Dzinks

Srebrzyste Kajdany (9)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część


Część dziesiąta

Jak chcecie, ale uważam , że ta ostatnia część mi nie wyszła, ale dość często myślę nad tym opowiadaniem, może zrobię z tego coś większego.

Doszło do jego mózgu ostatnie przesłanie, impuls wysłany przez Liz Parker, największa miłość jego życia.
„Zapomnij o mnie na zawsze, bądź szczęśliwy z imieniem na moich ustach, będę cię kochać zawsze i wszędzie. Sprawiałeś, że świat wokół mnie wydawał się bardzie kolorowy, zmieniał się. Dodawałeś odruchów szczęścia do mojego życia, każdy dzień bez ciebie był stracony. Jestem inna, ale nie tylko ja, za chwilę mnie tutaj nie będzie, mnie i tej kobiety obok mnie. Odejdź, nie patrz na moją śmierć!”

Jeden ruch ręki i już będzie po wszystkim, chciał wstać nie patrzeć na to, palec zbliżał się do czerwonego przycisku, jeszcze tylko kilka centymetrów.

Michael poczuł zapach kwiatów, ten sam, który czuł w celi pięknej blondynki, ten sam, który czuł w gabinecie naczelnika. Uniósł wzrok, już powinno być po wszystkim, powinien słyszeć krzyk Liz, krzyk Isabel, ale nic się nie działo. Nie chciał spojrzeć, bał się śmiertelnie, cisza brzęczała w uszach. Dlaczego nic się nie dzieje?

„ Kroplo ty tchórzu, spójrz”. I spojrzał, palec zatrzymał się kilka centymetrów nad czerwonym przyciskiem,. Strażnik zamarł, stał nieruchomo, nie ruszał się, nawet nie mrugał. Michael rozejrzał się po swoim towarzyszach. Wszyscy byli jak kamienne posągi, zamarli wpatrując się w egzekucję. Michael teraz bardzo wyraźnie czuł zapach kwiatów, unosił się wszędzie i był o wiele bardziej intensywny.

Liz miała spuszczoną głowę, Michael szukał wzorkiem blondynki, stała oswobodzona i uśmiechnięta. Serca waliło jak oszalałe, wydawało mu się, że zaraz wyskoczy mu z piersi. Jak szalony wydostał się ze swojego miejsca, przeszedł przez potężne drzwi i znalazł się obok Isabel.

— Co … co się dzieje?- wyjąkał. Uniósł delikatnie głowę Liz, otworzyła oczy.

— Uwolnij ją Michael nie mamy czasu, mój czar będzie działa jeszcze tylko przez dziesięć minut – mówiła Isabel. Michael nie zastanawiał się teraz nad sensem słów, tej tajemniczej blondynki, doszło do niego tylko, że Liz wcale nie umrze, to on ma szansę ją uratować. Pomógł jej się wydostać z tego przeklętego krzesła. Była słaba, ale dochodziło do niej, że jeszcze żyje.

— Co teraz?- zapytał prztykając Liz.

— Mamy kilka minut na ucieczkę, wiem, że naczelnik ma samochód- dodała jej w jej oczach, pojawił się szatański błysk.

— Wiem – rzucił krótko. Podtrzymywał Liz, ciesząc się jak dziecko. Strażnik nadal stał skamieniały, pozostało jeszcze wydostać się z budynku. Główny korytarz był czysty, wszyscy strażnicy na pewno są na stołówce, na razie mają drogę wolną.

Isabel biegła przodem, chichotała, zatrzymali się przy kracie, dalej stało dwóch strażników, rozmawiali. Michael spojrzał na zegarek, pozostało trzy minuty.

— Nie możesz sprawić by Liz poczuła się lepiej?. Isabel zamknęła oczy, dotknęła spoconego czoła Liz.

— Michael?

— Ciii- przerwał jej, mogła iść i to było teraz najważniejsze.

— Nic nie mów kochanie, ja to załatwię – dodał łagodnie. Michael trzymał Liz za rękę, Isabel poszła przodem, strażnicy od razu ich zauważyli i poruszyli się niespokojnie.

— Cześć Bob – zaczął Michael, na jego czole pojawiły się kropelki potu. Bob ten wyższy zgasił papierosa i spojrzał na nich podejrzliwie.

— Co jest Michael ?

— Musimy przejść, mam je przetransportować do innych cel. Bob rzucił dziwne spojrzenie swojemu koledze. Isabel przeszła uśmiechając się , Michael ruszył za nią. Byli już blisko.

— A dlaczego one nie mają kajdanek?- zapytał drugi. Bob zastąpił im drogę.

— Michael lepiej zadzwonię- zdecydował Bob. Michael spojrzał na zegarek została jedna minuta. Modlił się w duchu, by coś się stało.

— To nie będzie konieczne – stwierdziła leniwie Isabel, wyciągnęła dłoń, po chwili dwaj strażnicy leżeli już nieprzytomni, nie mogli im przeszkodzić.

—Idziemy- krzyknęła, Michael pociągnął Liz. Byli na zewnątrz, w oddali zauważyli kilku strażników, Pomagał Liz i oboje pobiegli w kierunku białego samochodu.

— To już koniec, nie uda nam się Isabel – stwierdził Michael, jak mieli się dostać do środka , Isabel nie była wszechmocna, to na pewno wszystko co potrafiła. Jednak, Isabel była Bogiem.

Otworzyła drzwi bez problemu, strażnicy nadbiegali, ale nie było mowy, że zdołają ich dogonić. Czas minął, syrena zaczęła wyć. Samochód z piskiem opon ruszył.

— Trzymajcie się!!!- krzyknął Michael. Bramy już nie było, strażnikom się nie udało, a samochód wyjechał w kurzu i pyle poza obszar więzienia. Odetchnęli z ulgą, kiedy wydostali się na drogę główną.

— Nie mogę w to uwierzyć- stwierdził Michael i pocałował namiętnie Liz. Isabel wypuściła powietrze przewracając oczami.

— Liz powiedz mu prawdę zasługuje na nią – powiedziała.

— Jaką prawdę?

— Mam siostrę bliźniaczkę –zaczęła– Niezrównoważoną psychicznie siostrę bliźniaczkę, która jest prawdziwą morderczynią.

—Jak mogłaś Liz? Wiedziałem, że nie mogłaś tego zrobić.

— Ona nie jest temu winna, mieszka z moja babcią, ale to bardzo długa historia- wyjaśniła.

— Mamy czas- wtrąciła Isabel

—Właśnie!

— No dobrze, jeżeli chcesz ją usłyszeć od zwariowanych kosmitek.

Je t ‘aime encore
Je t ‘aime encore
Quand le soleil tombe en fin
D’apres midi
Le rue de la ville tremblent
Je tire les rideaux...
Koniec
29 maja 2004 godzina 12:10


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część