Nan

Powrót do Domu (42)

Poprzednia część Wersja do druku Następna część

Chris:

To chyba będzie normalne jak powiem, że byłem kompletnie nie przygotowany na spotkanie ze Skórami? Choć może raczej powinienem powiedzieć, że byłem najlepiej przygotowany, jak tylko mogłem... Po raz kolejny sprawdzało się twierdzenie, że żadna teoria nie dorówna praktyce, choć Langley i Cameron rzetelnie postarali się nas przygotować. Wciąż jednak pozostawało dla mnie zagadką, czemu upodobali sobie akurat mnie. W dalszym ciągu nie przejawiałem żadnych nadzwyczajnych zdolności pseudokosmicznych. W porównaniu z taką Jennie, rzecz jasna, bo jednak w konfrontacji z innymi pospolitymi ludźmi to ja byłem górą. Czasami nawet nieźle mi wychodziło, ale niestety, była to krótkotrwała radość, tak samo jak krótkotrwałe były moje zdolności. Nie, źle się wyraziłem – to nie zdolności były krótkotrwałe, rzecz jasna, a raczej czas trwania ich efektów. No i były limitowane – kolejna wada. Być może to głupio brzmi, ale taka była prawda, nie mogłem niestety szastać nimi na lewo i prawo, tylko raz a dobrze.

W każdym razie dopóki nic strasznego się nie działo, było w porządku. Co prawda obecność tych milczących, nieruchomych statuetek była odrobinę deprymująca – niemal czułem, jak ich oczy są dosłownie przyczepione do mnie. Zastanawiałem się, czy miałem już na koszuli dziurę od tego ich patrzenia. Usiłowałem rzucać dookoła ukradkowe spojrzenia, ale możliwe, że nie bardzo mi wyszły ukradkowe. No dobrze, chyba naprawdę nie bardzo były ukradkowe. Ale z całą pewnością były nerwowe. Sam Nicholas nie bardzo mnie interesował, nie przedstawiał sobą ani potężnego jak wół faceta, ani nie miał zielonej skóry i dajmy na to łusek, więc nie był za bardzo widowiskowy. Wygląda na to, że albo kosmici i ludzie mają wspólnych przodków, albo jedni pochodzą od drugich, albo może proces mieszania się gatunków zaszedł tak daleko. Może połowa mieszkańców Chicago to na przykład kosmici. Kto wie, w końcu wszystko było najzupełniej możliwe, zwłaszcza, jeśli prawdziwi kosmici nie mieli czółek. Znacznie bardziej interesowały mnie osobniki, które sterczały pod ścianami; gdyby mogli, to pewnie oblepiliby wszystkie ściany łącznie z sufitem, ale chyba nie wykształcili sobie zdolności Spidermana do łażenia po ścianach. Jedyne, co zdradzało ich nieziemskie pochodzenie to chyba ten przeraźliwy spokój i jakaś taka... nieruchawość. Żaden z nich nie odezwał się nawet słowem, świdrowali nas tylko wzrokiem. Byli trochę podobni pod tym względem do Cameron, która z początku też taka była. Za cholerę nie można było odgadnąć, czy oni w ogóle o czymś myśleli i o czym na przykład. No, fakt, Cameron wyróżniała jeszcze nieziemska uroda, słowo honoru, że trudno by naleźć drugą tak idealnie piękną kobietę. No i teraz chyba już się trochę rozruszała. A propos Cameron. Nicholas rzucił jakieś nowości o niej, ale prawdę mówiąc to te wiadomości nie zrobiły na mnie większego wrażenia. Każdy miał jakąś przeszłość. Na przykład moja matka.

A, właśnie, jeszcze jedno. Sprawdziły się słowa Cameron, że Nicholas uwielbia doprowadzać ludzi do pasji. Uwielbia. Sam to zauważyłem, gdy zaczął kpić i drwić, wkurzając kolejno Isabel i Michaela. Michael chyba zapomniał o słowach Cameron, bo wymknęło mu się coś mimo woli i niewiele brakowało, żeby zrobiło się nas o jednego mniej. Gdyby nie Langley.

Nawet nie musiał przypominać nam o planie, wuj Michael i ciotka Isabel niemal natychmiast odwrócili się do siebie plecami i utworzyli dookoła nas barierę ochronną, chroniąc nas tymczasowo przed napaścią rozjuszonych Skórów, którzy nagle stracili swoją nieruchawość; nie zdążyli jednak ochronić Langleya. Nie, Skórowie nie zabili od razu Langleya... ale nie miałem wątpliwości, że zrobili mu coś złego, gdy osunął się bezwładnie w dół żelaznego wspornika z wykrzywioną twarzą.

—Cholera – zaklął Michael pod nosem. – Isabel, uważaj – mruknął odwracając lekko głowę w kierunku ciotki Isabel. Ciotka skinęła głową. Wiedziałem, co zamierzają zrobić – Michael chciał przesunąć pole ochronne o głupie pół metra, tak, aby tym razem objęło i Langley’a. W mgnieniu oka pojąłem również, co powinienem zrobić. Pole ochronne obejmujące również i wsporniki było zbyt duże do podtrzymywania, zwłaszcza, że im większe pole, tym słabsze i łatwiejsze do przerwania, więc krótko mówiąc należało przenieść Langley’a bliżej nas tak, by już bez problemu móc utrzymać nasze pole pierwotnej wielkości. Cóż, to mogło dziwić, i dziwiło, ale znacznie później – teraz w ogólne nie myślałem, skąd nam się biorą te... wspólne myśli.

—Za późno, kolego – zawołał Nicholas i uczynił krótki ruch ręką, który niewątpliwie był jakimś sygnałem dla jego ludzi, jednak tym razem to my byliśmy szybsi – Michael błyskawicznie przesunął pole pół metra dalej.

—Stój – rzuciłem w kierunku Jennie a sam skoczyłem w kierunku Langleya. Chwyciłem go za ramiona i dźwignąłem do góry.

—Zostaw – skrzywił się Langley, ale nie zamierzałem go słuchać.

—Wypchaj się – mruknąłem ciągnąc go w kierunku Michaela i Isabel.

—Nie zajmujcie się mną – stęknął ze złością Langley. – Nicholas...!

Wuj Michael nawet nie słuchał, tylko natychmiast cofnął z powrotem pole ochronne, niemal czułem, jak ono deptało nam po piętach. Wyprostowałem się i spojrzałem dookoła przytomniejszym wzrokiem. Skórowie nie próżnowali, usiłowali zniszczyć nasze pole ochronne, ale solidna szkoła Langley’a, choć swego czasu dała nam się we znaki, teraz skutkowała – ciotka Isabel i wuj Michael utrzymywali nieporuszone pole ochronne. I Bogu dzięki, wolałem nie myśleć, co by było, gdyby bariera uległa pod naciskiem Skórów...

Jennie również nie leniła się, tylko wyciągnęła rękę przed siebie i w skupieniu starała się skoncentrować wszystkie swoje siły. Mogło to wyglądać tak, jakby i ona podtrzymywała pole ochronne, i właśnie na to wszyscy czworo liczyliśmy (znów ten kolektywny umysł...), że Skórowie dadzą się nabrać. Nie wiedziałem co prawda, jak Jennie zamierza przebić się przez pole ochronne tak, by go nie naruszyć, ale byłem pewien, że doskonale wie, jak.

—Pomóż mi! – zażądała przez zaciśnięte zęby. Popatrzyłem w kierunku Nicholasa – poprzednio stał nieco wyżej i zasłaniała go trochę krawędź statku. Teraz zszedł kilka stopni niżej, być może z ciekawości, przyglądając nam się z zainteresowaniem, z jakim ogląda się słonie w zoo. Nie namyślałem się już dłużej i stanąłem obok Jennie, starając się skupić na Nicholasie.

***

Maria:

Poszłam za Cameron jak we śnie, nie do końca zdając sobie sprawę z tego, dokąd szłam. Cameron otworzyła moją Jettę i usiadła za kierownicą. Normalnie nie pozwoliłabym nikomu siadać za kierownicą samochodu, a już zwłaszcza kosmicie. Nawet Kyle musiał się nieźle natrudzić, żeby wyciągnąć ode mnie kluczyki od wozu... Matko, Kyle. Usiłowałam za wszelką cenę usunąć jego obraz sprzed oczu, ale nieskutecznie. Potrzebowałam czegoś, co skutecznie zajmowało umysł, co mogłoby mnie odciągnąć od wszystkiego... ale jazda samochodem była zajęciem automatycznym, nie zwracałam uwagi na to, co robiłam, pozwalając zawsze myślom błądzić byle gdzie. Nie, lepiej, żeby to Cameron prowadziła. W dodatku nie miałam pojęcia, dokąd w ogóle jedziemy.

Cameron milczała, rzucała mi raz po raz ukradkowe spojrzenia i wiedziałam doskonale dlaczego, ale nie miałam jej tego za złe. Rozumiem czemu. I w pewnym sensie było mi na rękę, że Cameron nie nalegała na rozmowę, ale z drugiej strony – strasznie chciałam, żeby zaczęła o czymś mówić. Wszystko jedno o czym, byle by tylko wypełniła czymś tę nieznośną ciszę.

—Jedziemy do Coppers Summit– odezwała się Cameron jak na zawołanie. Skinęłam bez słowa głową, patrząc na drogę przed nami. – Lepiej zwróć uwagę na drogę, ja tę trasę znam, ale ty nie, a będziesz musiała wracać sama. To jest prawdziwa dziura, z której trudno się wydostać.

—Mhmm – mruknęłam niewyraźnie. Cameron westchnęła ciężko i przyśpieszyła.

—Słuchaj, ja naprawdę wiem, że takie sytuacje są bardzo trudne – powiedziała. – Wierz mi, czasami bywałam w jeszcze gorszym położeniu. Ale musisz wziąć się w garść, o ile nie chcesz, żeby ktoś jeszcze zginął.

—Jasne – odparłam bez entuzjazmu.

—Otwórz skrytkę – poleciła Cameron nie rzucając mi najmniejszego spojrzenia. Posłusznie wykonałam polecenie i otworzyłam skrytkę przede mną – w schowku błysnęły jasne, oszlifowane kamienie o ciepłej barwie bursztynu. Skąd je znałam...

—Czy to nie są te... kamienie od tego starego Indianina? – zapytałam z niedowierzaniem. Zapomniałam, jak on się nazywał.

—Owszem – Cameron skinęła głową.

Zaraz, jak to się zaczęło? To był chyba początek tej całej historii z kosmitami, a przynajmniej gdzieś koło tego. Max i Liz wciąż wtedy usiłowali się do siebie zbliżyć a Michael był wówczas niedostępny jak góra lodowa, uparł się, żeby dowiedzieć się czegoś o sobie i dostał tej dziwacznej choroby. Max i Liz byli wtedy na pierwszej randce, coś dziwnie im się nie układało od samego początku. Tak, to właśnie przy pomocy tych kamieni uzdrowiliśmy Michaela w jaskini w rezerwacie indiańskim. Czy jeszcze je później widziałam? Chyba nie, nie przypominałam sobie... ale mam niejasne wrażenie, że Max usiłował coś z nimi zrobić gdy Liz dostała mocy, mówiła mi o tym dawno temu. Szczerze mówiąc rzadko myślałam o tamtych czasach, wydawały się być tak strasznie odległe od tego, co było teraz... Wszyscy się zmieniliśmy, Max nie był już tym odpowiedzialnym za cały świat chłopakiem, który zmagał się z przeznaczeniem; przeznaczenie po prostu go opluło. Liz nie była biologiem molekularnym i nie była przykładną żoną i matką, Isabel udawała, że ma najwspanialsze życie pod słońcem, moje marzenia o śpiewaniu po prostu rozwiały się nie wiadomo kiedy i jak, Michael się stonował, Tess nie było już od dawna, Alexa również, a Kyle... kto wie, kto z nas był tutaj najbardziej wygrany. Zaraz, chwila, moment. Odłóż na chwilę na bok rozważania o szczęściu i nieszczęściu, Maria. Lepiej zastanów się, co mają ze sobą wspólnego Cameron, kamienie od tamtego Indianina i moja Jetta! Z tego, co wiedziałam, to ostatnio te kosmiczne graty zostały gdzieś zakopane, więc co u licha?

—Skąd to masz? Przekopałaś całą pustynię? – zapytałam z niedowierzaniem, biorąc ostrożnie w dwa palce jeden z kamieni.

—Że co? – zdziwiła się Cameron. – Nie mam pojęcia, o co ci chodzi.

—Te kamienie – powiedziałam z uporem. – Były na pustyni.

—Nic mi o tym nie wiadomo – Cameron wzruszyła ramionami. – Wcale nie musiałam przekopywać całej pustyni, po prostu były w banku.

—W banku...? – zdziwiłam się lekko. – Jak wyjęłaś je z banku? Ktoś dał ci upoważnienie czy coś takiego...?

Cameron popatrzyła na mnie dziwnie.

—Do wyjęcia czegokolwiek z banku nie trzeba upoważnienia – mruknęła. – Przynajmniej nie dla mnie.

—Po co ci one? Jak je wyjęłaś? Langley maczał w tym swoje palce, nie? Co on jeszcze stamtąd wyciągnął, co? – zapytałam podejrzliwie, pełna jak najgorszych przeczuć. Usiłowałam przypomnieć sobie, co też jeszcze takiego mogło być w tej cholernej skrytce, ale nie pamiętałam. Niech to szlag.

—Nie wiesz, w jaki sposób można wyjąć coś z banku? – Cameron odpowiedziała pytaniem na pytanie. – Poza tym im mniej wiesz, tym lepiej dla ciebie, ale skoro chcesz, to powiem. Owszem, to Langley wyjął z banku wasze rzeczy, on wziął orbitoidy, a ja na wszelki wypadek kamienie, choć nie przewidywaliśmy, że będą nam do czegoś przydatne.

—A po co one są potrzebne? – zapytałam z lekkim zniecierpliwieniem. Cameron westchnęła ciężko.

—Gdybyś mi ciągle nie przerywała, może miałabym szansę wyjaśnić – mruknęła z niezadowoleniem.

—Przepraszam.

—Langley jeszcze nie dotarł na miejsce – podjęła znów Cameron, patrząc znów uważnie przed siebie. – A przynajmniej Skórowie jeszcze o tym nie wiedzą. Mieli użyć orbitoidów, one zawsze przy każdym użyciu informują wszystkich dookoła. My użyjemy kamieni. No, ty użyjesz – sprecyzowała.

—Jak? – wyrwało mi się, bo Cameron zamilkła na chwilę.

—Przekaźnik to coś w rodzaju... świętego Graala dla nas, dla Skórów – powiedziała w końcu. – Najpilniej strzeżony punkt na Ziemi, ludzkie ograniczenia to przy tym naprawdę mały pikuś.

—Więc jak chcesz to zniszczyć? – zdziwiłam się. – Zapukamy do drzwi i powiemy „Dzień dobry, my do zniszczenia przekaźnika”, a oni nas wpuszczą i jeszcze z uśmiechem na ustach pokażą, gdzie stoi? Skoro to taki najpilniej strzeżony punkt...

—Wejdziemy, nie bój się – uspokoiła mnie Cameron. – Żaden człowiek z zewnątrz nie miałby nawet cienia szansy, bo do tego dotrzeć, a i nikt ze Skórów nie jest dopuszczany w pobliże przekaźnika. Nikt nam w tym nie przeszkodzi. Gwarantuję, że tam wejdziemy, wpuszczą nas bez większych problemów. Zresztą, nikomu ze Skórów nie zaświta nawet w głowie, że jesteśmy tam, by ich zniszczyć.

Przyszło mi do głowy, że Cameron chyba istotnie była czymś w rodzaju ichniejszej grubej ryby. Wiedziała o tym całym przekaźniku i twierdziła, że wszystko pójdzie po naszej myśli. Znała Nicholasa całkiem nieźle, wymknęło jej się to raz czy dwa. Miała jakieś bliżej nie określone konszachty z Langleyem. To w jej rękach był Max od blisko piętnastu lat, to ona siedziała w tym dziwacznym Instytucie Czegoś tam Naukowego. Nicholas jakoś szczególnie nie był na nią cięty, mam wrażenie, że mógł się bardziej postarać, jeśli zależałoby mu na wyeliminowaniu Cameron i Maxa, to naprawdę nie było takie trudne. Więc co u licha było grane? Gdy Alex zapytała ją, czemu przeszła na naszą stronę, powiedziała, że miała swoje powody. Tylko dlaczego nagle jedna z ważniejszych postaci na Antarze, a wszystko wskazywało, że Cameron była właśnie kimś takim, nagle przechodzi na stronę zwalczanych? Może nie zbyje mnie, jeśli ją o to zapytam, a to prawdopodobnie ostatnia taka okazja...

—Mogę cię o coś zapytać? – odezwałam się z wahaniem, patrząc na umykającą drogę.

—Pytaj – Cameron skinęła głową i zwolniła nieco – minęłyśmy znak ograniczenia do sześćdziesięciu mil. Nigdy w życiu nie spotkałam kosmity, który tak kurczowo trzymałby się przepisów drogowych.

—Powiedziałaś, że przeszłaś na naszą stronę ze względów osobistych. Co to były za względy? – zapytałam, przekręcając się nieco do niej. Cameron milczała przez chwilę, zanim udzieliła mi odpowiedzi.

—Nicholas – powiedziała w końcu lakonicznie. Nicholas...? Zamrugałam oczami.

—Chciałaś go zniszczyć? – upewniłam się. – Nienawidziłaś go?

—Nie – Cameron pokręciła przecząco głową. – Chciałam tylko, żeby zobaczył, że naprawdę byłam mu potrzebna. Kochałam go, ale to był jeden kierunek ruchu.

—Że... że niby co?! – zawołałam zaskoczona, zapominając na chwilę o tym wszystkim, co się dzisiaj wydarzyło. Patrzyłam na nią kompletnie oszołomiona, przekonana, że tylko się przesłyszałam...! To przecież... to nie możliwe!!! Chryste.... Ale Cameron wciąż była nieporuszona, niech to gęś kopnie! Jak ona mogła, jak ona mogła powiedzieć mi coś TAKIEGO z całkowicie zimną krwią?! Kochać Nicholasa...?!! Bogu dzięki, że akurat nie prowadziłam. Olejek. Olejek eukaliptusowy. Powinien gdzieś tu być... Otworzyłam schowek i uważając, by przypadkiem nie tknąć nawet palcem tych paskudnych kosmicznych kamieni, wygrzebałam spod chusteczek małą buteleczkę olejku. Wiedziałam, że musi być gdzieś tutaj... – Chyba nie powiesz mi.... – wdech. Taak, bardzo dobrze. Ten intensywny zapach trochę kręcił mnie w nosie, ale bardzo dobrze. – Że ty i Ni... Nicholas... no wiesz...

—Tak, byłam jego kochanką, to chyba dobre słowo, o ile o to ci chodzi – stwierdziła spokojnie Cameron. Przez chwilę rozważałam wypicie tej całej cholernej buteleczki. Matko, stresy skracają życie, a jeśli dostanę palpitacji serca...?! – My też kochamy. Wbrew pozorom. Choć może trudno w to uwierzyć, Khivar kochał Vilandrę. A ja Nicholasa. To tylko... trochę inna mentalność. Czasami inaczej pojmujemy takie pojęcia jak „miłość”. Bardziej... zimno.

—Aaa... ale... – po prostu mnie zastrzeliła. Nie mieściło mi się w głowie, że można było kochać kogoś takiego jak Nicholas. Tak, pewnie, każda potwora znajdzie swego amatora, ale jak rany, nie Nicholas!!! A wydawało się, że Cameron była inteligentną, rozważną kobietą! – Jak? To znaczy... po prostu opowiedz – zaproponowałam, wciąż zdumiona i zaskoczona, jak chyba jeszcze nigdy w życiu.

—Nie ma nic do opowiadania – Cameron wzruszyła ramionami, a ja bardzo wyraźnie poczułam, że pewnego dnia po prostu ją zabiję za tę kamienną twarz. – Ja go kochałam, a on użył mnie do zdobycia władzy, bo byłam blisko Khivara. To ja miałam po nim przejąć władzę, a Nicholas mnie wykorzystał, i nawet się z tym nie krył. Wiesz, co jest najbardziej zabawne? Że on zawsze działa jawnie, nigdy jakoś specjalnie się nie krył ze swoimi dążeniami, a jednak nikt nigdy nie interweniował.

—Ale... dlaczego...? – nie, nie pytałam, dlaczego nikt nie przeszkodził Nicholasowi w realizacji jego chorych zamierzeń, miałam w głębokim poważaniu to, czy całe społeczeństwo Antaru było szurnięte. Ciekawiło mnie raczej to, czemu u licha idealna Cameron pozwoliła się wplątać z tym... szczurowatym?! Ale Cameron chyba jednak zrozumiała, o co mi chodziło.

—Nie wiem – Cameron znów wzruszyła ramionami. – Po prostu tak wyszło. A czemu ty na przykład od dwudziestu lat jesteś zainteresowana Michaelem, czemu Liz porzuciła Andrew dla Maxa?

No tak. Dobry argument, głupie pytanie.

—Hm... no tak – mruknęłam. – A, tego... jak zniszczymy ten wasz przekaźnik?

—Ty go zniszczysz – poprawiła Cameron. – On ma wbudowaną ochronę przed samozniszczeniem, to taki jakby... osobny umysł, i nikt z nas po prostu nie może się do niego zbliżyć.

—A jak się zepsuje? – zapytałam z głupia frant. Cameron spojrzała na mnie dziwnie.

—On się nie psuje – zauważyła zimno. – Ale człowiek może do niego podejść, jest wyposażony tylko w ochronę przed „swoim” gatunkiem.

—Skąd tyle o tym wiesz? – zapytałam lekko podejrzliwie.

—Bo to ja go wymyśliłam – westchnęła ciężko Cameron i przyśpieszyła nieco. – Znam to urządzenie na wylot, sama je projektowałam. I wiem, że będziesz mogła spokojnie do niego podejść. To składa się z czterech czarnych kryształów, ustawionych w kwadrat, a na przecięciu osi jest piąty kryształ, najważniejszy, symbolizujący Antar. Widziałaś kiedyś starą Księgę Przeznaczenia, która też obecnie leży w banku? – zapytała nagle Cameron. Skinęłam głową. Owszem, widziałam raz czy dwa, oglądałam u Michaela. Pamiętam z niej głównie robaczki i portret Michaela, na którym jest zupełnie do siebie nie podobny. – Skupiliśmy te cztery symbole ustawione w kwadrat, dzięki czemu...

—Możesz przestać? – poprosiłam. – Bo mnie zemdli. Nie dość, że kosmiczne, to jeszcze coś o technice. Powiedz mi lepiej, jak mamy stamtąd wyjść.

—Tylko ty wyjdziesz – poprawiła mnie znów Cameron i z uporem osła wróciła do tej techniki. – Ustawisz przy każdym krysztale po dwa wasze kamienie, ale po przekątnej, wiesz, wierzchołek A, potem C...

—Przestań – warknęłam. Nienawidziłam matematyki. – Ustawiam na przemiennie, fajnie. I co dalej?

—Nic. Potem robi się samo, tylko... lepiej by było, żebyś się odsunęła. Tak... na wszelki wypadek – mruknęła. – A potem po prostu wyjdziesz, nie będziesz oglądać się za siebie, wsiądziesz do samochodu i wrócisz do domu.

Więc jednak. Teraz już jasno zobaczyłam, że Cameron naprawdę była antarską grubą rybą i że naprawdę podjęła straszną decyzję. Zniszczenie przekaźnika unicestwi nie tylko naszych wrogów, ale i ją samą. Przyszli mi na myśl mnisi buddyjscy i ich ofiary, o których truł mi kiedyś Kyle. Więc aż taka była z niej altruistka? Posunie się aż do czegoś takiego, żeby nam pomóc? Czy życie Michaela, Isabel, Chrisa i Jennie było aż tak cenne, ważniejsze od istnień Skórów, którzy mimo wszystko nie mogli być aż tacy straszni? Cameron, jak widać na załączonym obrazku, nie była zła. Musieli być jej podobni, chociaż paru! Więc czy mimo wszystko mieliśmy prawo, żeby ratować nasze cztery skóry za wszelką cenę?

—Dlaczego? – zapytałam nagle. Cameron popatrzyła na mnie zaskoczona. – Dlaczego to robisz?

—Bo tak trzeba – odparła, ale wydawało mi się, że to nie wszystko. Nie miałam jednak czasu na kolejne pytania – Cameron zatrzymała samochód na jakimś bocznym parkingu w niewielkiej mieścinie.

—No, idziemy – mruknęła patrząc na niepozorne budynki, pod którymi kryło się najpilniej strzeżone miejsce. Gdybyśmy przyjechały tu dwie godziny wcześniej, być może Kyle wciąż by żył. Ale z drugiej strony nie miałam prawa wymagać wówczas od Cameron takiego poświęcenia, nikt nie miał prawa. A teraz było już za późno.

***

Chris:

Byłem szczęśliwy, że to nie na mnie leżała cała odpowiedzialność. Nie miałem bladego pojęcia, jak należało użyć mocy, aby zniszczyć Nicholasa bez jednoczesnego niszczenia naszej własnej bariery, nie mówiąc już o tym, że nie potrafiłbym samodzielnie go zniszczyć. Ja byłem tu tylko czymś w rodzaju zapasowej baterii, tylko tyle. Bogu dzięki, że to Jennie była tutaj główną postacią dramatu. Ona przynajmniej wiedziała, co robiła. Stała z wyciągniętą przed siebie dłonią, z wyrazem jakiejś straszliwej determinacji na twarzy – i prawdę mówiąc trochę się jej bałem. Naprawdę wyglądała w tej chwili tak, jak... jakby objawiały się w niej te wszystkie obce cechy, nawet najgłębiej ukryte, niewidoczne na co dzień, ale stale obecne. To było przerażające. Miała w tej chwili ten sam wyraz oczu, co Langley. No, prawdę mówiąc... to ona miała te oczy całe czarne. Nie żadne tam powiększone źrenice, po prostu całe czarne. Kosmiczne. Widziałem, jak jej wyciągnięta przed siebie ręka jarzy się leciutko, a potem zamknąłem oczy i …

—Stań obok mnie i pomóż mi – zażądała stanowczo. Bez słowa stanąłem tuż obok i położyłem rękę na jej ramieniu. Przez chwilę mignęły mi oczy Jennie – kompletnie czarne, błyszczące jakoś dziwnie. Prawdziwe oczy kosmity. Po plecach przeleciał mi dreszcz.

—Do diabła, Chris, rób, co masz robić! – zniecierpliwił się wuj Michael. Zamknąłem oczy i postarałem skupić się na postaci Nicholasa. Tak samo, jak wtedy, gdy Langley po raz pierwszy kazał mi rozwalać kamienie.

Skupić się. Skupić. Wiedziałem, co robimy – to Jennie wszystko robiła, ja tylko ją wspomagałem, ale musiałem zrobić to najlepiej, jak tylko mogłem. Ludzie są słabi przypomniały mi się słowa Langleya. Nie zdają sobie sprawy ze swoich możliwości. Wy również. I ja chcę to zmienić. Wydawało się, że mówił to całe wieki temu. Wierzyłem jednak, że teraz zdajemy sobie z tego sprawę. Pamiętałem, jak Langley mnie trenował. Krok po kroku. Z czasem przychodziło mi to coraz łatwiej.

Pomimo zamkniętych oczu widziałem postać Nicholasa, stojącego na schodach i patrzącego na nas z szyderstwem. Tak, jakby się świetnie bawił. Emocje to słabość. Chyba, że wykorzystacie je do swoich celów. Kolejna mądrość życiowa dla każdego kosmity według Kala Langley’a. Widziałem zimne, kpiące oczy Nicholasa, widziałem, jak śmiał się z naszych usiłowań, jak śmieszyło go to, że potrafił właściwie usunąć raz na zawsze ze swojej drogi naszego ojca, i powoli zaczynałem robić się wściekły. Langley nauczył mnie, żeby nie złościć się całym umysłem, tylko przenieść złość w jedno stałe miejsce w mózgu. Ćwiczył to ze mną dziesiątki razy, i choć na początku nie rozumiałem, o co mu chodzi, teraz potrafiłem już wyłączyć większość umysłu spod działania obezwładniającej irytacji. Tak, jakby cała złość, jakby te emocje, które nas ograniczają (co w kółko powtarzał Langley jak zacięta płyta) były tylko energią którą kumuluje się w jednym miejscu. Langley’a zasługą było również to, że potrafiłem sam podsycać w sobie to uczucie wściekłości, które według niego dawało najwięcej efektów. I w końcu mogłem zacząć wyobrażać sobie, jak niszczę Nicholasa, jak on spada ze schodów i skręca sobie kark, jak wybucha tak samo jak kamienie niszczone przez Jennie na pustyni, jak jego statek kosmiczny rozbija się na drobne kawałeczki. Może i wydaje się to drastyczne, ale tak naprawdę to o wiele łagodniejsze od niektórych gier Dave’a i Petera sprzed paru lat. Starałem się, by ta wizja była jak najbardziej plastyczna i prawdopodobna, jak najbardziej rzeczywista, tak, żebym sam w nią święcie uwierzył. Rzetelnie się wysiliłem, zepchnąłem wszystkie pozostałe informacje, uczucia i bodźce gdzieś na tyły mojego umysłu, aż w końcu naprawdę widziałem tylko wykrzywioną szyderczo twarz Nicholasa i czułem jedynie wściekłość płynącą w jego kierunku falami. Nie zdawałem sobie sprawy z tego, że zaciskam kurczowo dłoń na ramieniu Jennie, nie czułem drżenia całego jej ciała, ona zresztą też nie zważała na takie rzeczy.

W umyśle pojawiło się nagle wspomnienie pierwszego treningu z Langley’em, od ścian umysłu odbił się rykoszetem jego syk: no, dalej, po prostu go zniszcz, na co jeszcze czekasz?! Po prostu go zniszcz, niech dłużej z ciebie nie kpi, zniszcz go, zniszcz! Wraz ze słowami powróciło wspomnienie tamtych uczuć i poczułem, jak cała ta nagromadzona we mnie złość, jak wieloletnia niepewność co do mojego pochodzenia, jak rozczarowanie i wściekłość, nagromadzone we mnie przez lata, teraz momentalnie mnie opuszczają, biegną wzdłuż mojego ramienia niby ostre, gwałtowne mrowienie i przechodzą na Jennie. To była chwila, moment, i nagle poczułem się tak, jakby ktoś zdjął mi z piersi jakiś ogromny głaz utrudniający oddychanie, z którego obecności nawet nie zdawałem sobie sprawy. Złapałem gwałtownie powietrze, zatoczyłem się i otworzyłem oczy; powoli zaczynałem być znów świadomy tego, co działo się obok mnie. Słyszałem gniewny pomruk wuja Michaela, który nas popędzał, delikatne drżenie pola ochronnego, które chwiało się pod naporem siły Skórów, usiłujących się do nas przedostać, i ciężki oddech Jennie. Wyraźnie czułem, jak jej ciało dygoce pod moją ręką, a po chwili pojawił się oślepiający błysk i zmrużyłem natychmiast oczy, ale nie odwróciłem ich. Zobaczyłem, jak energia Jennie przenika przez naszą barierę ochronną tak lekko, jak nóż wchodzący w ciepłe masło, a potem śmignęła właściwie, bo żadne inne słowo tu nie pasuje, w kierunku Nicholasa – tak szybko, że zanim zdążył wyciągnąć przed siebie rękę, uderzyła go fala Jennie... i zniknął. Po prostu, bez żadnego dźwięku, bez błysku – zniknął. Tak, jak znikają dwie pędzące na wprost siebie cząstki.

Pod Jennie ugięły się nogi, ale nie było czasu na odpoczynek, to jeszcze nie był koniec.

—Jennie, wstawaj – mruknąłem, podtrzymując ją ramieniem.

—Zaraz – mruknęła niewyraźnie; jej oczy powróciły już do normalności i nie były całe czarne. Być może i udało nam się pozbyć Nicholasa, ale Skórowie, wbrew naszym nadziejom, nie rozproszyli się, jak powinni, jak każda porządna armia po śmierci dowódcy. Cholera. Teraz uderzyli na nasze pole ochronne z jeszcze większym impetem.

—Szybko wam poszło – zauważyła ciotka Isabel, zerkając na nas z lekkim zdziwieniem.

—Szybko? – zdziwiłem się. Nie wydawało mi się, żeby poszło szybko, ale może po prostu to tylko dobra szkoła Langleya.

—Pogadamy później, teraz lepiej byście nam pomogli! – zawołał z irytacją Michael. Ale Jennie nie wykazywała najmniejszych chęci pomagania; jej nogi stanowczo odmawiały posłuszeństwa. Nie widząc innej rady posadziłem ją na betonie.

—Co teraz? – zapytałem nieco bezradnie Langleya, którego twarz wciąż była wykrzywiona. Nic nie odpowiedział. Pewnie nawet nie wiedział, co odpowiedzieć. Zawsze w planach dochodziliśmy tylko do momentu zabicia Nicholasa... o tym, co będzie później, nikt chyba wolał nie myśleć. Nie miałem pojęcia, co teraz, Langley i Jennie najwyraźniej w świecie byli nie do użytku, wuj Michael i ciotka Isabel wciąż podtrzymywali pole ochronne, a ja miałem pełną świadomość tego, że nic nie mogę. Przez chwilę mignęła mi straszliwa myśl, że zostaniemy tak już na zawsze, oni tam, a my tu.

I co teraz...?




Poprzednia część Wersja do druku Następna część