Cyfra

Dawne Rany

Wersja do czytania

Nad Roswell wisiały czarne, burzowe chmury. Powietrze było parne i ciężkie. Miasto opustoszało, wszystkie drzwi i okna zamknięte były na cztery spusty. Zaczęło się odliczanie. Wszyscy wiedzieli, że huragan " Willy" nie oszczędzi niczego na swej drodze. Tylko w małej kawiarence "Crashdown" świeciło się światło. Wszystko poza tym znajdowało się w objęciach ciemności. Max i Michael czekali na przybycie Tess, bezsensownie patrząc w nieskończoną ciemność. Wszyscy inni czekali na nadejście żywiołu w małej piwniczce pod restauracją.

— Isabel- szepnął Kyle. -Evans – powtórzył głośniej. Dziewczyna nagle wzdrygnęła się jakby obudzona ze snu i zdezorientowana obrzuciła pomieszczenie spojrzeniem.

— Co chciałeś?- Odpowiedziała tak naturalnym głosem jak tylko mogła.

— Martwię się o Tess, powinna już dawno tu być. Może po nią pojadę.- Zaproponował Kyle.

— Nie ona sobie poradzi- odparła szorstko Isabel, po czym dodała już normalnym głosem -Nic jej nie będzie, nie martw się.
Kyle nic już nie mówił. Od samego rana, jeszcze za nim zmieniła się pogoda, Isabel wydawała mu się jakaś dziwna, ale nie mógł odgadnąć, czy to przez huragan, czy może przez coś innego. Valenti nawet nie domyślał się, co jest przyczyną takiego zachowania dziewczyny. Nagle ciszę, jaka panowała w piwnicy przerwał nie ludzki krzyk dziewczyny wydobywający się z jej zaciśniętych w groteskowym grymasie ust. Maria i Liz, które jeszcze przed chwilą słodko drzemały, stały na równych nogach patrząc na koleżankę. Przez panujący tu półmrok prawie jej nie widziały. Nagle przez małe okienko wpadło białe oślepiające światło. Zaczęła się burza. Krople deszczu najpierw spokojnie, później coraz mocniej uderzały w okna i metalowe parapety piwnicy, brzmiąc jak, jakaś nieziemska melodia. Isabel złapała się za głowę, usiadła i zaczęła cicho szlochać. Nikt nie wiedział, co robić, wszyscy stali wystraszeni i patrzyli na siebie pytająco. Nagle po schodach zbiegli Max, Michael i Tess. Na ich twarzach malowały się przerażenie i zdziwienie.

— Co się stało?- Zapytał szybko Max.- Nic ci nie jest? Isabel odezwij się! Co się dzieje? – Dodał chwytając dziewczynę delikatnie za rękę. Nagle jej twarz znów pobladła, zmieniła się, oczy zapełniły się łzami, które po chwili gęstymi stróżkami popłynęły po policzkach, skapywały na ziemię, wydając prawie niesłyszalny odgłos, który mimo to odbijał się głośnym echem w głowie jej brata. Max nie dawał za wygraną ciągle uspakajał ją, samemu nie wiedząc, co się dzieje. Płacz dziewczyny odrobinę ucichł, słychać było jedynie przyspieszony oddech.

— Alex, Alex, on tu jest czuję jego obecność, nie wiem, co się ze mną dzieje. Mam wizje… Alex jest w Roswell i mnie szuka…- te ostatnie słowa wypowiedziała z ogromnym trudem.

— Isabel, on nie żyje, Alex odszedł prawie dwa lata temu, nie możesz…- Czego nie mogę?-Przerwała mu siostra. -Ja tego nie wymyśliłam, on tu jest.- Powiedziała i zerwała się z miejsca, wbiegła po schodach, stanęła twarzą do okna i jakby zamarła w bezruchu. Dokładnie naprzeciw niej, tuż za drzwiami stał on, patrzył na nią sprawiając wrażenie jakby był tu od wielu godzin, mokry, zmęczony. Czekał na nią- wiedziała. Jak zahipnotyzowana ruszyła do drzwi by je otworzyć, musiała go wpuścić, tyle czekała. Na schodach pojawili się wszyscy spoglądając, co się dzieje. Nie wierzyli własnym oczom, ten, który wydawało się odszedł na zawsze z ich życia był prawie na wyciągnięcie ręki. Jedynie Michael patrzył na całą scenę z przerażeniem.

— Nie! Isabel nie rób tego, nie otwieraj mu drzwi.- Wykrzyknął jak najgłośniej mógł.
Było już za późno drzwi się uchyliły, całe następne kilka sekund trwało dla nich jak wieczność. Alex z kieszeni swej kurtki wyjął nóż, postąpił krok i z olbrzymią siłą wbił jej w brzuch. Dziewczyna upadając poczuła metaliczny smak krwi w ustach, po czym straciła przytomność. Przez chwile panowała całkowita cisza, którą rozerwał huk wybuchających okien, butelek i talerzy, które znajdowały się w kawiarni. Miliony odłamków z olbrzymią szybkością rozcięły ciało zabójcy. Po raz kolejny wszystko zamarło, tylko w powietrzu tańczyły tysiące, setki tysięcy skórek.

—To, to był skór.- Rzekł Michael.- Musiałem go zabić, musiałem.- Powiedziawszy to upadł wycieńczony. Max bez namysłu podbiegł do rannej siostry i przyłożył do jej brzucha dłoń. Pomieszczenie wypełnił blask, Isabel otworzyła oczy. Za rozbitymi oknami pierwsze promienie słońca padały na mokrą ziemię. Wszystko wracało do starego porządku, jedynie ledwie, co zagojone rany na sercu Isabel otworzyły się sprawiając ból, jakiego nigdy nie odczuwała…


Wersja do czytania