_liz

Niewiedzialne obrazy (2)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

II

To jakaś puszcza? Śliczny domek... pewnie był, zanim zarosły go te chaszcze. Na kartce jednak tkwi ten adres. Więc z cała pewnością to jest miejsce mojej kolejnej pracy samarytanina, bo Isabel nigdy się nie myli. Rzeczywiście nikt się tym miejscem od dawna nie zajmował. W kurzu na ganku można się utopić.

Ciekawe ile będę musiał czekać, aż ktoś otworzy. Jeśli wnętrze wygląda podobnie jak ganek, to zajmie z kilkanaście minut nim osoba tam mieszkająca zdoła dobrnąć do drzwi. "Tak?" No może wewnątrz jest jednak czyściej. Kobieta wydaje się być bardzo sympatyczna i pracowita. "Wejdź" wpuszcza mnie do środka, nie pytając nawet kim jestem. Niewiarygodne.

Wnętrze posprzątane. Rozglądam się w poszukiwaniu tej małej dziewczynki, ale nie widzę najmniejszych śladów rozwrzeszczanego bachora. "Jestem..."

"Jesteś z tej organizacji?" kobieta przerywa mi z uśmiechem, sięgając po swoją torebkę. Przytakuję. Pełna energii i entuzjazmu, wygląda na o wiele młodszą niż jest naprawdę. "Jestem Meredith Wright" uśmiecha się ponownie i wymija mnie, kierując się do drzwi. "Pani jest ciocią?" pytam tępo. Ale innych informacji nie uzyskałem od Isabel.

"Tak, ciocią" śmieje się. "Ciocią, której się spieszy. Za godzinę mam samolot." Chwyta klucze, rozgląda się jeszcze raz. Pewnie się zastanawia czy czegoś nie zapomniała. "Twoja podopieczna śpi w swoim pokoju" wskazuje jakieś drzwi z boku "Jakby chciało jej się pić, to w lodówce jest sok grejpfrutowy. Tylko taki pije." Wzdycha, spogląda na mnie ponownie "No to na razie"

Szybka jest. Nawet się nie zorientowałem, kiedy wyszła. Zostałem więc sam z małą dziewczynką, która za pewne nie będzie dla mnie zbyt miłą inspiracją. Nie przepadam za dziećmi i nie potrafię się nimi zajmować.

Co mnie podkusiło, żeby jednak się tym zająć? Pewnie moja odwieczna chęć wypełnienia czymś mojego życia. Czymkolwiek, byle było odmienne od mojej przeszłości. Dlatego też spotykam się z psychodeliczną kelnerką.

Maria De Luca nie jest tym co mnie zawsze ciągnęło. Nie ma w niej ani grama tajemniczości ani śladu skomplikowanej natury. Ale ona ma swoje własne zalety. I co najważniejsze ma dość ciekawy sposób na życie. Nie tylko swoje, ale też moje. Po monotonnym dniu, jej żywiołowe zachowanie stanowi przyjemną odmianę. Może ona powie mi jak zajmować się dziećmi.

"Meredith?" zza drzwi dobiega cichy, lekko zachrypnięty głos. Szykuje się moje pierwsze spotkanie z nową podopieczną.

* * *

Piekielnie ciemny pokój, jak można tu cokolwiek zobaczyć? Nie widzę nawet mebli, nie wspominając o postaci dziewczynki. Po omacku kieruję się w stronę domniemanego okna. Jest, teraz tylko odsłonić zasłony. Od razu lepiej. Nie wiem czemu, ale zawsze wolałem oświetlone pomieszczenia.

Teraz konfrontacja z tą małą...

"Meredith?" Ta mała dziewczynka jest dość duża, jak na swój wiek. I jeszcze zwraca się do własnej ciotki po imieniu. Nie... To nie dziewczyNKA, to z cała pewnością pełnoprawna dziewczyNA. Niewiele młodsza ode mnie. Jakoś nie mogę opanować nagłego mrugania. "Umm..." usiłuję wydobyć z siebie głos "Twoja ciocia już pojechała."

Przytakuje lekko i wciąż wpatruje się w jedno miejsce. W drzwi. Machinalnie spoglądam tam, ale nic nie widzę. A ona nieustannie tam patrzy. Podchodzę bliżej jej łóżka. Nawet nie raczy na mnie zerknąć. Albo jest diabelnie nieśmiała albo coś niesamowitego musi być w tych drzwiach.

Wskazuje dłonią skraj łóżka. Nieśmiała, a chce żebym usiadł obok niej? Siadam i wpatruję się w jej drobne ciało. Nadal na mnie nie patrzy. To trochę dziwne i co najmniej denerwujące. "Jestem Michael" wyciągam dłoń w jej stronę.

Jej dłonie przesuwają się do mojej twarzy. Nie uścisnęła mojej ręki... albo jest ślepa i nie może trafić w dłoń albo źle wychowana.

Ciepłe opuszki dotykają mojej twarzy i uważnie śledzą każdy zarys, każde wgłębienie i najmniejsze zakrzywienie. Delikatnie przesuwa dłoń po moim policzku, dotykając kciukiem moich ust. To takie dziwne uczucie... Jakby niepewność i jednocześnie jasna przyjemność wypełniały mnie.

Jej ciemne oczy wpatrują się bez ruchu w jeden punkt na mojej twarzy. A mimo to odnoszę wrażenie, ze jednak na mnie nie patrzy. Orzechowe tęczówki plecione złocistymi nitkami, a wydają się być puste i bez życia.

Jestem idiotą.

Ona naprawdę jest niewidoma.

Ciepłe dłonie powoli zsuwają się z mojej twarzy, a ona się uśmiecha "Jestem Liz". Wyciąga bezradnie rękę w poszukiwaniu mojej, więc szybko ją jej podaję. Znów lekki uśmiech. "Um... czy mógłbyś dać mi coś do picia?" pyta nieśmiało. Jakby było to nie wiadomo jakie wymaganie.

* * *

Podaję jej szklankę. Wciąż narasta we mnie uczucie, że sobie nie poradzę. Nie wiem jak powinienem się zachowywać. To dość żenujące... Jej usta przylepiają się do szkła, a płyn znika w jej buzi. Ściskając szklankę w obu dłoniach, unosi głowę, jakby chciała się skierować bezpośrednio do mnie i mówi "Dodałeś cukru"

Co? Nie rozumiem. Znów to gwałtowne i drażniące mruganie. "Tak. Skąd..."
Uśmiecha się i odstawia niepewnie szklankę na szafkę obok, upewniając się, że mebel nie zmienił położenia. "Brak jednego zmysłu powoduje wyostrzenie pozostałych" brzmi logicznie "Poza tym uwielbiam sok grejpfrutowy z cukrem" śmieje się.

Jakoś nie polepsza to mojego samopoczucia. Chyba jednak powiem Isabel, żeby przekazała tę sprawę komuś innemu. Nie to, żeby niewidoma dziewczyna była problemem. Nie dla mnie. Ale ja mogę być problemem dla niej. Ciągła opieka to chyba nie to, w czym jestem dobry.

Wiem, że nocą będzie przy niej czuwać Trish, ale jej zmiana zawsze kończy się o siódmej rano. Więc do dziewiątej musiałbym być krok w krok razem z tą dziewczyną. I nie sądzę, aby zwykłe siedzenie w tym samym pomieszczeniu miało jej w jakikolwiek sposób pomóc.

* * *

"Isabel" usiłuję dotrzeć do niej, ale wydaje mi się, że i tak mnie nie słucha. Nurkuje po raz kolejny pośród sterty papierów i sięga po słuchawkę. Nie mam czasu na czekanie z numerkiem w kolejce "Isabel!" Podnosi gwałtownie głowę i patrzy na mnie, jak gdyby widziała mnie pierwszy raz w życiu. "Co?" pyta machinalnie

"Ta dziewczyna" odpowiadam. Grymas, który pojawia się na jej twarzy uświadamia mi, że może i jest dobrą organizatorką, ale ma słabą pamięć, przynajmniej do moich podopiecznych. "Niewidoma" podkreślam, a ona łapie powietrze i potakuje. "Nie wiem czy dam radę się nią zająć. Chyba jednak się do tego nie nadaję" Odkłada słuchawkę.

Znam ten zimno-niebieski wzrok 'a nie mówiłam'. Krzyżuje ramiona, wygina usta w rybi pyszczek i cmoka niecierpliwie. Wreszcie powraca do normalnej postaci "Za późno." Mówi i sięga po jakieś papiery "Teraz nie mam cię z kim zamienić. Nie przez najbliższe kilka dni." Ona chyba nie mówi poważnie?

"Isabel..." uruchamiam mój ostrzegawczy ton. "Musisz sobie poradzić" oznajmia mi i chwytając kilka kartek, obraca się i znika w tłumie zaaferowanych ludzi. Kilka dni. Poradzę sobie. Chyba...
c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część