Martuśśśśśśśś

Odejść ku zapomnieniu... (4)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Puste oczy Liz wirowały wokół Isabell...

—po tym wszystkim co mi zrobliście śmiesz tu jeszcze przychodzić? -Liz nie była poruszona, raczej pewna siebie i dumna.
Isabell spuściła wzrok na ciemną posadzkę, której zimno biło nawet od patrzenia.

—wiesz, że nie chcieliśmy...

—ale zrobiliście! Zostawiliście nas tam! -Lizzy przerwała Is w nieoczekiwanej furii. Jej zimny wzrok dobijał kobietę.

—nie chcieliśmy... -Isabell nie miała odwagi spojrzeć na Elizabeth.

—poświęcaliśmy się dla was! -Liz ściszyła ton.

—oddałam wszystko, wszystko co miałam i wszystko co było dla mnie wszystko...to wszystko straciłam. A wy jak się odpłaciliście? -Lizzy nie mogła ukryć złości, wpatrywała się w kobietę zimnym wzrokiem, który zdawał się oskarżać...

—Maria nie żyje... -dziewczynie załamał się głos, nie mogła ukryć łez...

—Alex też... nie żyje ojciec mojego męża, to wszystko przze was!!! Gdybyście nie pojawili się w Roswell, gdybyście nie wciągnęli nas w to wszystko! -zapanowała niezręczna cisza, którą przerwać mogła Liz, ale wiedziała, że Isabell teraz cierpi, nie chciała tego kończyć. Napawała się każdą chwilą cierpienia Is, żyła jej każdą łzą...była przepełniona chcęcią zemsty.
Isabell uniosła głowę, uniosła wzrok na Elizabeth...

—nie wiem dlaczego tu przyszłam... -nie doczekawszy się odpowiedzi ze strony Lizzie uznała, że jej słowa uzyskały aprobatę...
Guerin odwróciła się i stanęła. Chciała coś powiedzieć, ale bała się...

—Isabell zaczekaj... -Liz nie mogła tak tego zostawić, mimo, że K4 wyrządzili jej tyle krzywdy, że to przez nich straciła przyjaciół, że to przez nich jej wzrok była tak pusty---> mimo wszystko nie potrafiła odtrącić Is.

—------------------------------------------------------------------------------------

—Npijesz się czegoś? -Liz czuła dorycz, ale strała się być uprzejma...Isabell usiadła na pastelowej sofie.
Lizzy wyszła z pokoju zostawiając Is samą.

—Wynoś się! -Kyle stał przed kobietą, emanowała od niego złość...

—Kyle....

—Wynoś się powiedziałem! -Valenti zdawał się chcieć użyć siły...

—Przez was nie żyje mój ojciec! Przez was nie żyje Alex, to wy zabiliście Marię! Wynoś się stąd, nie chcę cie znać!!!!!!!!

—Kkochanie...przestań -Liz była przestraszona, ale miała dość łez...

—Liz nie! -Kyle odwrócił wzrok na żonę i usiadł zakrywając oczy dłonią, nie miał już siły...

—to przez was już nie uronię łzy, bo nie ma we mnie współczucia...to przez was! -Valenti znowu poderwał się z fotela...
Liz wzięła rękę Isabell i pociągnęła ją do sieni...

—spotkamy się jutro w Crashdown...ale jeśli mam przyjść – to będę musiała poznać prawdę...będziesz musiała powiedziec mi co się stało tamtej nocy...
Is wzięła torebkę...

—powiem ci...
Liz gwałtownie otworzyła drzwi i wypchnęła za nie Guerin.

—o 1... -rzucił tylko i zamknąwszy drzwi skierowała się ku salonowi, w którym pozostał Kyle...

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część