piter

Trojkat (1)

Wersja do druku Następna część


Poranek byl mglisty a powietrze bardzo wilgotne. Polowa mieksznacow Roswell wychodzila do pracy. Zas druga polowa lezakowala. Do tej grupy zaliczyla sie Liz Parker. W jej pokoju panowal niczym nie zmacony mrok. W tej ciemnosci jedynie oczy dziwczyny zdawaly sie odzwierciedlac jakis blask.
Glowe miala pograzaona myslami. Zdawaloby sie ze mocno nad czyms rozmysla. Zdawaloby sie bo tak nparawde to tylko marzyla. Marzyla o tym by wraz z Kylem i Michaelem stworzyc trojkat! Wlasnie tak. Taka niepozorna Liz, myslala o takich rzeczach. Tego jeszcze malo. Marzyla o tym by Michael i Kyle naraz dotykali ja! Zdawaloby sie ze jest ona zboczona. Ale tylko by sie zdawalo poniewaz..ona ich kochala.

***

A konkretnie: kochala kochac sie z nimi. dwoma. jednoczesnie. jeszcze tego nigdy nie robili, ale fantazja podpowiadala jej, ze nie beda sie nudzic...

Mama weszla do pokoju. Liz szybko wyjela raczki spod koldry i usmiechnela sie, udajac rozespana..

— O! Kochanie, juz nie spisz? – mama byla gleboko zdziwiona

— Mialam taki przyjemny sen... – przeciagnela sie Liz.

— Tak? o czym? – uprzejmie zainteresowala sie mama.

— Eee.. w zasadzie to nie pamietam dokladnie... chyba cos z geometria.. – wybrnela nieporadnie, dziekujac w duszy Bogu, ze mama odwrocila sie na chwile podnoszac i ukladajac jej ubrania, i nie widzi rozpalonych policzkow corki...

— Ach, szkola... – mama skrzywila sie pod nosem. Nie znosila, gdy corka zaczynala nawijac o "tej swojej ukochanej biologii" – a co tam u Twojego chlopaka? w zasadzie to z kim teraz chodzisz? Maxa rzucilas juz dosc dawno.. znowy Kyle?

— Niezupelnie mamo.. – zaczela Liz, ale matka nie dala jej dokonczyc

— A wlasnie! czy ten przylizany idiota Evans dalej jeczy Ci pod oknem jakies kretynskie przyspiewki? wydawalo mi sie wczoraj, ze cos slysze, ale jak wyszlam z kijem przed dom, to nikogo nie bylo...

— Nie, mamo. To pewnie znowu ci pijacy z naprzeciwka.. oni tez mnie lubia... – zarumienila sie Liz, usmiechajac do wlasnych mysli.

— Skoro tak mowisz.. No nic. Niewazne. Wstawaj, bo sie spoznisz.
Liz sie nie poruszyla.

— Liz... – mruknela ostrzegawczo pani Parker – mam cie podniesc?

— Ale mamo.. ja juz jestem dorosla. i chce sie przebrac.

— Cicho idiotko – kwestie przemian mlodej kobiety poruszamy dopiero w Sexual Healing!! – kobieta zgromila wzrokiem corke.
Liz wyciagnela scenariusz spod poduszki.
chwile pozniej:

— Juz wstaje mamo! – krzyknela radosnie, wyskakujac z lozka i rzucajac sie matce na szyje.
Jednak w tym momencie, mocno juz wkurzona mama, odwrocila sie i wyszla z pokoju, skutkiem czego Liz stracila rownowage i uderzyla o podloge.
Przebierajac sie przed lustrem, rzucala takie bluzgi, ze stojaca pod drzwiami matka zaczynala lubic swoja, nieco pierdolowata do tej pory, coreczke...

***

— Sluchaj kobieto! jezeli wyobrazalas sobie, ze sie ozenimy, bedziemy miec dzieci i zyc dlugo i szczesliwie poki smierc nas nie rozlaczy, to chyba cos ci sie na mozg rzucilo i nie chce zejsc!! – darl sie Miachael na caly korytarz. Kropelki sliny uderzaly w twarz zaplakanej Marii.
Liz wlasnie wchodzila do szkoly i widzac taka scene, juz wiedziala, ze to bedzie kolejny nudny dzien z cyklu "bueeee..!! boze Liz!! jak ja nienawidze tego drania!! bueeee...". Plynnie zmienila kierunek ruchu i skierowala sie do wyjscia. Jednak DeLuca byla spostrzegawcza.

— Liz! Liz! Zaczekaj!
Sluch Liz gwaltownie sie pogorszyl i nieswiadomie przyspieszyla. Az podskoczyla z wscieklosci, gdy przyjaciola zlapala ja za rekaw.

— O! Maria! Jak leci?

— bueeeee!!

— Aha... Znowu Michael... Powinnas rzucic tego matola. Skoro nie umie cie docenic, nie zasluguje na ciebie. Nie mozesz sie tak meczyc. Na pewno znajdziesz kogos kto cie pokocha... – Liz obejmujac Marie czytala za jej plecami z kartki. Juz od dwoch lat czytala jej dokladnie ten sam tekst, a przyjaciolka nigdy nie zwrocila uwagi... Postanowila posunac sie dalej – i nie bedzie sie smial z twoich murzynskich ust. No juz dobrze, nie placz..

— Ten dupek powiedzial, ze sie ze mna nie ozeni!! – wykrzyczala przez lzy Maria – Ja nawet slowa nie powiedzialam o malzenstwie!! Zaczelam tylko cos w rodzaju "jak juz bedziemy starzy..", a ten palant natychmiast na mnie naskoczyl! Bez powodu!!
Liz wspolczujac Michaelowi, objela przyjaciolke ocierajac opluta twarz i mielac w duchu przeklenstwa.

— Maria.. Tak mi przykro.. Ale musimy juz isc. Lekcje zaczely sie piec minut temu.

— Moja zycie sie rozpada, a ty mowisz o lekcjach??

— Przepraszam... Nie chcialam – spuscila wzrok Liz i dodala w myslach "Twoje cholerne zycie rozpada sie juz trzeci raz w tym cholernym tygodniu, a jest dopiero cholerny wtorek..."

— Nie, to ja przepraszam. Nie moge zebrac mysli. Masz racje – chodzmy.

— Tylko sie nie potknij o dolna warge... – mruknela Liz pod nosem

— Co mowilas?

— Ze pan Harris nie bedzie zachwycony naszym spoznienem.

Po wejsciu do klasy, odsluchaniu tradycyjnej oracji o spoznieniach, chamstwie mlodziezy i wojnach na swiecie (nigdy nikomu nie udalo znalezc sie powiazania, ale to najwyrazniej Harrisowi nie przeszkadzalo), Liz skierowala sie do swojej lawki. Oczywiscie, jak co wtorek, lezaly na niej czerwone roze. Liscik znala na pamiec: "Kochana Liz, wiem, ze miedzy nami jeszcze sie ulozy. Wybaczam ci, ze przespalas sie z Kylem. Wszystko bedzie jak dawniej. Twoj na zawsze – Max". Tak jakby chciala wybaczenia... to bylo najlepsze posuniecie w jej zyciu! Kyle jest... Na sama mysl zrobilo jej sie cieplej. I pomyslec, ze sam mnie do tego namowiles kretynie... No moze nie dokladnie ty, ale roznica nie jest wielka. Jednak to stare dzieje. Teraz musi skupic sie na rzeczywistosci: jak odzyskac Kyle'a i jeszcze namowic jego i Michaela na trojkacik...
Ale juz jej w tym glowa.. niedlugo wszyscy troje wyladuja w lozku...
Ostentacyjnie usiadla w innej lawce.

***

Liz po cichu weszla do swojego pokoju. Niezgrabnym ruchem reki zdjela kurtke i polozyla ja na fotelu. Z polki z ksiazkami wyjela swoj dziennik. Usiadla na lozku i zaczela notowac
"Nie juz nie wytrzymam! Musze zaciagnac ich do lozka! Obydwoch...Tak tyle ze musze obcykac plan dzialania. Coz jestem madra to to nie bedzie trudne".
Po chwili dziennik lezal juz na swoim miejscu a Liz wylegiwala sie na tarasie swojego balkonu.
Byla tak zaapsorbowana swoimi myslami ze nie uslyszala krokow. Nagle na jej ramieniu pojawila sie czyjas reka. Liz zerwala sie z miejsca i zauwazyla ze przed nia stoi sylwetka Kyle.

—hej, nie chcialem cie przestraszyc

—spoko, wyluzuj nic sie nie stalo- spokojnie odrzekla-
co cie sprowadza?

—a wlasnie...-popatrzyl jej w oczy- chcialem... sie z toba..zobaczyc- dodal po chwili milczenia.
Liz nie spodziewania rozesmiala sie o namietnie pocalowala zdezorinetowanego chlopaka.

—chodz do mnie...- szepnela zachecajaco a chlopakowi przelecialy ciarki po plecach.

—jak sobie zyczysz- i po chwili wyladowali w lozku.
"teraz do szczescia potrzebny mi tylko Michael...ah co to bedzie za sex"- pomyslala.

***

Wersja do druku Następna część