agu84

Mroki Przeszłości (1)

Wersja do czytania Następna część

Mroki Przeszlosci 9

Dawno mnie tu nie bylo, ale mam nadzieje, ze tym razem nie zgubie sie w ciemnosci :). Tess dzieki za tego kuksanca, byl mi potrzebny. Milego czytania!!!

Broken this fragile thing now
And I can't, I can't pick up the pieces
And I've thrown my words all around
But I can't, I can't give you a reason

I feel so broken up
And I give up
I just want to tell you so you know

Here I go, scream my lungs out and try to get to you
You are my only one
I let go, there's just no one that gets me like you do
You are my only, my only one

Ksiezyc, taki ogromny. Wydawac by sie moglo, ze jego jasne promienie rozswietla nawet najwieksze mroki, ze moga ogrzac zmarzniete serce. Jednak Sophie nie dostrzegala tego swiatla. Jej serce i cialo byly zamrozone. Zawieszone w przestrzeni urywanych mysli, tajemnic i pokretnych wizji, które wciagaly ja coraz glebiej. Zaczynala sie gubic, topic w tych widzeniach. Kiedy zobaczyla Ratha na parkingu, miala nadzieje, ze cos sie wyjasni. Jednak on przywiózl ja tu. Na pusta plaze nad jeziorem Michigan. Tak jak obiecal zabral ja daleko od tamtego klubu, jednak nie ukoilo to jej skolowanej duszy. Czula sie zagubiona, opuszczona, siedzac na zimnym piasku posród szumu fal. Byla swiadoma ukradkowych spojrzen jakie posylal jej co jakis czas Rath, lecz teraz, gdy pierwszy szok spowodowany wizjami minal, zaczela sie bac. Bac na powaznie, nie tylko sytuacji, ale tez jego. Co on jej robil, jak wywolywal wizje. A ten drugi chlopak? Dlaczego wygladali tak samo? Dziewczyna starala sie wymyslic jakies logiczne rozwiazanie, ale takiego nie bylo. W pewnym momencie poczula ciepla dlon chlopaka na zmarznietym ramieniu.


Rath zastanawial sie co go podkusilo. Przeciez nie mial zamiaru nawet podchodzic do dziewczyny, a co dopiero zabierac jej na ta przekleta plaze. Jednak gdy zobaczyl przerazenie i rozpacz wymalowane na jej twarzy, jego cialo samo zareagowalo. To byl impuls, jedyne czego pragna to zapewnic jej bezpieczenstwo, ochronic przed okrutnym swiatem. Jego cialo samo zlapalo dziewczyne i wsadzilo do auta. A teraz siedzial tu jak idiota, nie bedac w stanie nawet sie odezwac. Odwazyl sie tylko co jakis czas spogladac na nia ukradkiem. Kiedy stal sie taki miekki??? Nie, to nie tak. Dla reszty swiata dalej byl taki sam. Lobuz i chuligan, czesto okrutny dla ludzi go otaczajacych. Jednak z nia bylo inaczej. Nie wiedzial tylko dlaczego.
Tak jak poprzednio tak i tym razem jego cialo postanowilo przejac kontrole. Rath obserwowal jak jego dlon unosi sie, a palce dotykaja aksamitnej, lecz jakze teraz chlodnej skory i zaciskaja sie na opalonym ramieniu. Czyzby bylo az tak zimno? Nawet tego nie zauwazyl, emocje podgrzaly jego krew.
Próbowal cos powiedziec lecz na dzwiek jego glosu dziewczyna wyrwala ramie i opadla plecami na piasek. Lezala tak po prostu, z rekami wyciagnietymi na boki, patrzac w ksiezyc.

— Kim ty jestes? – Rath prawie nie doslyszal pytania. Slowa zostaly wyszeptane, lecz nie bylo juz w nich slychac leku, raczej determinacje. Chlopak zrozumial ze teraz nie ma juz odwrotu. Albo wyjasni jej kim jest, albo starci ja na zawsze. Zdal sobie sprawe, ze to by go zabilo. Spotkal ja zaledwie pare razy, a tak sie z nia zwiazal. Zupelnie jakby znali sie od zawsze. Wizje które dzielili dalej pozostawaly tajemnica. Jednak to nie gralo roli, nie mógl jej tak po prostu zostawic.
W pewnym momencie zorientowal sie ze dziewczyna dziwnie mu sie przyglada. No tak zadala mu pytanie i teraz czeka na odpowiedz. Gdy juz mial sie odezwac, zrezygnowana odwrócila wzrok.

— To skomplikowane ... – zaczal, opadajac obok niej na piasek. Lezeli teraz tak blisko, a jednak tak daleko od siebie. Obydwoje patrzyli w gwiazdy. – ...i bardzo ciezkie do wyjasnienia. – dodal po chwili.

— Domyslilam sie – juz nie szeptala. W jej glosie slychac bylo zadziwiajaca sile – Ale cos musisz mi powiedziec. Mam wrazenie, ze wariuje, a ty jestes przyczyna. Inaczej po prostu odejdz, bo ja tak nie moge.
Rath wiedzial, ze to ostatnia szansa. Postanowil postawic wszystko na jedna karte.

— Wierzysz w kosmitów? – zrobil pauze, czekajac na jakas reakcje, która jednak nie nastapila. – Bo widzisz, ja wierze. Nie, nie tylko wierze, ja wiem. Mam dowód. Twoje wizje, moje wizje. To pokazuje, ze jakos sie z tym laczysz. I ze mna tez. Te wizje – to byla przeszlosc. Nasza przeszlosc. Tylko, ze ja nie wiem jakim cudem. – Gdy juz slowa zaczely plynac, nie mógl ich powstrzymac. Pewnie mówilby tak w nieskonczonosc, gdyby chlodna dlon nie przykryla jego ust.

— Czekaj, chcesz powiedziec, ze jestes kosmita? – poniewaz jej dlon ciagle spoczywala na jego ustach przytakna tylko glowa – I, ze ja, w jakis sposób, mimo, ze moi rodzice sa jak najbardziej ludzmi, tez jestem w jakis sposób z tym zwiazana, ze jestem kosmitka? – znów kiwnal glowa.
Rath spodziewal sie ataku histerii, smiechu, czegokolwiek. Jednak Soph nie zareagowala. Wciaz patrzyla w gwiazdy z dlonia na jego ustach. Uczucia jakie wywolywala ta mala dlon powoli wymazywaly wszystkie logiczne mysli z glowy chlopaka. Zawsze dziki, w kontaktach z Sophie zaczal przycichac. Ona powodowala, ze wreszcie zaczal odczuwac swoja ludzka nature, ze po raz pierwszy w zyciu chcial byc czlowiekiem. W pewnym momencie dlon znikla z jego ust. Obrócil glowe i zatopil sie w szmaragdowym spojrzeniu.

— Wiem, ze trudno w to uwierzyc – zaczal lecz przerwala mu szybko podnoszac sie. – Do diabla, nie bój sie, nic ci nie zrobie. – poderwal sie zaraz za nia i chwycil za lokiec, zatrzymujac ja na granicy pomiedzy suchym piaskiem, a wodami jeziora. Jednak Soph wyrwala sie wchodzac w orzezwiajace fale. Rath poczul chlodna wode rozbijajaca sie o bose stopy.

— Sophie zaczekaj! – Dopiero glosno wykrzyczane imie zatrzymalo pochód. Obrócila sie do niego.

— Po raz pierwszy wypowiedziales moje imie, wiesz – to niewinne stwierdzenie calkowicie zbilo Rath'a z tropu. Tak jakby wszystko co wczesniej powiedzial nie mialo znaczenia. Jakby fakt, ze nazwal ja jej imieniem mial ogromna wartosc.
Jednak dla Soph tak wlasnie bylo. Mogla pogodzic sie ze wszystkim, nawet z opowiesciami o kosmitach. Ale nie mogla zniesc mysli, ze dla niego byla tylko jakas bezimienna laska z klubu. Ze jedyne co wyróznialo ja z tlumu to te wariackie widzenia. Chciala, zeby pamietal jej imie, zeby jej postac wyryla mu sie w pamieci tak jak on w jej sercu. Jednak to, ze wypowiedzial jej imie i sposób w jaki to zrobil, i to, ze staral sie jej wyjasnic, byc moze powierzyc tajemnice, dawalo nadzieje. Stali teraz naprzeciw, wpatrujac sie w siebie. Ksiezyc odbijal sie od tafli jeziora tworzac bajeczne wzory.

— Sophie – Rath wyciagnal reke i poprawil kosmyk czarnych wlosów opadajacych jej na czolo.

— Rath – Soph powoli zatracala sie w blekicie jego oczu. Jednak tym razem nie mogla dac sie omamic. – Ja musze wiedziec cos wiecej. Jak to sie stalo, ze wygladasz jak czlowiek; co mnie z tym laczy; czy sa inni; kim byl ten drugi chlopak w dyskotece? Wygladal jak ty. – tym razem to jego reka przerwala potok rozpedzonych slów.

— Jaki chlopak? O czym ty mówisz?

— W klubie byl facet, który wygladal jak ugrzeczniona wersja ciebie. Na poczatku myslalam, ze to ty, ale jego oczy byly inne. Brazowe. Chociaz gdy on mnie dotknal tez mialam wizje. – W miare jak kolejne slowa wydobywaly sie z jej ust, we wnetrzu Rath'a narastalo zniechecenie. Tylko jedna osoba mogla odpowiadac temu rysopisowi. Jego cholerny sobowtór z Roswell. Mieczak Michael. Rath nie chcial sie do tego przyznac, ale gdzies pod pokladem zlosci i frustracji czaila sie zazdrosc. Zazdrosc o Soph. O wizje, które dzielila z tym idiota. "Do diabla, a zapowiadalo sie tak przyjemnie." Jesli Michale tu byl to reszta nie byla daleko. Zrezygnowany pociagnal dziewczyne w strone samochodu.

**

— Niezla chalupa – Ava gwizdnela na widok willi w jakiej mieszkal Jake. Opad szczeny nastapil troche pózniej, kiedy jej oczom ukazal sie przestronny hol z lukowym przejsciem do bogato wyposazonego salonu. Przez oszklone sciany widac bylo podswietlany basen.

Po calej aferze na parkingu postanowili znalezc jakies spokojne miejsce i pogadac. Jednak ich nowi znajomi, Collin i Luke, uparli sie, ze musza wiedziec o co w tym wszystkim chodzi. W koncu to ich kumpela odjechala gdzies z punkiem. To oni zaproponowali ten dom. Starzy Jake'a byli poza miastem. Biedny chlopak zrobil smieszna mine na widok calej ferajny, która miala zwalic mu sie do domu. Ava zwrócila uwage na sposób w jaki Jake obrzucil wzrokiem Liz i jak uciekal wzrokiem ilekroc to Parker zerkala na niego. "To moze byc ciekawe" – Ava nic nie miala przeciw dziewczynie, jednak z biegiem czasu zaczela sobie wyraznie zdawac sprawe, ze Max to Zan. Jej Zan. "Skoncz z tym, nie pora na rozpamietywanie przeszlosci. Sa wazniejsze sprawy. Na przyklad totalna zaglada, smierc i zniszczenie" – usmiechnela sie ironicznie.

— Hej, z czego sie znowu smiejesz? – Maria wyraznie nie ufala kosmitce. Zbyt przypominala jej Tess.

— O ile wiem Ameryka jest wolnym krajem, wiec smiac sie moge kiedy mi sie podoba – ostra riposta zwrócila uwage reszty gangu.
Liz zastanawiala sie co wywolalo taka niechec miedzy dziewczynami. Przeciez dogadywaly sie podczas pobytu Avy w Roswell. Jednak to bylo zanim Tess zdradzila. Miala juz cos powiedziec kiedy czyjas silna dlon zamknela sie na jej lokciu i pociagnela w strone ciemnej jadalni. Liz juz miala zaczac protestowac. Nie byl to najlepszy moment na wyglupy Max'a. Jednak gdy odwrócila glowe okazalo sie, ze to nie Max tylko chlopak z klubu.

— Jake, zaczekaj, co robisz?... – jednak jej slowa nie wywolaly zadnego skutku. Parker zdala sobie sprawe ze jej glosny protest wywola tylko niepotrzebna burze. Poza tym Jake zatrzymal sie kiedy przekroczyli próg przestronnej, stylowej biblioteki. Odwrócil sie do niej, jednak nie patrzyl jej w oczy.

— Przepraszam – Liz ledwo uslyszala cichy szept. Jake wygladal na bardzo zazenowanego. Odchrzaknal i zaczal od nowa, glosniej. – Przepraszam za to, ze cie wystraszylem w dyskotece. Nie wiem co sie stalo, wierz mi. Nie jestem jakims zboczencem zaczepiajacym laski w pubie.

— To ja przepraszam – slowa Liz doprowadzily do tego, ze wreszcie na nia spojrzal, lekko zaszokowany. Cieply usmiech dziewczyny przelamal zazenowanie. – to ja na ciebie wpadlam, a potem to juz tak samo dziwnie wyszlo. Balam sie, ze mnie wziales za jakas napalona sikse, dlatego odeszlam.

— Ciesze sie, ze sobie wyjasnilismy. – teraz juz obydwoje sie smiali – lepiej wracajmy zanim zaczna nas szukac.

— Racja nie mam ochoty sie tlumaczyc.

Gdy Liz i Jake znalezli sie z powrotem w salonie, okazalo sie, ze ich znikniecia nikt nie zauwazyl. Max i Michael starali sie uspokoic klótnie pomiedzy Ava i Maria, a reszta rozgoscila sie w okolicach barku. Jednak kiedy Liz przechodzila obok kosmitki uslyszala ciche pytanie.

— Czy to znaczy, ze Zan jest wolny? – Ava spojrzala w oczy dziewczynie i odeszla.

— Ok., przyjechalismy tu po to, zebyscie nam cos wyjasnili, a jak na razie tylko sie klócicie – Luke przerwal niemile mysli Liz – to w koncu naszej kumpeli odbilo i wybrala sie gdzies z tym punkiem.

— Wyluzuj ziemski chloptasiu. – Ava poklepala go po ramieniu – jeszcze bedziesz zalowal ze tak ci bylo spieszno.

**

Rath chcial koniecznie dowiedziec sie wszystkich szczególów. Kiedy Soph widziala chlopaka, czy byli z nim inni i co widziala w wizjach. Dziewczyne zaskoczyl potok pytan. Jechali w kierunku jej domu. Zastanawiala sie czy Rath ma ja tam zamiar zostawic, czy moze zostanie. Nie byla za bardzo pewna co bardziej by jej sie podobalo. Jednak gdy zajechali okazalo sie, ze wszystkie swiatla sie swieca. Mama wrócila z delegacji. Sophie wiedziala, ze jej pózne powroty to zaden problem, ale mama zawsze chciala szczególowych sprawozdan. I co ona miala jej powiedziec? Ze zakochala sie w kosmicie i byc moze sama jest kosmitka? Biedna mamusia dostalaby zawalu. Soph spojrzala na Rath'a, a on tylko kiwnal glowa i odjechal z podjazdu.

— To gdzie teraz? – chlopak musial to wszystko przemyslec, a z Soph na siedzeniu obok nie byl nawet w stanie prowadzic cholernego wozu. Jedyne co wtedy zaprzatalo mu glowe to niewyobrazalnie gladka skora i miekkie, slodkie usta.

— Nie wiem... – Sophie nie byla pewna co robic dalej. Zastanawiala sie nad opcja odwiedzenia któregos ze znajomych. Postanowila zaryzykowac – skrec w nastepna ulice. O ile wiem rodzice Jake'a sa poza miastem. Mam nadzieje, ze sie nie wscieknie jak nas zobaczy.


Wersja do czytania Następna część