_liz

Niewiedzialne obrazy (9)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

IX

Znów zbudził mnie ten sen. Ten, którego nigdy nie chciałem ponownie śnić. Ale jednak powraca nieustannie.

Jestem w nim razem z nimi w Bloodyend. Wszystko dzieje się tak szybko, nawet nie wiem kiedy pada Nardo, ani kiedy umiera Kyle. Policja też zjawia się znikąd. Kajdanki, krzyki. Wpakowują nas do radiowozu. Obracam twarz i widzę... siebie samego za siatką, z palcami zaciśniętymi na drutach. Nie robię nic.

Otwieram powieki, żeby upewnić się, że jednak jestem w swoim łóżku. Przecieram oczy i wpatruję się w mrok pomieszczenia. "Wstałeś?" dobiega do mnie głos Marii. Nie odpowiadam, tylko mruczę niezrozumiale nawet dla siebie. "Wychodzę" mówi przechodząc obok łóżka "Pamiętaj, że wracam dopiero w poniedziałek"

Całkiem zapomniałem, że wyjeżdża na weekend. Nawet nie wiedziałem, że jeszcze tu jest. Po wczorajszej nocy wolę znów się zatopić w odosobnieniu. Najchętniej przeleżałbym tak cały dzień. Ale wiem, że za chwilę wstanę, wykonam te same czynności co zawsze i pójdę do Liz.

Tylko nie jestem pewien czy chcę ja widzieć. Mam mieszane uczucia. Ta dziewczyna naprawdę ma na mnie dziwny wpływ. W ciągu kilku chwil moja płytka troska zmieniła się w sympatię, a w kilka dni przekształciła się w fascynację.

I to niezdrową fascynację, bo nie tylko chce poznać ją całą, łącznie z jej najskrytszymi myślami, to jeszcze nie potrafię wymazać z pamięci jej obrazu.

Moje oczy szukają jej uśmiechu, moja skóra czeka na jej dotyk, moje palce chcą kreślić jej ciało. Niedługo moje szkice będą monotematyczne, a koszmary przeszłości zmienią się w teraźniejszość, od której też nie będę w stanie uciec. Już nie wiem co gorsze.

* * *

Siedzimy w milczeniu w jej pokoju. Ja się nie odzywam, bo moje myśli krążą wokół wewnętrznej kłótni. Dosłownie słyszę te głosy wydzierające się we mnie: 'Przeszłość – ona. Nie, przeszłość! Nie, ona! On wychodzi – ona patrzy!' Unoszę głowę.

Rzeczywiście na mnie patrzy, no w każdym bądź razie jej twarz jest skierowana w moją stronę. Siedzi po turecku, z łokciami wspartymi o kolana i z twarzą wtuloną w dłonie. Rozchyla usta, a ja czekam aż powie to, co się kłębi w jej myślach.

Milczy. Zaciskam dłonie na poręczach krzesła. "Ja..." zaczyna, ale szybko urywa i zamyka oczy. Patrzę na nią. Chciała powiedzieć coś o sobie – albo wytłumaczyć się, albo otworzyć, albo chce pić... Wzdycha i w drugiej sekundzie nabiera głęboko powietrza "Ja się zmieniłam" mówi

Nie rozumiem. Jestem tak tępy, że nie rozumiem prostego zdania albo kobiety są naprawdę skomplikowane. Zmieniła się... W mojej pamięci powraca nasza ostatnia rozmowa o jej przeszłości.

O rany! Ona myśli, że to jaka była ukierunkowało mój stosunek do niej. Gdyby tylko wiedziała...

"Ja też" mówię, nawet nie wiedząc, ze wypowiadam to na głos. Jej głowa unosi się. Teraz czeka na wyjaśnienia. Przecież nie powiem jej, że należałem do jednego z gangów, że doprowadziłem do śmierci kilku osób, a raczej, że ich nie ochroniłem. Nie powiem, że odwróciłem się od przyjaciela.

Ponownie opiera twarz na dłoniach. "Co jest nie tak z twoją przeszłością?" pyta, podkreślając "twoją". 'To samo co z twoją przeszłością, tylko gorzej' nie jestem w stanie jej tego powiedzieć. Przymykam powieki.

Powracają obrazy widziane oczami siedemnastoletniego chłopaka. Wieczorne imprezy w domu rodzeństwa, przesiadywanie na murkach, straszenie młodszych dzieciaków, bójki z przeciwnym gangiem, Bloodyend, spotkania w Spelunie...

"Należałem do gangu" mówię, chyba całkowicie nieświadomie. Zastygam w bezruchu, zaciskając dłonie na poręczach mocniej. Jak mogłem to wypowiedzieć na głos? Ona też zamiera, a powietrze zatrzymuje się w jej płucach.

Pewnie kołuje jej się w głowie jak mnie, a błyski wspomnień przesłaniają wszystko. Ja zastanawiam się czy ona ma jakiś związek z moim życiem. A ona na pewno szuka wyjścia z tej niezręcznej i paskudnej sytuacji. "Nie pamiętam cię" mówi "Nie znałam żadnego Michaela"

"Ja ciebie też nie pamiętam" odpowiadam. Nie pamiętam, a mimo to nie mogę pozbyć się wrażenia, że znam ją doskonale. W całym swoim życiu nie przywiązywałem się do żadnej dziewczyny. Błąd! Czułem się w jakiś sposób związany tylko z trzema.

Isabel, Maria i dziewczyna z opowieści. A odkąd poznałem Liz, mam nieodparte wrażenie, że to właśnie ona jest ta dziewczyna. I to przeraża mnie jeszcze bardziej, bo kiedyś śniła mi się idealna panna mojego przyjaciela. Nie znałem jej, nie widziałem, a mimo to o niej śniłem. Oczywiście nigdy się do tego nie przyznałem. Ale jeśli to ona...

"Jak się tego pozbywasz?" pyta, skutecznie wyławiając mnie z odmętu przytłaczających myśli. "Tych prześladujących wspomnień" wyjaśnia

Nie mam sposobu. Po prostu odizolowałem się, a to co ewentualnie gnębi mnie, wyrzucam na płótno. Farby – to mój sposób. "Maluję" odpowiadam

A mi odpowiada cisza. Wygląda, jakby się nad czymś zastanawiała. Z jej ust wydobywa się ledwie słyszalne szepnięcie "Chciałabym tak umieć". Mrugam gwałtownie "Chciałabym poczuć jak malujesz" mówi

'Chciałbym ci to pokazać' drzwi wejściowe się otwierają i słyszę głos Trish, która od razu idzie do kuchni. Wstaję i mówię cicho "Jak znajdziesz na to sposób, daj mi znać". Szybko, żeby od razu pozbyć się ciepła, które zaczęło kiełkować.

"Michael" jej miękki głos zatrzymuje mnie. Obracam się i podchodzę do jej łóżka. Czekam, aż wyciągnie dłoń... Chyba czyta w moich myślach. Siadam na skraju mebla. Za chwilę moje własne nerwy zrzuca mnie z równowagi.

Opuszki jej palców dotykają mojej twarzy. Jej kciuk odnajduje moje usta. Wrzątek zastępuje moją krew, a ciało odmawia posłuszeństwa. "Nie chcę czuć tego bólu" rozumiem dlaczego, ale nie wiem jak jej pomóc. "Chcę umieć zapomnieć, jak ty" unosi się nieco

'Odsuń się. Uciekaj!' ale żaden mięsień nawet nie drgnie. Obezwładniła mnie całkowicie. Jest coraz bliżej, czuję jej zapach...

Zapaść. Migotanie. Zawał. Śmierć.

Ciepłe, miękkie usta dotykają moich i burzą cały ład, wypuszczając na wolność pokłady niepewności i pożądania stopionych w jedno. Krótkie, delikatne muśnięcie, które znika jeszcze szybciej nić się pojawiło.

* * *

Zasłaniam okna. Podciągam rękawy. Mieszam farby. Odstawiam je, bo nie wiem co malować. I nagle wraca gorącym impulsem piętno naznaczone na moich wargach. Chwytam pędzel i paletę.

Purpura, kobalt, wiśnia... Całe tło wykonane gwałtownymi ruchami. Nie! Biorę rozpuszczalnik i usuwam mozaikę sprzeczności. To nie tło takie powinno być, tylko ona. Wypełniona tymi barwami i jeszcze ciemnymi zawirowaniami.

Puk puk! Momentalnie wracam do rzeczywistości. Kto o tej porze tu przychodzi? Maria wyjechała, Isabel nigdy tu nie bywa. Czas się przekonać, kim jest gość. Ale ręka drży na klamce...

Czas staje, świat zmienia barwy na czarno-białe, melodie cichną, ja zamieram.

Drobna postać w spranych dżinsach i rozciągniętym, za dużym czarnym swetrze. Ciemne włosy przesłaniają jej oczy. Co ona tu robi? Jak tu trafiła? Po co przyszła?

"Hej" mówi cicho, czując jak drzwi się otworzyły. "Znalazłam sposób. A przywiozła mnie Trish" udziela kolejno płynnych odpowiedzi "Chcę czuć jak malujesz, żeby zapomnieć o sobie samej i przeszłości"

Ale jak ona chce to zrobić? Wyciągam dłoń i wprowadzam ja do środka. Wciąga głęboko powietrze, naciągając rękawy swetra na dłonie i unosi głowę. "Gdzie masz pracownię?" pyta niepewnie. Nie powinienem tego robić. Powinienem ją odwieźć do domu! A mimo to chwytam jej dłoń i prowadzę ją do dusznego pokoju.

Zatrzymuje się przed płótnem. Milczymy. Ja nie chcę naciskać, a ona boi się mówić. Moje nerwy doprowadzają mnie do obłędu. Nie tylko dlatego, że ona tu jest i tak na mnie działa. Moje mieszkanie było zawsze twierdza nie zdobytą przez przeszłość. A teraz sam wpuściłem tu wspomnienia.

Tylko to się nie liczy. Teraz najważniejsza jest ona...

"Chcę czuć jak malujesz" powtarza znów to samo, a ja nadal nie wiem, jak to zrobić. Zwilża swoje usta, a mój wzrok chwyta ten drobny ruch jej języka na wargach. "Jak?" pytam, starając się zapanować nad swoimi odruchami. Uśmiecha się lekko, ale raczej nieśmiało, wyciąga dłoń i dotyka płótna. "Maluj" cofa rękę i znów kieruje swoją twarz w moją stronę "Maluj mnie"

Zastygam, mimo że moje serce reaguje wręcz przeciwnie i przyspiesza. Zrozumiałem to dwuznacznie i teraz nie wiem, którą odpowiedź wybrać. Ona sama mi udziela odpowiedzi. I to bez słów. "Liz co ty...?!" ale nie jestem w stanie skończyć. Nikt by nie był.

Jej dłonie zaciskają się na swetrze i powoli zdejmują go z jej drobnego ciałka. Gdybym coś trzymał w dłoniach, momentalnie by wypadło. Usiłuję zacisnąć powieki, ale nie mogę. Nie! Nie chce ich zamykać. Poprawia dłonią ramiączko od stanika, które zsunęło się na ramię. Przypomina mi się mój szkic...

Wstrzymuje oddech. 'Zrób coś,. Powstrzymaj ją!' głos w mojej głowie wydziera się, ale i tak nie dociera do mnie i nie potrafi odwrócić mojej uwagi. Drobne dłonie sięgają do guzików jej spodni. Wszystko się huśta, a rzeczywistość rozpływa. Dopiero jej głos mnie cuci "Maluj" mówi i wskazuje swoje ciało "Jak na płótnie"

Gdybym umiał, to powstrzymałbym się, kazał jej wyjść, sam wyszedł... Nie wiem... zrobiłbym cokolwiek. Ale nie potrafię. Robię krok w jej stronę. Drugi. Jest już tak blisko... Odgarniam dłonią włosy z jej twarzy, a moje spojrzenie spływa po jej ciele w dół i znów do góry.

Ona chce czuć, a ja chce żeby czuła.

Sięgam po paletę i zanurzam palce w wiśniowej substancji. Moje opuszki lądują delikatnie na jej ramieniu. Przesuwam je wzdłuż jej ręki, pozostawiając zwężającą się smugę barwy. To samo robię na drugim ramieniu. Ledwie dotykam jej skóry. Odciski opuszków w tej samej barwie pozostawiam na jej szyi i dekolcie.

Jej usta rozchylają się. Teraz pora na kobalt. Trzema palcami kreślę na jej brzuchu wir, wokół jej pępka. Smugi rozchodzą się na wszystkie strony. Czuję jak drży, a lekki dreszcz przebiega przez jej ciało, powodując mięknięcie jej skóry pod moimi palcami.

Wszystko robię powoli, tak jak malowałbym arcydzieło, albo trzymał w palcach kryształki, nie chcąc ich stłuc. Przechodzę obok niej i przesuwam palce od jej boku aż na plecy. Ponownie zanurzam dłoń w farbie i odciskam swoją rękę na jej plecach. Drugą dłonią rozmazuję to nieco. Kucam i znaczę na jaj nogach spirale. Jej ciało napina się.

Wstaję, ale boję się spojrzeć na nią, chociaż wiem, że i tak nie ujrzy tego strachu we mnie. Jednak unoszę wzrok na jej twarz i dotykam prawą ręką jej policzka. Uśmiecha się, rozładowując napięcie we mnie i uspokajając myśli. Cofam się o krok i przyglądam temu, co stworzyłem. Braki. Dużo braków. Jest zbyt spokojna.

Mieszam w puszce farby, aby uzyskać odpowiednio soczysty kolor purpury. I zanurzam w tym obie dłonie. Ona musi żyć i musi to czuć.

Szybkimi, ale delikatnymi ruchami kreślę mazaje na jej dekolcie, prawym ramieniu i wewnętrznych stronach dłoni. Mieszam też wir kobaltu z obecnym odcieniem. Przesuwam dłoń wzdłuż jej lewej nogi, od kostki aż po biodro. Zatrzymuję się nagle... Przesunąłem dłoń za daleko, brudząc fragment czarnej bielizny i nieco go odsuwając. Nawet bym się nie zorientował, gdyby nie jej mruknięcie zmieszane z głębokim wydechem.

Nie wiem co robić dalej, ale nie potrafię cofnąć dłoni. Czuję jej palce na mojej ręce. Powoli przesuwa ją do góry na to przyjemne wgłębienie w talii. Drugą dłoń wkłada do puszki z farbą. Co ona zamierza? Jej opuszki pozostawiają purpurowe, wilgotne ślady na moim policzku i mojej szyi. Przesuwa dłoń w stronę swojej twarzy i pozostawia tam identyczne znaki.

Zaczęła czuć.
c.d.n.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część