age

Nie potrafię rezygnować (1)

Wersja do czytania Następna część

Nie potrafię rezygnować
(część pierwsza)
Dwa dni w Roswell
"Rada pod wpływem królowej skazała mnie na śmierć nie respektując najstarszych i najważniejszych praw.
Zapłacą za to. Jednak zanim to się stanie zniszczą jeszcze wiele, ale ja się nie poddam, któregoś dnia
tu wrócę i ocalę mój lud."
{słowa wypowiedziane ponad pół wieku temu mają sięwreszcie wypełnić}
Jeśli cytat nic ci nie mówi- nie szkodzi. Dojdziemy do niego później. Słowa w nim zawarte wypełnią się za x części. Proponuję więc wytrwałość. Na razie jesteśmy po wydarzeniach pierwszej serii, a dokładniej po wakacjach. Jak długie i obfite w wydarzenia były te wakacje? Osobiście sądzę, że zrozumiesz już w pierwszej części, a właściwie będzie ci się wydawało, że rozumiesz. Koniec wstępu.

Liz Parker szła jedną z ulic w Roswell. Przed trzema godzinami wróciła z wakacji. Nie udało jej się dodzwonić ani do Alexa, ani do Marii, więc postanowiła ich odnaleźć. Po wydarzeniach ostatniego roku uznała, że ich znikniecie może oznaczać tylko jedno- kłopoty. Na zasadzie eliminacji został tylko Michael. Fakt, że nie można się było do niego dodzwonić niczego jeszcze nie oznaczał. Dlaczego szła właśnie do niego? Po pierwsze: wiedziała, że Kaly wraca dopiero popołudniu, a była dopiero jedenasta. Po drugie: do Maxa nie mogła tak po prostu wpaść. Po trzecie: z powodu punktu drugiego prawem rzeczy nie mogła też pójść do Isabel. Po czwarte: nikt nie wie o byłym chłopaku tyle co jego najlepszy przyjaciel.
Liz doszła właśnie do mieszkania Michaela. Drzwi były uchylone. Z wnętrza dobiegał głos Isabel:

— Jesteście pewni, że cała dokumentacja FBI została zniszczona, że nikt nie dowie się kim jesteśmy?

— Nie wiem jak to pierwsze, ale w przypadku drugim mogą być problemy jeśli nie zaczniecie zamykać drzwi.- powiedziała Liz wchodząc.

— Liz. Kiedy wróciłaś?- Maria od razu rzuciła się przyjaciółce na szyję. Liz chciała już odpowiedzieć, gdy zauważyła dwie obce jej osoby. Pierwszą był mężczyzna- około pięćdziesięciu lat, drugą- kobieta w tym samym wieku.

— To Derila i Kal.- powiedział Max, widząc zdziwione spojrzenie Liz- pochodzą z Antaru. Tak jak my. Są tu by nam pomagać.

— Zapomniałam chyba, co znaczą dwa miesiące w Roswell.- powiedziała trochę niepewnie i po chwili dodała- Co jeszcze straciłam?

— Niewiele.- teraz w głosie Maxa brzmiała niepewność.

— Spokojnie. Szybko nadrobimy twoje zaległości.- Maria postanowiła przerwać ten nie prowadzący do niczego dialog.- Kiedy przyjechałaś?

— Trzy godziny temu. Po kilku telefonach okazało się, że nigdzie was nie ma. Co z kolei pozwoliło mi wywnioskować, że chodzi tylko o jedno.

— Cóż za przenikliwość.- wtrąciła Tess.

— Tak. Teraz mam pewność, że niewiele się zmieniło.- powiedziała Liz.

— Może opowiesz nam, co porabiałaś kiedy cię nie było?- szybko wtrąciła Isabel.

— To zbyt długa historia i zdecydowanie na inną okazję.

— Aż tak się śpieszysz?- spytał Michael.

— Za 45 minut mam spotkanie w sprawie nowej pracy.

— Świetnie.- powiedział Alex.- W czym jest lepsza od poprzedniej?

— W wysokości wynagrodzenia.

— Wasza wysokość.- przerwała im Derila i wskazała na ekran telewizora.

— Nasedo wygłasza ostatnie przemówienie przed komisją.- powiedział Max.

— Więc niedługo powinien wrócić.- dodał Michael.

— Kim jest ta kobieta stojąca obok niego?- spytała Isabel.

— Congresswoman Vanessa Whittaker.- powiedziała Liz. Wszyscy na nią spojrzeli.- Moja nowa pracodawczyni.

— Będziesz dla niej pracować?- spytał Max.

— Jeśli się pośpieszę.- powiedziała patrząc na zegarek- Maria musisz mi koniecznie wszystko opowiedzieć przy pierwszej okazji.

— Wszyscy ci opowiemy. W Crashdown popołudniu. Spędziliśmy tam chyba połowę wakacji.

— Więc do zobaczenia później i życzcie mi powodzenia.

— Jasne.- powiedział Alex.

— Wakacje dobrze jej zrobiły, choć była trochę dziwna.- dodał, gdy już wyszła.

— To prawda. A ty jak sądzisz Max?- spytała Maria.

— Zaraz wrócę.- powiedział szybko Max i wyszedł.

Liz nie zdążyła jeszcze przejść przez ulicę, gdy ją dogonił. Przez chwilę szli razem rozmawiając.

— Liz musimy porozmawiać.

— Masz rację.

— Mam?

— Tak.- Liz powstrzymała śmiech widząc jego minę, gdy usłyszał jak się z nim zgadza.

— Chcę ci powiedzieć, że Tess...

— Nie.

— Co nie?

— Możesz mi mówić o coli wiśniowej, szkole, o tym co stało się wczoraj, o poznanych ostatnio kosmitach, o wszystkim – tylko nie o niej. Ten temat nie leży w kręgu naszych wspólnych zainteresowań.

— W ogóle nie leży... to znaczy mnie ona również nie interesuje, a już na pewno nie w tym sensie.

— To dobrze, nawet bardzo dobrze.

— Tak?

— Tak. Ponieważ to ułatwi nam spędzanie ze sobą czasu.

— Mówisz poważnie?

— To zależy ile jeszcze dziwacznych pytań zadasz mi dzisiaj.

— To też zależy.- zaczynał odzyskiwać pewność siebie. Właściwie to jej kawałki, ale dobre i to.

— Od czego?

— Od tego czy umówisz się dzisiaj ze mną.

— Dzisiaj... Nie. To nie wchodzi w rachubę.

— Dlaczego?

— Komuś już obiecałam ten wieczór.- powiedziała to z czystej przekory, ale była to prawda. Max patrzył na nią prawie przerażony.

— Komuś?

— Możesz go poznać dzisiaj wieczorem w Crashdown.

— Pewnie tam wtedy będę.

— Świetnie, ale teraz muszę już iść. Spotkanie w sprawie pracy. Pamiętasz?

— Tak, uważaj na siebie. Wiesz, ze względu na historię z Piercem.

— Jasne.

— Na razie.

— Tak. Na razie.
Max stał jeszcze jakiś czas w miejscu. Nie bardzo wiedział czy powinien się cieszyć. Z kim Liz mogła się umówić? Po powrocie do mieszkania Michaela usłyszał:

— Rzeczywiście szybko wróciłeś.- te słowa wypowiedziała Tess.

Liz weszła do biura, które jej wskazano.

— Dzień dobry panno Whittaker.

— Elizabeth Parker. Zgadza się?

— Tak.

— Dobrze. Na twoim biurku leżą papiery. Zacznij od nich. Są tam listy do przepisania, kilka faxów do wysłania itp.

— To znaczy, że mam tę pracę?

— Jeśli uporządkujemy to wszystko w tym tygodniu.
Liz natychmiast wzięła się do pracy.

Max wszedł właśnie do Centrum Ufologicznego. Wszędzie byli przenoszący coś ludzie.

— Max Evans?- usłyszał za sobą głos. Kiedy się odwrócił zobaczył za sobą około 30- letniego mężczyznę.

— Tak. A pan jest...

— Nowym właścicielem i jeśli zaraz weźmiesz się do pracy także twoim nowym pracodawcą.

Maria właśnie skończyła obsługiwać klientów.

— Nareszcie. Dłużej bym tego nie wytrzymała.

— To znaczy, że nie jest to odpowiedni moment na rozmowę?- spytał Max.

— Dobra. Co tym razem? Chociaż nie mów. To oczywiste.

— No więc Liz...

— Tak...

— Jest trochę dziwna.

— Zauważyłam. I?

— Powiedziała, że się z kimś dzisiaj umówiła.

— No cóż.... Zerwaliście ze sobą, więc to nie jest takie zaskakujące. Nie martw się. To z pewnością nic poważnego.

— Nie to jest najdziwniejsze.

— A co?

— Ona... chyba... ze mną... flirtowała.

Alex i Isabel siedzieli właśnie przy jednym ze stolików w Crashdown i rozmawiali.

— Alex jesteś wspaniałym przyjacielem i w ogóle...

— Wiem. Znam to na pamięć.

— Ale...

— Zaprosiłem cię do kina. Nie możesz po prostu powiedzieć "nie"?

— Przepraszam, że przeszkadzam, ale czy któreś z was mogłoby mi powiedzieć gdzie w tym miasteczku znajduje się biuro szeryfa?- spytał około 30- letni facet podchodząc do ich stolika.

— Oczywiście. Może pana zaprowadzić? Przy okazji: nazywam się Isabel Evans.- powiedziała Isabel po krótkim, prawie niezauważalnym wpatrywaniu się w nieznajomego. Alex oczywiście to dostrzegł.

— Grant Sorenson.- teraz to on patrzył na nią.

— Do czego potrzebuje pan szeryfa? Oczywiście, jeśli moje pytanie jest niedyskretne...

— Nie. Jestem geologiem. Na pustyni, w okolicach miasta znalazłem kości. Problem w tym, że są ludzkie.

— Kości... na pustyni?- Isabel posłała Alexowi przerażone spojrzenie.

Liz, Maria i Alex siedzą przy barze i rozmawiają.

— Kolejne problemy.- powiedziała Maria po usłyszeniu najnowszych nowin od Alexa.

— Czuję się jak w domu.- dodała Liz. Trójka przyjaciół wybuchnęła śmiechem. Do Crashdown wszedł Kaly.

— Cześć. O czym rozmawiacie?

— A jak sadzisz?- spytał Alex.

— Nie. Znowu.

— Witaj w domu.- powiedział Alex.

— Wpadłeś w dobrym momencie. Mają mi właśnie opowiedzieć co się działo pod naszą nieobecność.- dodała Liz.

— Nie wiem czy chcę tego słuchać.

— Za późno. Teraz już nie masz wyboru.- zaczęła Maria- Zacznijmy od blondynki przy tamtym stoliku. Pracuje tu od niedawna i nie mogę jej zmusić by odczepiła się od Michaela...

Michael pakował właśnie na talerz kolejne zamówienie, gdy usłyszał głos Courtney:

— Pośpiesz się Misiek.

— Bądź tak miła i nie popędzaj mnie.

— Nie możesz za mną nadążyć?

— Chciałabyś.

— Możliwe.

— Powinnaś pracować, a nie przeginać.- powiedziała Maria, która właśnie podeszła.
Courtney poszła do stolika, a Michael chciał coś powiedzieć. Nie zdążył.

— Nie odzywaj się do mnie.- Maria była wściekła.

Liz, Isabel i Michael rozmawiają w Crashdown.

— Z tego na pewno będą problemy.- powiedziała Isabel.

— Może szeryfowi uda się jakoś załagodzić tę sprawę.- uspakajała ją Liz.

— Niestety wmieszała się w to twoja pracodawczyni.

— Whittaker?

— Tak. Zażądała gruntownego śledztwa w tej sprawie.

— O co ty o tym myślisz Michael?- spytała Liz.

— Michael?!- Isabel potrząsnęła nim, gdyż nie odpowiadał.

— Co takiego?

— Pytałyśmy co o tym myślisz?

— Ja?

— Tak. Ty.

— Ja... nie rozumiem kobiet.

Michael wszedł do mieszkania Valentych.

— Słyszałem co się stało. Wie już pan coś nowego, szeryfie?

— Jutro zbadają wiek tych kości i na pewno będą szukać.

Gdy Michael wrócił do siebie zastał tam Naseda. W kilka sekund po nim wszedł Max.

— Co się dzieje?- spytał przyjaciela.

— Sam chciałbym wiedzieć.- odpowiedział Michael.

— Wezwałem cię bo musimy porozmawiać o tych kościach..- powiedział Nasedo.

— Masz jakiś plan?- spytał Max.

— Tak, zrobimy to jeszcze dzisiaj. Tess nam pomoże.

Po wykonaniu planu Max szedł do Crashdown. Miał się tam spotkać z Kalem i oczywiście chciał się dowiedzieć z kim umówiła się Liz. Nagle obok niego pojawił się Nasedo.

— Myślałem, że odwiozłeś Tess.

— Potrafi sobie radzić sama. Dobrze ją wyszkoliłem.

— Jak dobrze?

— Co masz na myśli?

— Nie życzę sobie więcej naginania mojego umysłu.

— Od pojawienia się Kala stałeś się strasznie pewny siebie.

— Wolę ufać jemu niż tobie.

— Ale nie usłyszałeś wymarzonej wiadomości, że to co wiesz o Tess nie jest prawdą?

Max był jeszcze wściekły po rozmowie z Nasedem.

— Ciągle tylko Tess i Tess. Ciągle mi powtarza, że powinienem z nią być.

— Ostatecznie to twoja żona.- powiedział niepewnie Kal. W tym właśnie momencie do stolika podeszła Liz przynosząc ich zamówienie. Jeśli to co usłyszała zrobiło na niej wrażenie, to nie okazała tego.

— Myślałem, że już tu nie pracujesz?- zagadnął ją Max.

— Tak, ale jest tu taki tłok. Staram się pomóc Marii.

— A twoje plany na wieczór? Nie wypaliły?

— Max... jest jeszcze wcześnie nawet dla pięciolatków. Dobranocka bynajmniej się jeszcze nie skończyła.

— To o nią chodzi? Nasedo za późno przywiózł swoją podopieczną?- spytał Kal, gdy Liz odeszła od ich stolika.

Nasedo wszedł do domu.

— Rozmawiałeś z nim?- spytała Tess.

— Tak.

— I?

— I co?

— Jak zwykle nic nie wskórałeś?

— Jeśli się nie przyłożysz będę potrzebował mnóstwo czasu, by go przekonać.

— Nie mamy czasu. Kivar nam go nie da.

— Nie rozumiesz, że mamy większe problemy.

— Niby jakie?

— Kal i Derila mogą mu powiedzieć w każdej chwili.

— Niepotrzebnie się tym martwisz. Skoro nie powiedzieli mu do tej pory, to znaczy, że mają powód. A to prowadzi do pewnego wniosku: nadal będą milczeć.

— Obyś miała rację, bo inaczej...

— Co?

— Jeśli Max się dowie będzie miał bardzo dobry pretekst by się nas pozbyć.

— Zapominasz o moim dobrze odegranym braku wspomnień. Jestem tylko niewinną ofiarą...

— A ja...

— Nie martw się. Poradzę sobie z nim.

— Tak jak do tej pory?

Liz jest w swoim pokoju. Rozpakowuje resztę rzeczy z wakacji.

— Kal go okłamał.- powiedziała Liz.

— Jesteś pewna?- usłyszała w odpowiedzi pytanie.

— Tak. Wyraźnie słyszałam jak mu to mówił.

— Nie rozumiem. Byłam pewna, że Kal jest godny zaufania.

— Najwyraźniej nikomu już nie można ufać.- ledwo skończyła wypowiadać te słowa, gdy weszła Maria.

— Wydawało mi się, że z kimś rozmawiałaś.- powiedziała.

— Hm.. Niby z kim miałabym rozmawiać. Przecież nikogo tu nie ma.

— Tak. Masz rację. Chyba się przepracowałam.

— Tak, zasługujesz na solidny odpoczynek.

— Później. Teraz mam pytanie.

— Jakie?

— Flirtowałaś z Maxem.

— Owszem.

— I mówisz to tak spokojnie.

— A dlaczego nie? Nie wyglądał na niezadowolonego.

— To facet. Nie mógł być niezadowolony.

— Więc w czym problem?

— W tym, że umówiłaś się dzisiaj z kimś innym.

— Ja nie widzę w tym żadnego problemu.

— Nie wierzę własnym uszom.

— Spokojnie niedługo przekonasz się, że to ja mam rację.

— Niedługo? Liz co ci jest?- Maria podeszła do przyjaciółki, która wyglądała jakby miała stracić przytomność.

— Nic. To tylko lekki zawrót głowy. Pewnie zmęczenie nocną podróżą. Nie musisz się martwić.

— Na pewno?

— Na pewno. Niedługo zejdę do was na dół.

— Dobrze. Pamiętaj, że czekamy na mnóstwo opowieści z wakacji.

— Jasne.

Liz siedziała na łóżku w swoim pokoju. Próbowała odtworzyć wizję, którą miała podczas rozmowy z Marią. Oczekiwała czegoś podobnego, ale nie tak szybko. Miała wtedy sześć czy siedem lat. Nie więcej niż osiem. Wszędzie były kredki, mnóstwo kolorów. Kartka. Było na niej narysowanych czworo dzieci. Dwoje trzymało się za ręce. Liz nie narysowała tego sama, ale to miała być tajemnicą. Jednak babcia zawsze wiedziała co się z nią dzieje. Widząc jak rozmawia przez telefon Liz zaczęła się bać. Nie wiedziała czego. W nocy obudził ją ogromny ból głowy. Nie mogła walczyć. Nie mogła nawet krzyknąć. Czuła, że coś wsysa się do jej mózgu.

Liz zeszła na dół. Max, Maria, Michael, Isabel, Alex, Kaly i Tess już tam byli.

— Słyszałem, że poznamy dzisiaj twojego nowego chłopaka.- zażartował Michael.

— Zamknij się.-powiedziała Maria i dała mu szturchańca.

— To dobrze, że sobie kogoś znalazłaś.- wtrąciła Tess.- Może nam o nim opowiesz.

— Czemu nie. Śliczne niebieskie oczy, czarne włosy...

— Twój styl się nie zmienił.- przerwała jej Tess.

— Niestety. Zawiodę cię.

— Nie jest wysoki.- w jej głosie brzmiało coś na pokrój współczucia.

— Jak na swoje pięć lat...

— Co takiego?- pytanie zadała Tess, ale wszyscy byli co najmniej w szoku.

— Jak to pięć lat?- spytał Alex.

— Moi rodzice zaadoptowali pięcioletniego chłopca. Ma na imię Zack i jest najwspanialszym pięciolatkiem jakiego znam.

— To po niego pojechali twoi rodzice?- spytała Maria. Alex, Michael i Isabel zaczynali się już śmiać z całej tej historii.

— Tak.

— I to z nim spędzasz dzisiejszy wieczór?- spytał Max.

— Tak.

— Kiedy mają przyjechać?- spytała Maria.

— Teraz.- powiedziała Liz patrząc na drzwi.
Wbiegł nimi mały chłopiec i natychmiast podbiegł do Liz, która go przytuliła. Za nim weszli państwo Parker.

— Przedstawiam wam Zacka.- powiedziała Liz do przyjaciół, gdy przywitała się z chłopcem.

Zack bardzo dobrze czuł się w tym towarzystwie, choć byli od niego znacznie starsi. Stronił tylko od Tess, której bynajmniej to nie przeszkadzało. Wszyscy poświęcali uwagę Zackowi, nie jej więc szybko poszła do domu. W pewnym momencie Zack oddalił się nieco od reszty. Liz poszła chwilę wcześniej po coś na górę, ale Zack nie został długo sam. Podszedł do niego Max.

— Co robisz?- spytał.

— Idę do lodówki po ciasto, ale nie mów nikomu.

— Dobrze, ale dlaczego?

— Dorośli.

— Hm...

— Mają prawną możliwość cię adoptować, ale ich największym zmartwieniem jest wtedy próchnica zębów.

— To wszystko co myślisz o swoich nowych rodzicach?

— Nie. Oni nie są moimi rodzicami. Lubię ich. Są całkiem mili, ale bądźmy szczerzy: mogliby być moimi dziadkami. Poza tym chyba marzyłem o innych rodzicach.

— Rozumiem.

— Naprawdę?

— Tak. Ja też zostałem adoptowany. Isabel- moja siostra- uważa, że są idealni. Ja też ich kocham, ale...

— No właśnie: "ale".

— A jak wyobrażasz sobie idealnych rodziców?

— To znaczy?

— Jaką chciałbyś mieć mamę?

— To proste. Chciałbym, żeby Liz była moją mamą.

— Bardzo ją lubisz.

— Kocham ją jak mamę. I nie martw się. Rozpatrzę twoją kandydaturę na tatę.
Liz zeszła po schodach. Przyniosła Zackowi mały prezent. Zatrzymała się jednak przed drzwiami. Zack rozmawiał z Maxem. Nie z wszystkimi, lecz z Maxem. Wyglądało na to, że dobrze się rozumieją. Mimo najszczerszych chęci nie mogła się nie cieszyć. Tak jest dobrze.

Było już dość późno. W Crashdown zostali tylko Liz i Zack. Jej rodzicom nie bardzo się to podobało, ale w końcu ulegli argumentowi, że to jego pierwszy dzień w nowym domu.

— Może jutro pójdziemy do parku?- spytała Liz.- Oczywiście tylko w wersji dla rodziców. Pokażę ci to miasteczko. Tylko nie oczekuj czegoś naprawdę fajnego.

— Czy Max może iść z nami?

— Max?

— Lubię go.

— Tak?

— A on lubi ciebie.

— Skąd ten pomysł?

— Może mam pięć lat, ale nie jestem ślepy.

— Ach tak.

— On popełnia błąd.

— Jaki?

— Nie każe jej odejść.

— Komu?- zapytała choć znała odpowiedź.

— Tess.

— Dlaczego miałby kazać jej odejść?

— Bo robisz się smutna jak ona jest blisko. Udajesz, że nie, ale to prawda. Ja bym nie pozwolił żeby cię smuciła.

Tess właśnie wychodziła, gdy wszedł Kal.

— Co tu robisz?- spytał Nasedo.

— Daj mu spokój.

— Co?

— Pozwól mu żyć własnym życiem.

— On powinien być ze mną- wtrąciła się Tess.

— Oboje wiemy, że nie jesteś go warta.

— Ale ożenił się ze mną.

— Tak, ale...

— Od tego nie ma żadnego "ale".

— Chyba, że...

— Nie zrobisz tego.

— Skąd ta pewność?

— Nie zrobiłeś tego do tej pory i nie zrobisz tego nigdy. Zresztą to niczego by nie zmieniło. I wszyscy to wiemy. Wszystko już dawno zostało przesądzone.

Skały, pustynie mnóstwo otwartej przestrzeni. Na niebie miliardy gwiazd. A obok mnie on. Czuję jego dotyk i pocałunki. Znam doskonale ich smak, znam doskonale to co czuję. Kocham go. Ta miłość nie zna czasu i miejsca. One jej nie ograniczają. Chce żebym coś zrobiła. Mówię, że nie mogę, wiedząc, że ulegnę. On zawsze wygrywa. Pozwalam mu na to. Stanowimy jedność. Zawsze tak było.

To miejsce wydaje się tak dziwnie obce i tak dziwnie znajome. Trzymam ją w ramionach. Nie chcę jej puszczać. Jej utrata oznacza dla mnie pustkę. Dla niej zrobiłbym wszystko. Wiem ile jest prawdy w tym co o niej mówią. Znam ją tak dobrze. Wiem, że to tylko ta chwila, że potem znowu mi się wymknie. Niestety ona nie żyje tylko dla mnie. Nie mogę jej mieć tylko dla siebie. A właściwie mogę- chwilami. Takimi jak ta. Gdyby tylko ta chwila mogła trwać wiecznie.

Po każdej nocy następuje ranek. Każdy sen dobiega końca(a przynajmniej było tak do tej pory). Nastał ranek. Pierwszy dzień nauki. Max, Liz , Michael, Maria, Alex, Isabel, Kaly i Tess stali na szkolnym korytarzu i rozmawiali. W pewnym momencie Isabel wskazując na chłopaka, który właśnie pojawił się w polu widzenia, powiedziała:

— To chyba ten nowy towar o którym słyszałam.

— Masz na myśli ten telefon o trzeciej nad ranem?- ironicznie spytał Max.

— A więc Kevin wrócił.- stwierdziła Maria.

— Kto taki?- spytała Isabel.

— Kevin.- odpowiedział Alex.

— Znacie go?

— Znaliśmy.- powiedziała Maria.- Wyjechał stąd kiedy jeszcze chodziliśmy do przedszkola.

— Najbardziej samolubny i wybredny dzieciak jakiego znałem. Nie cierpiał towarzystwa wszystkich, w tym swoich rodziców. Był tylko jeden wyjątek.- scharakteryzował Kaly.

— Jaki?- zainteresował się Max.

— Elizabeth Parker.- powiedział Kaly.

— Nie Liz, nie Beth, ale Elizabeth.- dodał Alex.

— Dobra rada Max: rozwal go od razu. Nam wszystkim oszczędzisz kłopotów, a sobie roboty na później.- powiedział Kaly.

— Przestańcie!- przerwała im Liz- To było lata temu. Na pewno bardzo się zmienił. I pewnie nawet nas nie pamięta.

— Ciebie złotko na pewno pamięta.- powiedziała Maria.

— Skąd ten pomysł?

— Z tego jak przed chwilą na ciebie patrzył.

Isabel, Michael i Max stali na korytarzu. Przed chwilą skończyła się pierwsza lekcja.

— Naprawdę na nią patrzył?- spytał Max.

— To się nazywa problem.- naigrywała się Isabel- Chłopak z czasów przedszkolnych.

— Wszystkie jesteście takie same.- powiedział Michael.

— Następny. Idę. Wasze towarzystwo staje się nieznośne.

— Po co on wracał?

— Dlaczego ona ciągle się czepia?

— Te kobiety.

— Co zrobisz z Tess?

— Nie wiem.

— Wojna miedzy nią a Liz trwa. I mimo przewagi Tess pod względem zdolności nie jestem pewien, która którą wykończy.

— Mi to mówisz.

— Co z Kalem i Derilą? Powiedzieli ci coś nowego o nas?

— Nie. Nic nie mogę z niej wydobyć. Uzgodniłem z Isabel, że ona zajmie się Derilą, a ja Kalem.

— A co z Nasedem?

— Czuję, że nie możemy mu ufać, ale wszystko co do tej pory mówił wydaje się być prawdą.

— W dodatku ta Whittaker.

— Właśnie. Może się okazać Piercem w spódnicy.

— A tak przy okazji myślisz, że ona i Nasedo...

— Nie chcę wiedzieć. Wydaje się, że jedyne dobre wiadomości to powrót Liz i przyjazd Zacka.

— Polubiłeś tego małego.

— Tak i nawet nie wiem dlaczego. A zmieniając temat. Pamiętasz sny swoje i Isabel z przed kilku miesięcy?

— Chyba nie chcesz do tego wracać?

— Nie, ale mam kilka pytań.

Liz wkładała książki do szafki, gdy usłyszała za sobą głos Isabel:

— Max nie może przeboleć tego Kevina.

— Nie rozumiem o co mu chodzi.

— Maria mówiła, że znaliście się jako dzieci.

— Tak. Trzymaliśmy się razem w przedszkolu. Popołudniami on przychodził do mnie, albo ja do niego- nic nadzwyczajnego. Potem wyjechał z rodzicami i aż do dzisiaj o nim nie słyszałam.

— Naprawdę tak stronił od ludzi?

— Tak, ale na pewno się zmienił. W każdym razie chyba zamierzasz go sprawdzić.

— Czemu nie?

— Alex wspominał coś o jakimś geologu.

— Tym, który znalazł kości?

— Tak.

— Zmieńmy temat.

— Dobrze. O co chodziło w snach twoich i Michaela sprzed kilku miesięcy?

Liz szła właśnie na biologię, gdy podszedł do niej Kevin.

— Część Elizabeth.

— Kev. Minęło sporo lat.

— Postarzałem się?

— Ale nie zapomniałeś.

— Ty też nie. Poza tym nie mógłbym. Lubię twoje imię w pełnym brzmieniu.

— A ja twoje w skrócie.

— Słyszałem, że Kaly'owi się poszczęściło.

— Jak zwykle nie owijasz w bawełnę. Ale spóźniłeś się. To stare dzieje.

— Nie powiesz mi chyba, że jesteś sama?

— Nie.- gdy to powiedziała zadzwonił dzwonek.

— Co za pech, ale chyba jeszcze pogadamy?

— Oczywiście.
Gdy szła do klasy zobaczyła Maxa w drzwiach gabinetu. Wiedziała, że widział jej rozmowę z Kevinem i że go ona bynajmniej nie ucieszyła. Wynagrodziła mu to jednak na lekcji starym dobrym sposobem upuszczając ołówek. Tess, patrząc na to jak go razem podnoszą, dotykając się rękami i patrząc sobie w oczy, omal nie wyszła z siebie.

Max szedł na następną lekcję, gdy podeszła do niego Tess.

— Wróciliście do siebie?- spytała bez ogródek.

— Możliwe.

— To znaczy?

— To znaczy, że nie muszę ci się z niczego tłumaczyć.

— Zapominasz kim dla ciebie jestem.

— To ty zapominasz co ci tłumaczyłem odkąd się tu pojawiłaś.

— Któregoś dnia przypomnisz sobie tamto życie i pożałujesz..

— Nie jestem taki pewny.

— Co?

— Coś mi nie gra w tej łzawej historyjce i zamierzam dowiedzieć się co.

Kevin właśnie zabierał się do drugiego śniadania, gdy usłyszał:

— Mogę się dosiąść?

— Czemu nie.- powiedział gdy zobaczył nad sobą pewną blondynkę.

— Isabel Evans.

— Kevin McEvan.

— Z tych...?

— Tak.

— Przepraszam. To pytanie było nie na miejscu.

— Cieszę się, że je zadałaś. To znaczy, że dosiadając się do mnie nie kierowałaś się moim nazwiskiem.

— Nie, choć co nieco o tobie słyszałam.

— Od kogo?

— Alex, Maria, Kaly i Liz.

— Znasz ich?

— Razem z moim bratem i przyjacielem tworzymy coś w rodzaju paczki.

— A co u Alexa i reszty. Nie miałem jeszcze okazji z nimi pogadać.

— Alex ciągle się uczy, Maria marzy by nagrać płytę, Kaly przeszedł ostatnio na buddyzm, a Liz i mój brat nie zamierzają tym razem powtarzać, że są tylko przyjaciółmi.

— A nie są...?

— To długa historia.

— Mamy trochę czasu.

— Przerwa zaraz się skończy.

— Ale popołudnie będzie długie.

Isabel i Maria rozmawiają:

— Michael doprowadza mnie do szału.- skróciła Maria ostatnie pięć minut ich rozmowy.

— Zmieńmy temat.

— Geolog.

— Interesujący.

— Ale...

— Będzie ciężko...

— Nie tobie.

— I jest jeszcze Kevin.

— Mówiłaś, że ciągle pytał o Liz.

— Tak, ale może to nic nie znaczy.

— Oszukujesz się.

— Cześć dziewczyny.- podeszła do nich Tess.

— Musze już iść.- powiedziała szybko Maria i poszła.

— Co słychać?- kontynuowała Tess.

— Jeśli pytasz o Maxa to jest jak zwykle.

— To znaczy?

— On ją kocha. Pogódź się z tym.

— Powinien kochać mnie.

— Miłość to nie powinność. A ja jestem ostatnią osoba, której słowo "przeznaczenie" mogłoby się dobrze kojarzyć.

— Ty i Michael to co innego.

— A Liz i Max to coś wyjątkowego i jak udowodnił ostatni rok bardzo wytrzymałego.

Isabel dosiadła się w Crashdown do Derili.

— Wasz...

— O nie. Uzgodniłyśmy, że będziesz mówić do mnie po imieniu.

— Tak. Co u ciebie słychać Isabel?

— Geolog, przystojny syn miliarderów i wspaniały materiał na przyjaciela.

— Rozumiem, że to dobrze.

— Raczej tak. A przy okazji jak z tym było u mnie na Antarze. Wiem, że wyszłam za Michaela, ale chyba miałam jakieś życie przedtem?

— Przedtem...Muszę już iść. Jestem potrzebna Kalowi.- zdenerwowana Derila prawie wybiegła z Crashdown.

— Ale się przestraszyła.- skomentowała Isabel.

— Niektórzy ciągle się denerwują. Zwłaszcza jeśli mają cos do ukrycia.- powiedział Zack i usiadł naprzeciwko niej.

— Podsłuchiwałeś?

— Trochę i sadzę, że geolog, przystojny syn miliardera i wspaniały materiał na przyjaciela to kiepska mieszanka. Osobiście postawiłbym na tego ostatniego. Lubię Alexa. On wie mnóstwo fajnych rzeczy, jest zabawny i bardzo cię kocha.

— Wiesz oczywiście, że dzieci nie kłamią.- dodał po chwili.- A co za tym idzie zawsze mają rację. I nie martw się. Nic nie słyszałem o żadnym Antarze.

W okolicy Roswell.

— Zaczynają zadawać pytania?- spytał Kal.

— Tak. Isabel próbowała nadać temu lekki ton, ale gdy zapytała o swoje związki na Antarze...

— Max również coś podejrzewa.

— I są jeszcze pozostali.

— Zjechali się do Roswell.

— Myślisz, że zaczyna się coś większego?

— Skórowie, Maowie, zdrajcy, wzięty.

— I na dodatek większość z tych linek prowadzi do tej małej.

— Król jej ufa, pozostali również.

— Te dzieciaki nie rozumieją powagi sytuacji.

— Powiesz mu?

— Nie. To i tak niczego by już nie zmieniło.

Liz weszła do swego pokoju. Zaraz za nią stanął jej ojciec. To co zobaczyła sprawiło, że pytanie zadała po chwili:

— Co to jest? Jak?

— Przywieźli gdy byłaś w szkole. Pozwoliłem wnieść im to na górę. Pójdę już, a ty zastanów się co zrobić z nimi i z tym, który je przysłał.- powiedział pan Parker i wyszedł zamykając za sobą drzwi.
Liz patrzyła na swój pokój nie mogąc uwierzyć w to co widzi. Patrzyła dopóki nie zauważyła w oknie twarzy Maxa. Patrzył na jej pokój pełen bukietów białych róż. Jego mina nie wróżyła niczego dobrego. Wniosek, a właściwie wnioski: a) będą problemy, b)jeden podejrzany mniej. Liz podeszła do okna z trudem przedzierając się przez swój pokój. Gdy je otworzyła usłyszała:

— Ładne.

— Fakt.

— Kevin? Kev? Czy jak tam wolisz?

— Mogę tylko powiedzieć, że on nie twierdzi, że był moim mężem w poprzednim życiu.

— Przestań.

— Nie to ty przestań. Nie psujmy znowu naszego związku. Proszę.

— Masz rację. Przepraszam.

— A teraz coś z tym zróbcie, bo inaczej do was nie dojdę.- usłyszeli głos Zacka z drugiego końca pokoju.- I nie będę mógł wam powiedzieć jak było pierwszego dnia w przedszkolu.

— A jak było?- spytał Max.

— Okropnie. Były tam same dzieciaki. Jak dla mnie za małe o jakieś dziesięć lat. Bawiły się, brudziły przy jedzeniu i rozmawiały o wczorajszej dobranocce.

— To rzeczywiście okropne.- potwierdził Max z całą powagą na jaką było go stać po tej przemowie.

Max pożegnał się przed chwilą z Liz, która poszła do pracy. Skierował się od razu do Centrum Ufologicznego. Po kwadransie pracy przyszedł do niego Brody z nową pracownicą.

— To Ellis Seeman, a to Max Evans.- przedstawił ich sobie.
Ellis była wysoką, chudą, świetnie umalowaną i naprawdę ładną siedemnastolatką.

— Wyjaśnij jej wszystko.- powiedział Brody do Maxa i wyszedł.

— Oprowadzić cię?- spytał Max, a kiedy nie odpowiadała spytał.- Dlaczego tak mi się przyglądasz? Mam coś na twarzy?

— Nie. Zastanawiam się tylko czy to nie ciebie widziałam dzisiaj na biologii.

— Możliwe.

— Pomagałeś pewnej dziewczynie w podnoszeniu ołówka.

— Tak. To rzeczywiście ja.

— Rozumiem, że popołudnia zajmuje ci równie skrzętnie jak lekcje i dlatego nie oprowadzisz mnie po Roswell.

— Raczej nie.

— Szkoda.

Rozmowa dwóch kasjerek w supermarkecie.

— Kto się wprowadził do tego dopiero co wybudowanego domu?- spytała jedna.

— Anglik. Strasznie bogaty. Nazywa się Ian Etherington. Mówią, że to straszny dziwak.- odpowiedziała ta druga.

— Dlaczego?

— Nie wychodzi z domu, z nikim nie rozmawia, nikt go nie zna i nikt nic o nim nie wie.

Koniec części pierwszej.


Wersja do czytania Następna część