moniczka

Historia jedenj miłości (8)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Część ósma

There’ s a calm Surrender to the rush of day
When the heat of a rollin wind can be turned away
An enchanted moment, and it sees me through
It’s enough for this restless warrior just to be with you
And can you feel the love tonight
It is where we are
It’s enough for this wide-eyrd wanderver
That we got this far
And can you feel the love tonight
How it’s laid to rest
It’s enought to make kings and vegabonds
Belive the very best
There’s a time for everyone if they only learn
That the twisting kaleidoscope moves us all in turn
There’s a rhyme and reason to the wild outdoors
When the heart of this star-crossed voyager
Beats in time with yours.

Can You Feel The Love Tonight by Elton John

21 Grudzień. Kilka dni do Gwiazdki. Urodziny Liz.

Wszystko co można było usłyszeć to uderzający o szybę deszcz. Ludzie, którzy nie robili świątecznych zakupów lub nie spali siedzieli w domu. Na opuszczonym cmentarzu, poprzez deszcz można było zobaczyć, siedzącą na ziemi i trzęsącą się dziewczynę. Nie troszczyła się o pogodę, nie troszczyła się o to że Diane chciała wyprawić jej przyjęcie urodzinowe. To był dzień w którym oni umarli, dokładnie 10 lat temu i ona bardzo ich potrzebowała. Nie mogła zrozumieć co mogła zrobić tak złego, aby zostać ukaraną w ten sposób. Czy naprawdę była tak złym człowiekiem? Jeżeli tak to czemu to ona nie umarła? Oni nie zasłużyli na śmierć. Może wszystko byłoby lepsze gdyby ona do nich dołączyła. Czuła jak z każdym dniem jej ciało stawało się coraz słabsze z braku pożywienia. Wiedziała, że ludzie się o nią martwią, ale nie powinni. Bez niej mogliby żyć w spokoju. Max mógłby żyć w spokoju.

***
Max obudził się po bardzo niespokojnym śnie, spojrzał na zegarek była 6:53. Każdego innego dnia nie martwił by się późną porą ponieważ była przerwa zimowa, ale to nie był zwykły dzień.
Max szybko wziął prysznic, ubrał się i postanowił sprawdzić czy Liz czegoś nie potrzebuje.
Max był świadomy, że Liz nie chce żeby kręcił się koło niej. Lecz dzisiaj musiał się upewnić że z nią wszystko w porządku. Przez wiele miesięcy trzymał się od niej z daleka, nawet jeżeli to bardzo bolało, nawet gdy widział że ona jest w złej formie i bardzo schudła. Lecz wiedział, że Liz nienawidziła przebywać w jego towarzystwie. Nie mogła nawet na niego patrzeć.
Nie chciał jej budzić, gdyby jeszcze spała. Chociaż wątpił w to, Liz zawsze tego dnia budziła się bardzo wcześnie.
Otworzył drzwi i zobaczył, że pokój był pusty. Cholera. Powinien był wstać wcześniej. Wziął parasol, rzeczy które przygotował dzień wcześniej, kluczyki do jeepa i wyszedł.

***
Kiedy przyjechał na cmentarz, poczuł jak jego serce zaciska się z bólu gdy popatrzył w stronę grobu rodziców Liz. Siedziała przed grobem jej matki i płakała. Nie chciał jej wystraszyć, więc podszedł wystarczająco blisko aby parasol ochronił ją od deszczu.

***
Liz źle się czuła od płaczu, gdy zauważyła że deszcz nie uderza już o jej twarz. Nie musiała się odwracać by wiedzieć kto za nią stoi. Potrafiła go wyczuć. To jej wcale nie zaskoczyło. Max był tak dobry, że pomimo bólu jaki mu zadała, był przy niej gdy go najbardziej potrzebowała. Przy każdej innej okazji, powiedziała by mu żeby sobie poszedł, ale nie mogła. Nie dzisiaj. Nie mogła być silna. Max był jej potrzebny. Potrzebowała jego siły.

***
Nie mógł w to uwierzyć. Nie tylko nie kazała mu odejść, ale pozwoliła się przytulić. Nic z tego nie rozumiał, ale nie zamierzał się skarżyć z tego powodu. Było mu tak dobrze. Czuł się wspaniale.
W jego ramionach, powoli zaczęła się uspokajać. Wydawało jej się, że deszcz, który padał nieprzerwanie od miesięcy wreszcie coraz mniej padał.

***
Liz nie znalazła słów, aby wyrazić jak szczęśliwa i bezpieczna czuła się w jego ramionach.

***
Siedzieli na cmentarzu przytuleni nie zważając na czas, była prawie 17.00 gdy Max postanowił się odezwać.

—Liz? Jest już 17:00, a ja chciałbym zabrać cię w jedno miejsce. Jeżeli nie masz nic przeciwko.

—W porządku. – odpowiedziała zdezorientowana Liz.

***
Serce Liz pękło gdy Max zatrzymał jeepa przed dworcem kolejowym. Liz zauważyła na tylnim siedzeniu spakowaną torbę. Max chciał żeby wyjechała. To było normalne, w końcu miała już 18 lat. Szybko wysiadła z jeepa i zamierzała wziąć torbę lecz Max ją zatrzymał.

—Pozwól mi ją wyjąć.
Liz nie mogła mówić ani nawet spojrzeć na niego, więc skinęła mu tylko głową na potwierdzenie i podążyła za Maxem.
Wsiedli do pociągu. Mieli kabinę tylko dla siebie. Był to przedział sypialny. Wiedziała, że jedzie daleko. Nie pytała gdzie, nie interesowało ją to. Kiedy usłyszała ostatnią zapowiedź, dla ludzi zostających w Roswell, spojrzała z zaskoczeniem na Maxa i spytała:

—Nie wysiadasz?

***
Gdy usłyszał jej pytanie i zobaczył w jej oczach łzy poczuł się jakby został postrzelony. Dlaczego ona się go tak bardzo bała?

—Jeżeli chcesz to wysiądę.

—Nie! Nie o to mi chodziło, w ogóle nie o to.

—Więc....

—Myślałam, że chcesz żebym wyjechała.

—Co?!
Pociąg ruszył i musieli usiąść.

—Pomyślałam, że nie chcesz abym się koło was kręciła.
Wszystko zaczynało mieć sens. Max unikał jej ponieważ myślał, że Liz się go boi, a Liz unikała Maxa ponieważ myślała, że Max nie chce aby była blisko niego. Usiadł obok niej i wziął ją za rękę.

—Unikałem Cię, ponieważ myślałem że się mnie boisz. – zaczął powoli tłumaczyć Max.

—Co?! Jak mogłeś tak pomyśleć?

—Pamiętasz dzień, w którym obserwowaliśmy nasze komórki?
Liz potwierdziła skinieniem głowy, nie bardzo rozumiejąc co to ma do tego.

—Cała ta sprawa z FBI, po której nie mogłaś nawet na mnie spojrzeć, więc pomyślałem sobie, że boisz się mojej kosmicznej strony.

—Och Max! – Liz rzuciła się w ramiona Maxa. Zostali w swoich ramionach przez kilka minut, w końcu Liz przerwała ciszę.

—Nie patrzałam na ciebie ponieważ byłam smutna.

—Smutna?
Próbowała się od niego odsunąć, ale nie pozwolił jej na to.

—Liz, proszę powiedz mi o co chodzi.

—Tamtego dnia na pustyni powiedziałam Ci, że cię kocham. Ty nie odpowiedziałeś. – Liz znalazła się natychmiast w ramionach Maxa.

—Nie mogłem odpowiedzieć, ponieważ bym się załamał. Myślałem że wiesz. Bardzo Cię kocham.
Położyli się spać w swoich ramionach.

***
Liz już prawie spała gdy usłyszała:

—Nie jestem już z Tess.
Uśmiechnęła się i pocałowała go w rękę. Oboje zapadli w pierwszy spokojny sen od miesięcy.

***
As I look into your eyes
I see all the reasons why
My life’s worth a thousand skies
You’re the simplest love I’ve known
And the purest one I’ll own
Know you’ll never be alone
Chorus: my baby you
Are the reason I could fly
And’ cause of you
I don’t have to wonder why
Baby you
There’s no more just getting by
You’re the reason I feel so alive
Though these words I say are true
They still fail to capture you
As my words can only do
How do I explain that smile
And how it turns my world around
Keeping my feet on the ground
Repeat chorus
I will soothe you if you fall
I’ll be right there if you call
You’re my greatest love of all
Repeat chorus
And I feel so alive

My Baby You by Marc Anthony

***
Gdy Max się obudził, Liz nie była już w jego ramionach. Przez sekundę jego serce stanęło ze strachu o nią, lecz już po chwili zobaczył swojego anioła siedzącego przed nim.

***
Nie pamiętała kiedy ostatni raz czuła się tak szczęśliwa. Max nie nienawidził jej. Max przyjechał z nią na plażę. Jej myśli zostały przerwane przez Maxa, który ją objął i przytulił.

—Kocham Cię.

—Musisz być z powrotem z Tess.

—Wiem.

—Mamy dla siebie jeszcze dwa dni.

—No właśnie.
Po tych słowach, obrócił ją twarzą do siebie i pocałował.



Pamiętajcie nadal czekam na wasze komentarze!!


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część