_liz

Z pamiętnika M.G. (15)

Poprzednia część Wersja do druku

Co ja tu robię?! Nie mogę uwierzyć, że siedzę z De Lucą u tej babki. Ta... wróżka... a ja Piotruś Pan jestem. Maria to desperatka. Chwyta się wszelkich sposobów, żeby do mnie wrócić. Sam na sam? Oho, alarm – kobieta ma nierówno pod sufitem. Pani da inne karty, to zagramy w pokera i już ja wyczytam ci przyszłość... Widzę, widzę, że stracisz mnóstwo kasy paniusiu! Mam tego dość. Wychodzę. Oczywiście Maria zrobiła wielkie halo, że zachowałem się nietaktownie. Hmm... Olewam ją od trzech lat, pakuję się w kłopoty, zabiłem Pierca, nie wspierałem Isabel w jej ślubnych zamiarach, oskarżyłem Marię o zdradę z Billym, ale nietaktowne było właśnie to, że nie wierzę w horoskopy! Paranoja... A teraz chwila przełomowa: zaczynamy rozprzestrzeniać nasz gatunek! Nie, nie rozmnażamy się (a przynajmniej wiem, że ja się nie rozmnażam, za innych nie mogę poświadczyć). Ale w nieco inny sposób. Liz "Żyć Bez Ciebie Max Nie Mogę" Parker ma wizje. Dziwne... ma je tylko wtedy, gdy się maca z Maxem. No przy takich czynnościach to każdy ma wizje. I widziała, że nas zabiją (nic nowego). Oczywiście od razu Max wszczął alarm: "Ewakuacja!" "Kobiety, dzieci i dowódcy do schronów!"
Znów pustynia... ja się tu chyba przeprowadzę, bo i tak większość swojego życia spędzam na tej skale. Postanowiliśmy wyjechać z Roswell. No i dobra (i tak gdziekolwiek pojedziemy trafimy albo na FBI, albo na innych kosmitów, albo na przeróbki genetyczne, albo na moja kolejną wnuczkę). Wyjeżdża Isabel – kosmitka. Max – kostmia. Ja – kosmita. Liz – półkosmitka z wizjami. Kyle – za pół roku i tak zacznie się zachowywać jak Liz, to go od razu zabierzemy. Co? "Wolę być ze swoim gatunkiem" Kyle! My nie jedziemy do zoo... Maria co ty wyprawiasz?! Kocham paranoiczkę... Znów robi niesamowite zamieszanie, bo nie chcemy, żeby jechała z nami i się narażała. Tak Liz, przemów jej wreszcie do rozumu, bo mnie i tak nie posłucha. Więc... Świecie! Nadchodzimy.
Max jest przywódcą, Isabel może włazić do umysłów, Liz ma wizję... a i tak zawsze ja wszystkich ratuję. I kolejny raz tyłki moich przyjaciół zostały uratowane dzięki refleksowi, przebiegłości i niepowtarzalnej osobowości (nie zapominajmy o skromności) Michaela Guerina. FBI zastawiło pułapkę w szkole, sprytnie ich z tego wyciągnąłem. Tylko... umm... trochę dziwnie się czuję ze wspomnieniem... no wiecie... Max w czerwonej todze, siedzący ze mną na motorze i trzymający mnie w pasie... brrrr! A kysz nieczyste myśli! Jessie potrafisz myśleć, a jesteś człowiekiem. Ten wóz na pewno nam się przyda. To zbierajmy się. No tak zapomniałem... Jakieś pół godziny czułego pożegnania małżeńskiego. Teraz policja? No nie... Przecież to niemożliwe, aby tak szybko nas namierzyli! Dobra, trzeba szybko wiać zanim komuś coś się stanie. Valenti?! Dawno się tak nie cieszyłem na widok Szeryfa (właściwie to nigdy się nie cieszyłem). No tak, Kyle musi się pożegnać. Już?! Dobra, możemy jechać, gdziekolwiek jedziemy... Roswell – było miło.
The End


Poprzednia część Wersja do druku