Hotori

Curse of Destiny

Wersja do druku

Tytuł : " Curse of Destiny", czyli na polski "Klątwa Przeznaczenia"
Kategoria : Światełko, które pali się na żółto. Czyli na razie ostrzegawcze
Negacja: Właściwie nie powinno jej tu być , ponieważ od Czechosłowaków wzięłam naprawdę niewiele , ale niech tam...Będę trzynmać się regulaminu. Nie posiadam zatem praw do serialu Roswell ani żadnego serialowego bohatera. To wszystko należy do pana Jasona Katimsa (a szkoda, bo ja bym zebrała grupkę wiernych fanów i nakręciła o niebo lepszą wersję 3 sezonu niż tę, którą zgotował nam Katims ), Melindy Metz , stacji WB i UPN.
Notka od autorki: Klikam teraz na folder z opowiadaniem, wybieram właściwości i wiecie co ? Data powstania pierwszych kilkudziesięciu części to 2 listopad 2003. Czujecie ?! Prawie 2 lata minęły, od kiedy zaczęłam pisać to opowiadanie ! Naprawdę się napracowałam , zbierałam sumiennie materiały , dużo czytałam. I teraz mała informacja- z początku, w pierwotnej wersji opowieść miała być osadzona w czasach Kleopatry VII, czyli tej najsłynniejszej. Chciałam udowodnić, że nie była ona tylko i wyłącznie namiętną miłośnicą, ale przede wszystkim jedną z pierwszych, wybitnych kobiet-polityków. Pomysł porzuciłam, ponieważ...Max bardziej pasował do niesamowitej historii Echnatona i jego bezprecedensowej reformy religijnej. Tu znowuż wypada o czymś wspomnieć- otóż za czasów ojca Echnatona i samego Echnatona, armia egipska nie posiadała jeszcze koni ani części broni, jaką tu opisuję. To wszystko przyszło z Azji, nieco pozniej. Ale dla potrzeb opowieści musiałam nieco nagiąć ten element historii(jak również parę innych szczegółów)- i mam nadzieję, że to zostanie mi wybaczone. Zapraszam-Roswell w Egipcie, czyli piramidy, kosmici i uczeni


Prolog –Znaki czasu.

Kair, rok 2005, Hotel Nile Hilton.

Julia Hudson – drobna, dwudziesto-siedmio letnia szatynka wyszła spod prysznica dokładnie wtedy, kiedy rozległo się nachalne dobijanie się do drzwi jej hotelowego pokoju. W ułamku sekundy nabrała pewności, że całe to zamieszanie to sprawka jej nadętego szefa Williama Newmana, który wybrał tę oto uroczą porę parnego, egipskiego popłudnia by wyciągnąć ją w teren. A co jak co, ale połączenie dwóch nie dających się ścierpieć rzeczy naraz- czyli w przypadku Julii przerwania sjesty i prawdopodobnego spotkania z tym nadętym bubkiem jakim był jej szef, powodowało w dziewczynie po prostu furię.
Julia naprawdę miała alergię na Newmana. Po pierwsze William był jedyną i ostatnią osobą w ich zespole , która krytykowała wszystkich i wszystko, bez względu na pogodę, wyniki meczowe Knicksów czy spadek wartości dolara. Po drugie, zupełnie przypadkowo to właśnie Julia stała się najczęstszym obiektem krytyki Newmana. I wreszcie po trzecie i to co było dla Julii najgorsze, bo najbardziej urażało jej ambicje- ten bufon był niemalże w jej wieku !
Przeklinając w duchu na czym świat stoi, dziewczyna owinęła się puszystym szlafrokiem i żywiołowo przeczesując mokre włosy, nacisnęła klamkę. Na progu stał przystrojony w elegancki uniform gość z obsługi i uśmiechał się jak w reklamie pasty Colgate. Julia pomyślała , że bardzo mu współczuje tej parszywej roboty, w której trzeba się do wszystkich bez wyjątku wdzięczyć. Już wolała swoje narzędzia, mapy i wszechobecny kurz, w jakichś przedpotopowych norach.

— Czy mam przyjemność z Panią Hudson ?- powiedział facet idealnie wyregulowanym, miłym głosem.

— Tak-rzuciła krótko i szybko – W czym rzecz ?

— Telefon do pani – odpowiedział mężczyzna unosząc wyżej srebrną tacę, na której spoczywała słuchawka.
Julia powstrzymała się od śmiechu.

— Ten pan powiedział, że próbował już wcześniej bezpośrednio do pokoju…
Ale ja wyjęłam kabel z kontaktu , wiesz ? – syknęła w myślach.

— Kąpałam się, pewnie woda zagłuszyła dzwonek- zamrugała oczami, biorąc aparat- Dziękuję bardzo.
A potem nie czekając na równie uprzejmą odpowiedz zatrzasnęła drzwi i kliknęła zielony klawisz .

— Tak , słucham – powiedziała zrezygnowana.

— No to lepiej słuchaj uważnie, bo mam prawdziwą bombę !- wykrzyczał podekscytowany głos.
Zaraz. Czy to był William Newman ? Nie zaczynający od narzekania ?

— Noo, zamieniam się w słuch.

— Odkryliśmy ją ! Odkryliśmy kim była jedyna, prawdziwa miłość Echnatona !
Zabrzmiało dramatycznie.

— Chcesz powiedzieć nałożnica , tak ?
Chrząknięcie po drugiej stronie. Julia wydęła zadowolone usta. Ale to była jednak przyjemność sprowadzać na ziemię kogoś takiego jak William.

— Jaka nałożnica , dziewczyno ! Ta historia wstrząśnie każdym kto choć trochę zna się na egiptologii !

— Wow, wow, spokojnie. Możesz mi wytłumaczyć to dokładnie ? – Julia zaczynała się wciągać.

— Przyjeżdżaj zraz do mnie, to pogadamy. Musisz być, bo są już wszyscy. Tony, Scott i Andy…Czekamy.

— Okey, będę za jakieś pół godziny góra !
Wyłączyła się i natychmiast rzuciła się do szafy. Mogła nawet nienawidzić Williama, ale jedno musiała mu przyznać- był profesjonalistą i miał pasję. Ona też. Po kwadransie wepchnęła się już do windy, a parę minut później wsiadła to dusznej, pachnącej oranżadą i daktylami taksówki.

— Na plac Midan Tahrir, pod Muzeum Narodowe – wysapała jednym tchem.
Tłusty, ociekający potem facet w okropnych , tandetnie czerwonych okularach odwrócił się w jej stronę. Miał na sobie do połowy rozpiętą koszulę , spod której wyłaniały się czarne , skłębione włosy i cały czas mlaskał gumą do żucia.

— Pani, teraz to ja mam wolny- odpowiedział łamanym angielskim- Pani idzie na tamty strony.
Julia przeklęła i wysiadła z samochodu. Rozejrzała się w kierunku, na który wskazał kierowca, ale nic z tego –taksówek nie było. Przez moment stała tak po środku zatłoczonego centrum dusznego, ale pulsującego wszechobecnym życiem Kairu, po czym klasnęła w dłonie. Kiedy przepychała się przez barwny tłum, poczuła , że rosną jej skrzydła.

Część 1

Napięty Łuk

Przeznaczenie nie decyduje o ludziach. To ludzie, decydują o nim.

1374 r. p.
Chr., Pustynia Libijska
Dolina Królów, okolice nekropolii
Teb, Rok 5 panowania Jego
Wysokości, Króla Dolnego i
Górnego Egiptu,
Syna Re, Faraona Amenchotepa III
Czwarty miesiąc pory wylewu Nilu
Dzień 16


Emeni zmrużył oczy wbijając spojrzenie w ciemność nocy. Był przygotowany na wszystko. Zauważy każdy gwałtowny ruch, każdy kształt na horyzoncie...usłyszy każdy choćby najcichszy dźwięk. Misja nie może się nie udać. Po prostu nie ma takiej możliwości. Chłopak głębiej naciągnął kaptur na swoje wysokie, poryte bliznami czoło, które były pamiątkami po stoczonych bitwach. Właściwie nie było to nic osobliwego w wyglądzie wojownika, sławnego dowódcy armii Dolnego i Górnego Egiptu, wysłańca samego Faraona, Syna Boga Re i błogosławionego przez Pana Śmierci, Boga Anubisa.
Emeni poklepał po łbie swego czarnego konia- jednego z najlepszych rumaków w Egipcie imieniem Nefer i westchnął wciągając do płuc zapach pustyni. Nie było nawet wiatru, a na niebie obsianym gwiazdami nie pojawiła się choćby najmniejsza chmurka. Idealnie głucha cisza zawisła nad Pustynią Libijską. Emeni delektował się spokojną, nieco enigmatyczną atmosferą tego miejsca. Kochał piasek, kochał Egipt, a szczególnie taki jak teraz- utopiony w we śnie, tajemniczy i mroczny, wielki i nieprzystępny, Egipt, który oddychał cichym szemraniem wód Nilu. Młodzieniec rozmarzył się na to wspomnienie, które obudziło tęsknotę. Nie był w Egipcie od dziesięciu lat...dziesięć długich lat wojny poza ojczyzną. Zamknął swoje czarne jak węgiel oczy. Przywoływał obrazy. Dom rodzinny, matkę, która go żegnała, tak dumna z jego awansu na dowódcę. A potem widział już tylko krew, przerażone źrenice, zmasakrowane ciała kobiet i dzieci... wojnę. Ale to było konieczne, powiedział sobie w duchu. To było dla obrony Egiptu i z woli Boga Re, Pana Słońca. Pokonałeś swego śmiertelnego wroga...wroga Egiptu. Pokonałeś i miecz Re się nie pokrył się hańbą ! Emeni wyszczerzył rząd potężnych, białych zębów w pełnym satysfakcji uśmiechu i dumie. Khivar, władca jednej z prowincji hetyckich od lat próbował przejąć władzę nad Egiptem. Najpierw dokonał przewrotu zabijając prawowitego króla dynastii , a potem sam wstąpił na tron. Zaraz po tym, bezwzględnie i krwawo zdusił w zarodku bunty opozycji...był śmiertelnym zagrożeniem. Lecz nie tylko z takich powodów. Był jeszcze jeden, najważniejszy, okryty sekretem. O tym wiedział tylko Wielmożny Faraon, Nasedus i on- Emeni.
Wojownik spojrzał do tyłu. Nasedus zwany Neube- najwyższy kapłan Egiptu i doradca Faraona, wysłaniec Re podążał za nim z resztą karawany. Emeni patrzył na kolumnę koni i wołów , obładowanych bogactwami, skórami i żywnością, zdając sobie sprawę z tego, że to jego łupy. Dobrze przysłużyłeś się Faraonowi, pomyślał. Czekają cię nagrody i zaszczyty. Tak, tylko jak wrócisz...serce ścisnęło mu się na myśl, że po tych dziesięciu latach i czterdziestu dniach podróży ponownie ujrzy wspaniałe piramidy, święte posągi, ruchliwe uliczki pełne niewolników , plebsu i bydła...
Wtem jego rozmyślania przerwało kwilenie dziecka. Emeni od razu wiedział : Michaelous. Gwałtownie zatrzymał konia, którego kopyta zaryły się w piachu, wzbijając w powietrze tumany kurzu. Całość pochodu również stanęła, dało słyszeć się rżenie koni i zaniepokojenie ludzi. A Emeni zwinnie zeskoczył z grzbietu zwierzęcia, wziął pochodnię i zbliżył się do jednego z obładowanych pakunkami wołów , gdzie w niewielkim, wiklinowym koszu siedział mały, czteroletni może chłopczyk. Wojownik podniósł rozgniewane spojrzenie na niewolnicę podtrzymującą kosz, opiekunkę maleństwa.

— Co się stało ?!- podniósł ton głosu.
Zbliżył mieniący się czerwienią ogień do twarzy winowajczyni.

— Znalazłam skorpiona w posłaniu Wybrańca , Panie- kobieta pokłoniła się- Chciałam go zabić, lecz Wybraniec wziął go i nie dał mi . Miał go Wybraniec , póki nie wyrzuciłam go w piach- wytłumaczyła.

— Czyż nie wiesz, że masz w opiece syna Bogów i mego brata ?!

— Panie , przebacz mi – kobieta pochyliła głowę.

— Wiedz, że ja ci wybaczam, ale módl się gorąco i proś o przebaczenie Boga Re, jeśli nie chcesz pomrzeć okrutnie i haniebnie !
Emeni odwrócił się i kiwnął głową do zwiadowcy , że pochód może ruszać dalej-nie chciał tracić ani minuty, jednak w tym samym momencie, nadjechał na swym białym ogierze Nasedus. Nasedus był postacią, która samym swym wyglądem siała postrach, a także wzbudzała szacunek. Mąż ten rosły, o wzroście dużego niedźwiedzia , z sinymi, długimi rękami, i dużą, kwadratową głową , której nagość świeciła w granacie nocy niczym księżyc, był najsłynniejszym kapłanem w świecie egipskim. Doskonale władał wszelaką bronią, a dla niewiernych nie miał litości. Jego ciemne, głęboko osadzone oczy o martwych źrenicach, wydatne kości policzkowe i wielki, zakrzywiony nos, dodawały zło wrogości jego i tak już surowej twarzy, a także uwydatniały w nim moc i potęgę, która biła z całej jego osoby. Wszystkie te cechy sprawiały, iż łatwo było domyślić się prawdy – Nasedus nie był Egipcjaninem. Ludzie w całym Imperium powiadali, ze pochodził z Assur mezopotamskiego , ale nikt tak do końca nie był tego pewien.
Teraz zajechał drogę Emeniemu i zeskoczywszy z konia potężnymi krokami zbliżył się do niego. Jego jedwabny płaszcz zaszeleścił, powiewając na wietrze.

— Czy Wybraniec ma się dobrze ?- rzucił ochryple, a jego wargi wykrzywiły się w niezadowoleniu.
Emeni poprawił swój krótki miecz i spojrzał na dziecko.

— Tak. Bogowie czuwają nad nim, Panie – odrzekł.- Ruszajmy więc, gdyż musimy być u Faraona zanim Re ukaże swe oblicze.
Nasedus położył dłoń na ramieniu woja i zaglądając mu prosto w oczy powiedział:

— Nie, nie tak należy zrobić. Trzeba wypocząć i potem jechać dalej.

— Panie, czyż chcesz rozbić obóz na pustyni, kiedy do Teb pozostało tak niewiele ? – Emeni zdziwił się.

— Tak, taka jest wola Pana Światłości.

— A więc, dobrze. Udajmy się na wypoczynek, jako że twa wola od Boga pochodzi.
Zaraz też rozładowano całą karawanę. Niewolnicy zajęli się zwierzętami, nałożnice rozpakowały pakunki pełne bogactw, skór i wszelkiego łupu. Następnie rozpalono parę ognisk- dla wojowników, niewolników i dla dowództwa.
Emeni zatopił zęby w sporym kawałku wężowego mięsa, i delektował się jego delikatnym smakiem, grzejąc się przy ogniu. Rozglądał się za Nasedusem, z którym chciał jeszcze pomówić o Przepowiedni Sześciu Gwiazdozbiorów, a szczególnie kwestii dotyczącej swego brata- przyszłego przywódcy wojsk Egiptu- Michaelousa. Chciał poprosić Wielkiego Kapłana o potrzebne łaski dla niego i dla siebie, aby misja się powiodła. Nasedus jednak znikł gdzieś z pola widzenia i Emeni domyślił się, że pewnie odprawia zwyczajowe modły, a w takich obrzędach nie należało przeszkadzać.
Tak więc przeniósł swoje zainteresowanie całkowicie na marzenia o tym , jak przywitają go w Egipcie. Czy piękna Isi ciągle na niego czeka ? Czy zgodnie z obietnicą da się zaślubić? Uśmiechnął się na samo jej wspomnienie. Już widział te oczy, te duże, zmysłowe wargi i miodowy brąz delikatnej skóry. Widział ją pośród wiwatujących tłumów na uroczystej procesji, widział pośród wieńców z pachnącego kwiecia i dzbanów wina, widział pośród krwi ofiarnej. Jej twarz. Jej kochana twarz.

— Panie ! – ostry, niepokojący krzyk przywrócił go do rzeczywistości- Zbliża się potężna armia !
Emeni spojrzał na swego sługę, wiernego Mayę, podrywając się gwałtownie na nogi.

— Jaka armia ? Gdzie ?! Mówże !

— Tam ! Dąży na nas ! – niewolnik wskazał przed siebie.
Oczy Emeniego rozszerzyły się z przerażenia, kiedy ujrzał rysujące się w oddali sylwetki. Pod osłoną nocy jechała na nich potężna armia wojów. Szczęk broni i tętent koni stawały się coraz głośniejsze. Emeni bez wahania rzucił parę rozkazów, kazał natychmiast składać obozowiska. Powstała atmosfera paniki. Kobiety lamentowały, zwierzęta rżały niespokojnie. Sam Emeni wskoczył na konia, chcąc znaleźć Nasedusa i Michaelousa. Lecz było już za późno. Oto najeźdźcy , których twarze pomalowane na biało jaskrawie odznaczały się na tle nocnej czerni, wtargnęli do obozowisk. Rozległy się wrzaski zarzynanych niewolników, płacz i piski. Emeni tylko spojrzał na napastników i już poznawał- armia Hetytów. Wydał okrzyk wojenny i razem ze swoim wojskiem rzucił się w sam środek piekła. Znowu to samo. Walka. Wykrzywione z bólu twarze migały mu przed oczami, krzyki rozsadzały głowę. Spłoszona zwierzyna rozpierzchła się w pustynną przestrzeń. Ale Emeni starał się skoncentrować tylko na dotarciu do swego brata, musiał wiedzieć czy jest bezpieczny. Jeśli on umrze, Re umrze, bo będzie brakowało jednej gwiazdy do pełni konstelacji...i przeznaczenie Sześciu Gwiazdozbiorów nie wypełni się. Emeni wiedział, że nie może do tego dopuścić.

— Nasedusie !- rozdarł swój głos. – Wielki Neube !
Błądził oczami po obszarze bitwy, ale nigdzie nie widział Nasedusa. Ani Aidy- opiekunki małego Michaelousa. Jednocześnie musiał koncentrować się na mieczu. Wymierzać ciosy, przerzynać gardła, precyzyjnie, szybko... Spiął konia i taranując paru wrogów, którzy rzucili się nań z włóczniami, wyjechał poza główny ośrodek skupiający walkę. Wtem żarząca się pochodnia rzucona w jego stronę trafiła w pysk Nefera, który zawierzgał , stając dęba. W następnej chwili Emeni poczuł jak ciężko upada na ziemię. Otarł twarz z piachu i powoli podniósł spojrzenie na swego przeciwnika. Serce podeszło mu do gardła, kiedy wyrosła przed nim postać odziana w długi płaszcz złowieszczo szeleszczący zaplątanym w fałdach powietrzem. Oczy napastnika miały jakiś taki nieznany, dziki wyraz. I patrząc w nie, Emeni pojął wszystko.

— Ty zdrajco !- wysapał, usiłując się podnieść.
Mężczyzna zarechotał rubasznie i kopnął Emeniego w twarz.

— Byłeś takim głupcem...- wysyczał, a potem zanim Emeni zdołał się ruszyć, uniósł ostrze miecza.
Czaszka Emeniego rozbryzgała się na wszystkie strony, ciemny, gruby strumień krwi naznaczył piasek niezmywalną pieczęcią . Morderca odsunął się, strząsnął z ostrza miecza czarnokrwiste farfocle flaków , po czym z wyrazem triumfu na twarzy odwrócił się do stojącej obok, odzianej od stóp do głów w zwiewne szaty, postaci.

— Wielki Khivarze, oto dzień naszej chwały – przemówił.
Postać niespokojnie poruszyła się.

— Gdzie bachor ?
Zabójca ponownie uśmiechnął się i pokazał na związanego nieopodal niewolnika, przy którym stał mały, pleciony kosz.

— Zabij sługę- warknął Khivar.

— Nie, on nam się jeszcze przyda. Był doradcą tego psa- spojrzał na zmasakrowane zwłoki Emeniego- Wie wszystko o Kapłankach Gwiazdy Północnej.

— Jak zamierzasz zamknąć mu usta ?
Wojownik poklepał swój miecz.

— Istnieją sposoby.


21 lat później, Karnak, Rok 26
panowania
Jego Wysokości, Króla Dolnego
i Górnego Egiptu, Syna Re
Faraona Amenchotepa III
Pierwszy miesiąc pory wylewu
Nilu, Dzień 20

Króciutkie , błyszczące ostrze przecięło powietrze. Zimnym, błyskawicznym świstem. Połysk metalu zamigotał w powietrzu i wygiął się w łuk.
Rozpoczęcie. Teraz odparcie ataku. Do góry, dźwięk tępego zgrzytu. Pchnięcie było natychmiastowe. Silnie do przodu, potem zatknięcie, jakby tysiące szpilek wbijało się w jedno, martwe ciało, a na koniec zdecydowane wyjęcie . Koniec pojedynku.
Michaelous zatrzymał swój miecz. Jego silne, doskonale wyrzeźbione dłonie zacisnęły się na chłodnej, złotej rękojeści wysadzanej zielonym ametystem. Bystre, ciemne oczy przesunęły się wzdłuż rzędu kamiennych kolumn, bijących bielą. Zrobił krok do tyłu. Napiął mięśnie stóp, przenosząc na nie cały ciężar ciała. Skórzane rzemyki sandałów wbiły mu się w skórę. Pochylił głowę. Jego niespokojny oddech odbijał się w ciszy. Czuł czyjąś obecność. Wyraźnie, już nie był sam. Nie da się zaskoczyć...Przymknął oczy. Uniósł broń do góry. A potem w ułamku sekundy odbił się od posadzki i zamaszystym wymachem pokierował mieczem do boku. Ostrze ze szczękiem zaryło się w coś twardego, mocnego, odrzucając jego ramię z niespotykaną siłą. Nagle usłyszał jak ktoś klaszcze. Podniósł powieki. Oto stał przed nim Nasedus, kapłan i jego opiekun. Z głową przypartą do kamiennej kolumny , w której tkwił czubek miecza , tuż przy jego twarzy.

— Zaiste perfekcyjna intuicja, perfekcyjne wykonanie. Michaelousie, Synu Re, przerosłeś mistrza ! – Nasedus uniósł złożone dłonie do niebios w akcie pochwalnym.
Michaelous pojaśniał na te słowa swym nieokięznanym, dzikim uśmiechem zwycięstwa. Stał wyprostowany, dumny, o szerokich ramionach, w swej codziennej szacie. Otarł pot z czoła, na którym odbił się trud i zmachanie. Jego ciemne, ułożone płasko do ramion włosy zaszły mu na twarz. Szaleńczy błysk zaświecił mu w źrenicach. Pokłonił się swemu mistrzowi, Potężnemu Kapłanowi Egiptu.

— Jeszcze trochę, a przebiłbym niechybnie twe gardło- odezwał się młodzieniec.

— Tego nie bądź pewien – Nasedus ujął miecz chłopaka i przejechał palcem po jego gładkiej powierzchni- Jestem stary, ale wciąż czerpię energię, którą zsyłają nam Bogowie.
Michaelous objął wzorkiem postać kapłana. Rzeczywiście pomimo wieku, Nasedus trzymał się nadzwyczaj dobrze. I jeśli wierzyć niektórym opowieściom-nie zmieniło się w nim nic , prócz jednego szczegółu. Tym wyjątkiem była jego wielka, niezgrabna głowa, którą teraz okalały siwe, gęste włosy , przykrywające u końca zgarbione plecy . Sam czubek głowy, gdzie znacznie zrzedniały odsłaniał natomiast pomarszczoną, spaloną słońcem skórę. Oczy nadal były żywe, przenikliwe, wibrujące, czasem wręcz groźne, a całe ciało pozostało w swej dawnej postaci majestatu, mocy, wielkości, niesamowitej witalności. Tak- Nasedus wciąż był tym samym wzbudzającym okrzyki uznania mężem...
Chłopak myślał o tym z satysfakcją. Gorąco pragnął, by Re nie opuszczał starca do końca jego ziemskiego żywota, a potem by dał mu dogodne mieszkanie w drugim życiu. Dlaczego? Po pierwsze Nasedus był nie tylko najważniejszym doradcą Faraona, ale i ważną postacią dla Michaelousa. Nie tylko dlatego, że wychowywał go i był przy nim cały czas, a szczególnie kiedy ten wszedł w wieku lat dwunastu, czyli w wiek, w którym książęta egipscy często obejmowali tron. Ale przede wszystkim z tego powodu, że Neube wyprosił u Re życie dla Michaleousa. Tak. Kilkanaście lat temu, kiedy Emeni, jego ukochany brat, najsławniejszy w historii Egiptu generał i wojownik- poległ cicho i szybko na samotnej, bezbrzeżnie ciemnej pustyni Libijskiej.



Wersja do druku