Właśnie zerwałam z Kaly'em.- Alex i Maria spojrzeli na nią jakby miała gorączkę.

— Chcesz wrócić do domu?- spytała Maria. Liz odwróciła oczy w stronę Kaly'a.

— Nie.

***

Liz wycierała stoliki, było już koło 21.00. W Crashdown siedziała już tylko garstka osób, dołączyła do nich Isabel. Liz niechętnie do niej podeszła.

— Coś podać?

— Jak to się stało?

— Co?

— Że on ci ufa.

— Ale ty mi nie, prawda?

— Jesteś człowiekiem.

— Jesteś ko... Wybacz. Co podać?

— Frytki i colę.
Liz poszła po zamówienie.

— Proszę.

— Nie zamawiałam tabasco.

— Myślałam, że... Czemu mnie nie lubisz?

— Tego nie powiedziałam.

— Nie musiałaś. Nie odbiorę ci go.

— Wiem.-(…)- Dzięki.

— ?

— Za tabasco.

***

Zaplecze Crashdown.

— Nie męczy cię to?

— Co?- spytała Liz Marię.

— Udawanie.

— Nie udaje.

— Właśnie, że tak. Byłaś związana z nim cały rok. A teraz zachowujesz się jak gdyby nigdy nic. Nic do niego nie czułaś?

— Nie, no czułam. Było nam razem bardzo dobrze, mieliśmy wspólne tematy do rozmów, przyjemnie spędzaliśmy czas...

— Opisałaś właśnie stare małżeństwo potrzebujące wiagry.

— Wiesz co?- Liz rzuciła w nią szmatką, obie dziewczyny wybuchneły śmiechem.
Liz obróciła się w stronę baru, wchodził właśnie Tristin. Liz do niego podbiegła.

— Co ty tu robisz? Przecież to dla ciebie dyshonor przychodzić w takie miejsce.

— Nie, przyszedłem tutaj tylko do ciebie. Ładnie ci w czółkach.

— Bardzo zabawne. A więc dlaczego do mnie przyszedłeś?

— Słyszałem, że zerwałeś z Kaly'em.

— Aa...

— Pójdziemy gdzieś, czy będziemy tak stać?

— Dobra chodź.

Maria podeszła do stolika, przy którym siedzi szeryf, zajęty czytaniem jakieś gazety.

— Coś podać?

— A możesz mi coś polecić?

— Słucham?

— Pracujesz tutaj, znasz chyba jakieś specjalności dnia, czy coś takiego?

— Jasne. Will Smith i krew kosmity.

— Niech będzie. Poczekaj.- powiedział widząc, że Maria idzie po zamówienie.

— Coś jeszcze?

— Chciałbym wiedzieć co się ostatnio dzieje z twoją przyjaciółką, Liz Parker.

— Nie jestem kopalnią informacji.

— Ale to twoja przyjaciółka.

— Tak.

— A więc na pewno mówicie sobie o wszystkim.

— Tak.

— A więc?

— A więc jak już pan zauważył jesteśmy przyjaciółkami, a przyjaciół się nie zdradza.

— Nawet wtedy gdy im coś grozi?

— W tym wypadku nie ma takiej opcji.

— Evans może się okazać kimś innym niż wszyscy myślą.

— Naprawdę? To bardzo ciekawa teoria, ale mam ważniejsze sprawy na głowie.
Maria odeszła od stolika i po raz kolejny wpadła na Michaela.

— Guerin ostrzegałam cię.

— O czym z nim gadałaś tak długo?- Maria odwróciła się w stronę szeryfa.

— Flirtowałam.- Michael pociągnął ją za przedramię na zaplecze.

— To nie jest zabawne.

— A co zazdrosny? Wiem, że mi nie ufasz ale mnie to nie obchodzi. A tak a propos śledzisz mnie?

— Nie... Tylko obserwuję.

— Nie życzę sobie.- Maria spojrzała znacząco na rękę trzymaną przez Michael, od razu ją puścił.- Nie życzę sobie byś mnie tak traktował.

Liz siedziała na balkonie. Rozmyślenia przerwał jej hałas. Wstała i pochyliła się nad balkonem.

— Max?

— Co taka zdziwiona? Miałem zachowywać się jak Romeo.

— Cieszę się.
Max wszedł i stanął koło niej.

— Co cię do mnie sprowadza?

— Nie wiem. Myślałem, że może chcesz się jeszcze czegoś dowiedzieć, albo mi coś powiedzieć.

— Cóż sama nie wiem, choć to chyba też ważne. Wtedy, kiedy całowaliśmy się …Widziałam gwiazdy, twoje wspomnienia... Przynajmniej tak mi się wydaje... Uznałam siebie za wariatkę, dlatego nic ci nie mówiłam.

— Gwiazdy?

— Tak. Może dzięki temu... Dzięki naszym pocałunkom mógłbyś się dowiedzieć czegoś więcej o sobie?

— To prawdopodobne, ale to może ci zaszkodzić.- Liz posmutniała- Liz... Ja... Również pragnę, aby to co między nami było, było głębsze... Ale za dużo nas dzieli...

— Tylko jakieś kilkaset miliardów lat świetlnych.

— Zrozum, nie chcę by coś ci się stało…

— Czyli nie możemy być razem?

— Nie.

— I nie możemy zrobić tego.- Liz zawiesiła mu ręce na szyi i delikatnie pocałowała.

— Nie.- na chwilę zapanował cisza.- Tego zresztą też nie.- Max objął ją i najpierw nieśmiało, a później coraz odważniej ją pocałował.

Koniec części czwartej


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część