Kath7 - tłum. Milla

Burn For Me (13)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

CZĘŚĆ 13


Pewnego ranka budzi się po kolejnej bezsennej nocy i wie, że to dzień w którym ucieknie.

Od jakiegoś czasu wyczuwał, że Pierce jest nim znudzony, że nie jest dłużej zainteresowany zmienianiem życia Maxa w piekło. Był nakłuwany, nacinany i torturowany za to, że istnieje. Ale nie dostarczył Piercowi żadnych prawdziwych odpowiedzi. Co oznacza, że wkrótce, jeśli tu zostanie, Max będzie martwy.

Nie jest gotów umrzeć. Nie zasługuje na spokój, który przyniesie ze sobą śmierć. To jego pierwsze rozumowanie dlaczego postanawia uciec.

Ale w głębi jest też inna mała cząstka niego. Ewentualnie ta mała cząstka przeważa nad tą jego częścią, która nalega na to, by czuł się winny. Ta część naprawdę chce
żyć i nie chodzi tylko o obwinianie się o to, co stało się Liz. To ta mała cząstka która wie, że Liz byłaby zła gdyby wiedziała, że on się kara. Ta mała cząstka wie też, że sny które miał – w których Liz prześladowała go i obwiniała o swoją śmierć – nie były tak naprawdę o Liz.

Liz go kochała. Liz nie chciałaby żeby cierpiał. Liz zginęła, żeby go uratować.

To wtedy naprawdę zrozumiał dlaczego czuje się tak winny. Pozwolił Piercowi więzić się przez pięć lat i nie próbował uciec. Liz poświęciła swoje życie, żeby to się nigdy nie stało. Pozwalając Piercowi się tu trzymać znów ją zawiódł. To z powodu tego nagłego objawienia, kiedy to przestaje się nad sobą użalać, decyduje że musi uciec. Musi się wydostać, bo tego chciałaby Liz.

Zawsze wiedział, że jego przeznaczeniem nie jest umrzeć w Białym Pokoju. Jego przeznaczeniem jest tu cierpieć. Jego przeznaczeniem jest by zostać ukaranym. Ale teraz czuje, że jego przeznaczeniem jest żyć. Że jego czas tu się skończył.

Życie na zewnątrz nie będzie życiem, którego zawsze pragnął. To nie będzie życie zrodzone z marzeń i "co jeśli", ale będzie to życie honorujące Liz Parker i to jak wiele ona poświęciła, żeby zapewnić jego przeżycie.

Nie wróci do domu. Dom nie jest bezpieczny. Dla nikogo nie będzie bezpiecznie jeśli on wróci do Roswell. Zawsze miał nadzieję, że pozostali jego bliscy wiodą szczęśliwe życie, że poszli do przodu. Jeśli do nich wróci, a oni są szczęśliwi, to się skończy.

Ucieknie, będzie żył. Nie pozwoli by Pierce go zabił, co uczyniłoby ostateczny dar Liz bezwartościowym. Nie pozwoli, by Pierce wygrał w ten sposób.

Będzie żył. Będzie żył, ale wie, że nie będzie szczęśliwy.

Wie, że tego chciałaby Liz – żeby znów poczuł radość – ale to jedyny dar, którego nie może jej podarować. Ponieważ ironią daru, który ona
jemu podarowała – jej życie – jest to, że bez niej nie może być spełniony.

Ale może żyć.


* * *

"Co ma pan na myśli mówiąc wyszedł?" Beth wpatruje się w ojca Kyle'a z niedowierzaniem. "Poprosił go pan o pomoc, on się zgodził, a potem po prostu odszedł?"

Nie rozumie. To nie w stylu Zana. Powiedziała tym ludziom, że on im pomoże. Ufała, że on pomoże im znaleźć Maxa. Wie, że proszenie go o to, to zbyt wiele, ale wie też, że on to zrobi. Nie mógłby jej odmówić.

Czyżby zdenerwował się tym, że to szeryf go o to poprosił, a nie ona? Jak może nie wiedzieć, że sama by go o to poprosiła, gdyby przyszedł się z nią zobaczyć?

Czy myśli, że ona nie chce z nim rozmawiać? Bo to nie prawda. Wciąż go kocha, pomimo wszystkiego. Obawia się chwili, kiedy będzie mu musiała powiedzieć, że to nie wystarczy – że nigdy nie była w stanie tak do końca mu się oddać, bo Max zajmuje już to miejsce w jej sercu, którego pragnie Zan – ale Zan musi przynajmniej wiedzieć, że ona go kocha.

Wie, że coś jest nie tak. Zna Zana. On by pomógł. Nie jest egoistą. Nigdy nie był. Zawsze najpierw myśli o swojej rodzinie, a ona jest częścią jego rodziny. On nie jest okrutny. Wie jak bardzo chcą znaleźć Maxa i wie jak bardzo Max musi ich potrzebować. Nie odwróciłby się do tego plecami, nawet jeśli jest zły i zraniony.

"Tylko to, co powiedziałem," odpowiada szeryf smutnym głosem. Nie wydaje się zły, tak jak pozostali. Ale pozostali nie znają Zana. Szeryf natomiast – nawet po ich krótkiej wymianie – wydaje się lepiej go rozumieć. Patrzy Beth w oczy, widać że jest zaniepokojony.

"Musimy go znaleźć," mówi Beth stanowczo. "On zamierza zrobić coś głupiego."

Szeryf zamyka na chwilę oczy i bierze głęboki oddech. "Bałem się, że to powiesz."

"Coś głupszego niż udawanie, że nie wie kim jesteś? Może ukrywa się żeby utrzymać swoją nieposzlakowaną opinię bycia kompletnym egoistą," mówi gwałtownie Isabel. Siostra Maxa krąży po pokoju najwyraźniej zdenerwowana, jej nadzieja na odnalezienie Maxa zaczyna ponownie się rozmywać.

"Isabel." Beth wypowiada imię drugiej kobiety cicho, ale w sposób który powoduje, że Isabel się zatrzymuje. "Powiedziałaś mi, że ty i Lonnie jesteście właściwie takie sama. Myślę, że to zostało nawet potwierdzone. Dlaczego tak ci trudno zaakceptować, że Max i Zan również mogą być tacy sami? Czy twój brat po prostu by się ukrył, gdyby ktoś był w tarapatach?"

Isabel zerka na Michaela, to on odpowiada, jest wyraźnie zły. "Znasz już odpowiedź na to pytanie Liz. Max ujawnił się, żeby cię uratować. I mylisz się. Nie jesteśmy ani trochę tacy jak oni."

"Jesteście," odpowiada Beth, sama zaczyna się denerwować. Starała się jak mogła zrozumieć tych ludzi – zrozumieć dlaczego są tak zawzięci jeśli chodzi o ich duplikaty – ale oni nie zrobili najmniejszego wysiłku, by spróbować zrobić to samo. Nie spróbowali zrozumieć, że ona kocha Zana, Lonnie, Ratha i Avę za to kim są. Że pomimo trafnych uwag Isabel z poprzedniego wieczora – uwag, które Beth przyjęła do wiadomości – ostatnie trzy lata nie służyły tylko zastąpieniu tych, których straciła.

Jak mogą zrozumieć skoro ty sama zdecydowałaś, że musisz całkiem ich odrzucić, żeby wrócić do swojego dawnego życia.

Beth czuje przebłysk poczucia winy rozumiejąc, że to nigdy nie będzie takie proste. Ponieważ ostatecznie ona kocha ich wszystkich. Kocha ich inaczej, ale wszyscy są dla niej ważni.

I z tego powodu – ponieważ oni wszyscy będą częścią jej życia – będą musieli zwyczajnie akceptować siebie nawzajem.

"Wy po prostu wyrośliście kochani," ciągnie Beth delikatniej. "To jedyna różnica."

"To największy stek bzdur jaki w życiu słyszałem!" krzyczy Michael sprawiając, że Beth podskakuje. "Nie jesteśmy wymienialni! Nic mnie nie obchodzi co ty o tym myślisz Liz, Beth czy kim tam do diabła jesteś. Oni nigdy nie będą tacy jak my!"

Po tym wybuchu w pokoju zapada cisza. Beth wie, że jej oczy są szeroko otwarte, ponieważ po raz pierwszy uświadamia sobie, że w niechęci, którą Roswellianie czują wobec swoich duplikatów chodzi o coś więcej niż tylko o nią. Bo zawzięty gniew nie może dotyczyć tylko niej. Z tego co jej powiedziano wynika, że ona i Michael nigdy nie byli tak blisko. Ufali sobie wzajemnie, ale w żadnym razie nie byli najlepszymi przyjaciółmi.

Ale Beth wie też, że Michael nigdy jej nie powie. Więc najpierw patrzy na Alexa, potem na Kyle'a. Spogląda nawet na szeryfa, ale on wydaje się równie zaskoczony furią Michaela jak Beth. Nawet Maria wygląda na zszokowaną.

"O co w tym chodzi?" w końcu kieruje to pytanie do Tess, ponieważ Isabel ma skrzyżowane ramiona i wysoko uniesiony podbródek. Michael oddycha szybko starając się okiełznać swój gniew, ale ma z tym trudności. Wreszcie przechodzi szybko przez pokój i otwiera drzwi balkonowe, jakby świeże powietrze miało mu w tym pomóc.

Tess krzywi się z wahaniem. Spogląda na Isabel. Siostra Maxa wzdycha ciężko i opada na sofę. W końcu otwiera usta i mówi, "Próbował zastąpić Maxa."

Beth jest zmieszana. "Kto? Zan? Mówiłam ci! On nie wiedział o mnie i Maxie."

Isabel przewraca oczami. "O ile ciągle nie kupuję do końca, że Zan nic nie podejrzewał, wierzę że nie wiedział na pewno. Jednak nie o nim mówię. Mówiłam o Langleyu."

Beth jest zaskoczona. "Langley?" Wie oczywiście, że Roswellianie spotkali opiekuna kosmitów z Nowego Jorku, ale co on ma z tym wspólnego?

"Langley przyjechał do Roswell," wyjaśnia Tess. "Jego jedynym celem był powrót do domu. Nie dbał o to, że Max zginął. I tak chciał lecieć i chciał żebyśmy zabrali ze sobą Zana. Chciał żebyśmy zaakceptowali Zana, zupełnie jakby Max nigdy nie istniał."

"Ale w jaki sposób jest to wina Zana?" pyta Beth. "Przez wczorajszym dniem nigdy go nie spotkaliście. Przecież jest oczywiste, że on sam nigdy nie próbował zająć miejsca Maxa."

"Może nie specjalnie." Tess wzrusza ramionami. "Ale Liz, on zajął miejsce Maxa. U twego boku. Co jest jedyną rzeczą co do której z całą pewnością wiemy, że zabiłaby Maxa."

Beth patrzy ostro na Isabel. "Powiedziałaś mi, że Max nie będzie o to dbał."

Isabel wpatruje się w Tess, która wygląda jakby chciała się zapaść pod ziemię. "Tess nie wie o czym mówi," stanowczo zapewnia ją siostra Maxa. "Ledwo znała Maxa zanim został schwytany."

Tess jest zdenerwowana. "To prawda," przyznaje cicho. "Ale wiem jak bardzo on cię kochał Liz. W końcu to mnie odrzucił dla ciebie." Spogląda szybko na Kyle'a, ale on nie wydaje się przejęty. Najwyraźniej bardzo dobrze zna Tess i tylko uśmiecha się do niej uspokajająco. To zdaje się dać drobnej blondynce siłę by kontynuować, bo dodaje, "I wiem też, że ja również nie chciałam żeby Zan zastąpił Maxa."

Beth wzdycha. Rozumie, że żaden opis Maxa jaki otrzyma – ani co on będzie lub nie będzie czuł – nie będzie tak trafny jak ten, który sama byłaby sobie w stanie zapewnić, gdyby miała swoje wspomnienia. To ona znała go najlepiej. Ma nadzieję, że pewnego dnia znów tak będzie.

"Nigdy nam o tym nie mówiliście," mówi Alex, przerywając ciszę. Nie brzmi na zdenerwowanego czy złego, tylko smutnego. "Dlaczego Isabel?"

"To było pomiędzy naszą trójką," odpowiada cichutko Isabel. "Nigdy nawet o tym nie rozmawialiśmy, po tym jak powiedzieliśmy Langleyowi, żeby się chrzanił." Oczy Beth się rozszerzają. Isabel nie mówi takim językiem. To, bardziej niż cokolwiek innego, sugeruje Beth jak bardzo próba Langleya, by zastąpić Maxa Zanem, wpłynęła na Roswellian.

"Nie rozmawialiśmy o tym, ponieważ nie chcieliśmy o tym myśleć," dodaje Tess. "O tym, że Max w ogóle musiał być zastąpiony. Zawiedliśmy go. Zginął bo nie byliśmy dość silni by go ocalić."

"To nie była wasza wina," wtrąca szeryf szorstko. "Byliście dziećmi. Tess mówiłem ci to setki razy!"

"Wiem," odpowiada cicho Tess. "Ale nic nie poradzimy na to, co czujemy. Mieliśmy być drużyną – zespołem. I zawiedliśmy go kiedy najbardziej nas potrzebował."

"Nie, to ja go zawiodłem," nalega szeryf. "To przeze mnie FBI wiedziało o Maxie. Gdybym po prostu zostawił go w spokoju, nic z tego by się nie wydarzyło."

"Tato..."odzywa się Kyle zmęczonym głosem, zupełnie jakby już wiele razy wcześniej odbywali tą dyskusję. "To nie była twoja wina. Zmieniłeś zdanie. Zrobiłeś co mogłeś, żeby go chronić."

"Nikt z nas pana nie obwinia szeryfie," dodaje Isabel. "Michael sam panu powiedział, że Max panu ufał."

"Cóż za bardzo mu to nie pomogło, prawda?" zauważa szeryf.

"W porządku, czy możecie wszyscy przestać?" przeszkadza Maria. Słuchała po cichu, ale teraz płacze. "Nikt z was nie jest winny! Jest tylko jeden winny i jest nim Pierce. Czy myślicie, że Max chce żebyście siedzieli i obwiniali się?" Patrzy na Beth. "Prawie się cieszę, że ty nic nie pamiętasz, bo byłabyś najgorsza z nich wszystkich."

Beth zaciska wargi. Nie ma odwagi powiedzieć Marii, że już czuje się winna, nawet nie pamiętając.

"Max jest nie do zastąpienia." Ciągnie Maria. "Wszyscy to wiemy. Ale to nie czyni Zana złym. Langley był skończonym łajdakiem. To również wszyscy wiemy." Patrzy na Isabel. "Załatwił was na czysto. Przecież zabrał waszą jedyną drogę powrotu na waszą planetę."

"Nie chcieliśmy lecieć," przypomina jej trochę niepewnie Tess.

"Wiem o tym Tess, ale to nie znaczy, że miał prawo was tego pozbawić!" wykrzykuje Maria. "Granolith należał do was."

"Czym jest granolith?" pyta Beth. Bo wie, że Zan, Lonnie i Rath zawsze chcieli to wiedzieć.

"To był statek kosmiczny," odpowiada Tess. "Langley go ukradł i odleciał, kiedy mu powiedzieliśmy, że nie zaakceptujemy Zana i nie wrócimy z nim."

Beth czuje się rozczarowana, bo wie, że tak właśnie będzie się czuł Zan, kiedy się dowie. Wydaje jej się, że on i jego rodzeństwo zawsze wyobrażali sobie granolith jako coś więcej niż tylko statek kosmiczny. Zawsze rozmawiali o nim przyciszonymi głosami, niemal z czcią. Nigdy nie wiedziała za co to uważali, ale czuje że to musiało być coś więcej niż podróż powrotna do miejsca, do którego i tak nie chcieli wracać.

Zan nigdy nie chciał wracać na Antar. Wie o tym i wie też, że pozostali czują podobnie. Antar zawsze reprezentował odrzucenie ich przez Langleya. Nigdy nie wiedziała dlaczego ich opiekun zostawił ich, dopóki nie dowiedziała się o Maxie i kosmitach z Roswell, ale wie, że dezercja ich opiekuna zraniła Zana. To wpłynęło na jego życie dużo bardziej niż by to przyznał nawet jej.

Zamyka oczy. Nagle dotarło do niej, że ten fakt musi czynić jej odrzucenie Zana dla Maxa nawet bardziej bolesnym. Bo to nie pierwszy raz, kiedy to mu się przydarzyło.

Nie może go prosić o pomoc w znalezieniu Maxa.

Zdaje sobie z tego sprawę nieoczekiwanie i z nagłą świadomością przychodzi uczucie ulgi; poczucie, że w końcu robi właściwą rzecz. Nie może być tak okrutna. Zan był ostatnio zmuszony radzić sobie z wystarczającą ilością problemów. Nie może go prosić jeszcze i o to. Była egoistką nawet to rozważając.

Znalezienie Maxa należy do niej. Wie, że może to zrobić. Dzięki szeryfowi wiedzą nawet gdzie zacząć. Max prawdopodobnie ruszył dalej z miejsca skąd dzwonił, ale gdzieś tam jest i dlatego go znajdą.

"Liz, o co chodzi?"

Mruga, skupiając uwagę na Alexie, który jako jedyny wydaje się być świadomy zdeterminowanej miny, która pojawiła się na twarzy Beth.

"Nie możemy prosić Zana o pomoc," odpowiada prosto Beth. "Po prostu nie możemy. Musimy to zrobić sami."

"Ale jak Liz?" dopytuje Isabel zniecierpliwionym głosem.

"Dokładnie tak samo, jak próbowałyśmy wczorajszej nocy," mówi jej cierpliwie Beth.

"Odwiedzanie snów?" pyta Tess trochę lekceważącym tonem, choć Beth wie, że to nieumyślne – taka po prostu jest. "Liz to już nie zadziałało."

Beth poważnie patrzy w oczy blondynki. "Nie obchodzi mnie co się stało wczoraj w nocy. Wydaje mi się, że byłam wtedy zdezorientowana." Odwraca się z powrotem do Isabel. "Tym wszystkim co mi powiedziałaś o połączeniach i resztą. Jest logiczne, że byłam trochę przytłoczona."

Isabel wydaje się nie przekonana. "Sama nie wiem."

"Czy to może zaszkodzić?" pyta szeryf. Beth uśmiecha się do niego z wdzięcznością. "I tak ruszamy jutro rano do Kanady. Warto jeszcze raz spróbować, prawda?"

Isabel prostuje się nieznacznie. "Chyba tak," odpowiada. "To znaczy i tak nie chcę siedzieć bezczynnie i czekać."

Beth wzdycha z ulgą. "Świetnie."

"Zjemy kolację, a potem spróbujemy," sugeruje Isabel. "Max pewnie jeszcze nie śpi."

Kiedy grupa zaczyna się rozchodzić, żeby przygotować się do kolacji, Maria zostaje blisko Beth. Wreszcie, kiedy wszyscy są poza zasięgiem słuchu, szepcze, "Liz, co z Zanem? Zamierzasz spróbować z nim dzisiaj porozmawiać?"

Beth spuszcza wzrok i ponownie wzdycha. "Chyba nie. Dam mu dzisiaj spokój. Gdyby chciał ze mną porozmawiać, wszedłby tutaj... prawda?"

Maria marszczy brwi. "Chyba tak. To ty go znasz, nie ja."

"Myślę, że on potrzebuje trochę czasu," mówi jej Beth. Nie wie do końca jak opisać to, co w tej chwili czuje do Zana. Czuje się przygnębiona i winna, ale także trochę jej ulżyło, że wyjął z jej rąk decyzję czy z nim dzisiaj porozmawiać.

Zadzwoni do niego jutro rano, zanim wyjadą do Kanady. Do tego czasu zdecyduje co dokładnie mu powiedzieć.

Ponieważ ostatnią rzeczą jakiej chce, to zranić go bardziej niż to się już stało. Jeżeli na Ziemi jest ktoś, kto na to nie zasługuje, to jest to Zan.





Poprzednia część Wersja do czytania Następna część