_liz

Każda moja łza (9)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

VIII


Jemu samemu zakręciło się w głowie, a przed oczami roztoczyła się ciemność. Nie był pewien czy to jej ciało osunęło się w jego ramiona czy on sam stracił przytomność. Dopiero po kilku sekundach pełnych zimnego strachu i gęstej, smolistej bezradności, plamki światła przedarły się do jego świadomości. Powoli odzyskiwał pewność, że to nie on leży na brudnej posadzce. Przeniósł wzrok na drobną osóbkę, którą właśnie ściskał w ramionach. I mięśnie znów odmówiły posłuszeństwa, zginając jego kolana. Błędny wzrok powrócił na jej twarz. Przez jego żyły przetoczyła się wzburzona fala cierpkiego bólu i zgorzkniałego żalu. Wiedział, że to jedyna możliwość, żeby była tak blisko niego. Przytulił ją mocniej, przesuwając się w stronę zaplecza. Położył ją na kanapie, odgarniając z jej twarzy poplątane włosy.

Ciężkimi kroplami spływała do jego wnętrza furia. Stał nad nią, zaciskając pięści. Ciemny obłok przesłonił błysk w jego oczach. Stopniowy paraliż obezwładniał jego kolejne nerwy. Tak jak kiedyś, gdy jeszcze jego koszmar żył prawdziwą pełnią swoich sił. Znów czuł się jak małe dziecko, które wpatrywało się w swojego kata, nie mogąc nawet krzyczeć. Miał wrażenie, że spada w dół bardzo szybko, mimo że nieustannie stał w miejscu. Jego żołądek gwałtownie podskoczył, wyciskając z siebie trujące kwasy, które powoli rozpuszczały roztrzęsione serce. Oczy zamgliły się od piekącej wody, wypływającej prosto z rozdartej duszy.

Dlaczego to zawsze musiało spotykać jego? Dlaczego to zawsze on musiał się dławić mazistą rzeczywistością? Dlaczego, gdy już coś czuł, to ktoś musiał to zdeptać? Dlaczego musiał się zwrócić właśnie ku niej?

Wciąż nie odrywał od niej wzroku, chociaż każde mrugnięcie bolało, jakby ktoś mu sypał piach w oczy. Gdyby mógł cofnąć czas, to nie przyszedłby w tamtą ulewę właśnie tutaj. Ale nie umiał cofać czasu i teraz tkwił po środku katastrofy, która chciała go żywcem pogrzebać. Kłębuszki nerwowe były przytłoczone jego gniewem. Zły sam na siebie o kierunek uczuć. A nawet nie o kierunek, co o nie same.

Drgnął. Teraz dopiero sobie przypomniał, że straciła przytomność. Błyskawicznie chwycił ręcznik i zmoczył go zimną wodą. Usiadł na podłodze, obok niej. Przyglądał się uważnie, jak chłodne krople wsiąkają w jej czoło. I wciąż nie potrafił uspokoić w sobie obłąkanych duchów, które podszeptywały mu pytania, na które nie znał odpowiedzi. Dlaczego właśnie ona?

Dlaczego ona?

Była jedyną osobą, która choć chciała, nie zadawała pytań, bo wiedziała, że on nie chce na nie odpowiadać. Była jedyną osobą, która otwierała okna i drzwi w ulewę, pozwalając mu się osuszyć. Była jedyną osobą, która mu tak mocno zaufała, że szukała u niego schronienia i pozwoliła się sobą zaopiekować. Była jedyną osobą, przy której mógł spokojnie spać, nie martwiąc się mrocznymi koszmarami. Była jedyną osobą, przy której znikała powoli jego żelazna bariera. Tak... Była też jedyną osobą, którą nieustannie chciały widzieć jego oczy, którą wciąż chciało czuć jego serce. To była po prostu Liz Parker.

Przesuwając ręcznik ponownie po jej czole, zaczął się zastanawiać. Jak do tej pory potrafił przejść obok niej obojętnie? Jak mógł jej tak nie doceniać? Jakim cudem była w jego mniemaniu tylko potulną maskotką Maxa, która miała bajkowe życie? Nie mógł sobie też przypomnieć, kiedy przestał patrzeć na nią swoim typowym zimnym, obojętnym wzrokiem. Ale chyba powoli docierała do niego rzeczywistość, w której dotychczasowa maska jaką nosił, strzaskała się na oczach Liz. Inni mogli nie dostrzegać tego, ale ona wiedziała. I w całym tym popapranym świecie tylko ona umiała wydobyć coś sensownego i krystalicznego z jego wnętrza.

A on nie mógł jej mieć.

To była ta myśl, która czasami odbiera chęć oddechu, tłumi resztę uczuć, ta która kusi by przesunąć szkłem po przegubie. To była myśl, która zmuszała go do ciągłej ucieczki przed Liz Parker. Tak bardzo jak chciał, żeby Max był szczęśliwy, tak bardzo chciał, aby odnalazł to szczęście bez niej. Znów się dławił plątaniną własnych sprzeczności.

Zastygł w bezruchu, gdy drobne ciało się poruszyło, a z jej ust wydobył się niezrozumiały jęk. Odzyskiwała przytomność. I powinno go to cieszyć, że wraca świadomością do rzeczywistości. Tylko ta rzeczywistość ją nieustannie od siebie odpychała. Znał to uczucie, kiedy w każdym miejscu czujesz się nie tak, jak powinieneś, kiedy wszyscy mówią niezrozumiałym językiem, kiedy się pogrążasz we własnym bólu. Wiedział, że gdy tylko otworzy oczy, powróci do niej pamięć o tym piekle, które nazywano potocznie życiem. Gdyby potrafił ją z tego wyciągnąć, zrobiłby to. Ale strach, że nie będzie w stanie tego zrobić, że nie zdoła uchwycić jej nim spadnie, odbierał mu wszystkie siły i motał myśli.

„Michael” jego imię cichym szeptem wypadło z jej ust, przyciągając jego wzrok. Był pewien, że otworzyła oczy i patrzyła na niego. Ale lodowaty dreszcz podciął jego nerwy, gdy tylko zorientował się, że powieki miała wciąż przymknięte. Kaskada sfrustrowanej niepewności i wrzącego szoku wlała się w jego wnętrze, budząc niespokojne myśli. Nie widziała go a mimo to w jakiś sposób wiedziała, że to on. A sposób w jaki wypowiedziała jego imię...

Tylko w jej głosie mogło być tyle nadziei i zaufania w stosunku do niego. Tak samo jak wtedy, gdy przyszła prosto z pustyni.

Gdy księżyca cierń
Lśni na nieba tle
A z czerwienią czerń
Nie chcą złączyć się
Nie opuszczaj mnie

Przesunął powoli ręcznik po jej czole i w dół po policzku. Mglista pewność rozpływała się w pytania. Pytania, które zamiast dawać odpowiedzi, jeszcze bardziej huśtały jego emocjonalnym półświatkiem. Czy była na tyle przytomna, że po prostu wiedziała, że to on. Czy może podświadomie chciała, żeby to był on?

Gdyby tylko wypowiedziała to pragnienie, byłby przy niej cały czas, dniem i nocą. Łaknął też usłyszeć to samo w odpowiedzi – że będzie tam dla niego.

Czekał aż jej powieki uniosą się. Dla niego to było jak oczekiwania na wschód słońca. Kiedy tylko ciemne oczy stopiły się z jego wzrokiem, a tęczowe iskry powróciły do jej tęczówek, powróciła też świadomość, że ocknęła się by wrócić do rzeczywistości, w której wróci do Maxa. Tak. Doskonale wiedział, że wróci do niego, jeśli tylko on wykona krok w jej stronę. A gdy leżała tutaj, wyszeptując jego imię, czuł się jakby wracała do niego. Tak bardzo chciał, żeby choć raz tak było.

Zamrugała niepewnie, wpatrując się w niego. Położył wilgotny ręcznik na kanapie i wstał. Wolał wyjść nim sytuacja stanie się nieprzyjemna i znów zaczną latać talerze. Skoro się już ocknęła on też mógł wytrzeźwieć ze swojego snu o niej i jak zwykle odejść. Już sięgał po klamkę, gdy wszelkie jego czynności ustały. Spowodował to tylko jeden wyraz „Zostań”.

Jego dłoń zastygła na klamce, ale wiedział, że może ją cofnąć. Lub wręcz przeciwnie, przekręcić i wyjść. Ale nie mógł się zdecydować na żadną opcję. Nie mógł, dopóki jeszcze raz nie usłyszał jej głosu „Zostań” ścisnął mocniej klamkę, czując jak zimny metal rozgrzewa się pod jego dłońmi. „Proszę” rozpaczliwy szept rozpuścił cały lód jaki zalegał w nim.

* * *

Nie zastanawiał się po co zostaje. Po prostu wrócił się i usiadł na podłodze, opierając plecy o kanapę, na której wciąż leżała ona. Nic nie mówili. Jemu głos odbierały wszystkie lęki, które zlewały się w nieprzyjemnie lepką i gorzką substancję. Blokada włączyła się sama, wysuwając stalowe kolce, które miały go przebić na wylot, gdyby tylko wpadł mu do głowy głupi pomysł zbliżenia się do niej. Siedzieli więc w milczeniu. Jemu wystarczała jej obecność do ukojenia nerwów. Ale czy ona była w stanie znieść dobijający wieczór w jego towarzystwie? Odezwałby się wbrew wszystkiemu, ale trawił go jeden strach – że poruszą temat Maxa. Nie zniósłby sypania tą solą po rozdrapanych i nowo nabytych ranach.

Szmer. Poruszyła się. Ale nie obrócił się i nie spojrzał na nią. Podejrzewał, że właśnie usiadła i wpatruje się w niego. Z całą pewnością patrzyła na niego, bo czuł świdrujące szczypanie na karku, które przepalało jego nerwy i wytłaczało z serca więcej krwi. „Dlaczego?” jej głos ciągle był przyciszony. Oboje zachowywali się, jakby głośniejsze dźwięki mogły skruszyć cieniutką taflę, która otaczała ich. Nie drgnął nawet, chociaż chciał wiedzieć czego dotyczy to pytanie. W tej mrocznej ciszy słyszał przyspieszone bicie jej serca, oddech wydobywający się niespokojnie z jej ust. Musiała zbierać w sobie siłę na zadanie kolejnego pytania.

„Dlaczego jesteś zawsze przy mnie gdy cię potrzebuję?”

Obrócił lekko twarz. W jego oczach pojawiły się te denerwujące, błyszczące chochliki, które ciągnęły sznurki słonych perełek. Nie spodziewał się tego pytania. Spodziewał się każdego innego, ale nie tego. I nie wiedział co w nim bardziej go wstrząsało – cały sens pytania czy tylko fraza „gdy cię potrzebuję”. Przełknął ślinę, która tworzyła lepką pajęczynę w jego gardle. Ona go potrzebowała?

Nie. Na pewno powinien się skupić na ogólnym wydźwięku tego pytania. Ona go nie potrzebowała. Nie tak, jak on potrzebował jej...

W świecie ziemskich spraw
Miłowanie me
Będzie pierwszym z praw

Wbijając spojrzenie w podłogę i zaciskając pięści, odpowiedział, starając się zachować swój obojętny ton. Nie potrafił jednak utrzymać w ryzach nut rozpaczliwego pragnienia i zadźwięczały one aksamitnie w jego głosie „Bo zasługujesz na to, żeby ktoś przy tobie był. A ja lubię przy tobie być” przełknął ponownie załzawioną substancję „W zasadzie niczego innego nie chcę”. Z tymi słowami coś pękło. Nie wiedział czy w nim czy w niej czy może świat rzeczywisty roztrzaskał się na kawałki. Gdyby prawda nie odebrała mu sił, to szybko by stąd uciekł starając się zapomnieć co powiedział, łudząc się, że ona tego nie usłyszała. Ale usłyszała. Dokładnie. Słowo po słowie.

Zsunęła się z kanapy. Był pewien, że zaraz usłyszy oddalające się kroki. Zamiast tego poczuł ciepło jej ciała tuż obok siebie. Kątem oka uchwycił jak klęka i wyciąga dłoń w jego stronę. Mógł jeszcze przebić się przez trujące pokłady przerażenia i załamania. Mógł pozbierać skrawki swojego muru i uciec jak najdalej stąd i nigdy nie wracać.

Delikatna dłoń dotknęła jego policzka, powodując jego momentalne obrócenie twarzy w jej stronę. Nie wydawała się być smutna czy zła. Wszystko w nim nagle ucichło, kiedy tylko na nią spojrzał. A potem wszystko zawirowało. Kręciło się w zawrotnym tempie, ale głowa go nie bolała. Wręcz przeciwnie, czuł dziwną lekkość i drganie rozżarzonych nerwów. Jakby promienie słoneczne przebijały się przez jego skórę. Wszystko kręciło się coraz szybciej – im intensywniejszy stawał się pocałunek.

Tak. Pocałunek.

Michael sam nie wiedział, kiedy miękkie usta Liz musnęły jego wargi. Nie potrafił zareagować w żaden inny sposób jak odwzajemniając pocałunek. I czuł jej smak, jej zapach...

Królem stanę się
A królową ty
Nie opuszczaj mnie

c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część