gosiek

Dziecko Szczęścia (7)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

***

Wszystko było już gotowe. Rodziców nie ma, Max będzie spał u Michaela. Stół zastawiony, w piekarniku dobry kurczak w ostrym sosie, tak jak lubi. Wszędzie porozstawiane świece, zapachowy afrodyzjak. Zastanawiała się tylko jak zareaguje, mieli się przecież uczyć.
Is szamotała się po domu, ostatnie poprawki makijażu, fryzury. Jej czerwona sukienka wyglądała prześlicznie . Ciągle miała dylemat czy umalować usta czerwoną szminką, czy może jednak jedynie błyszczykiem.
Nagle dzwonek do drzwi. Podskoczyła wystraszona. Pobiegła do pokoju aby zapalić świece pstryknięciem palców. Wszystko było gotowe, ale ona nawet butów na sobie nie miała. W pośpiechu zakładała sandały na obcasie. Dzwonek się powróżył:

— Już... już idę...- krzyczała, ale przy samych drzwiach potknęła się o dywanik i upadła
Chłopak słysząc ca drzwiami huk zdziwił się trochę i zapytał:

— Is, czy wszystko w porządku??

— Tak, tak już otwieram – wstała pospiesznie i otworzyła drzwi
Alex przyglądał się jej jak poprawia fryzurę i zadartą sukienkę.

— Cześć...- powiedział zmieszany widząc ją pięknie ubraną

— Hej...jak tam??

— Dobrze, gdzieś się wybierasz??

— Nie, a dlaczego?? – rozmawiali przez próg

— A tak pytam – zdziwienie z jego twarzy nie schodziło – mogę wejść??

— Tak, tak... proszę...wejdź do salonu ja zaraz przyjdę
Chłopak posłusznie skierował się w stronę pokoju dziennego. Siadł w fotelu i rozglądał się po wystroju. Było ciemno jedynie świeczki oświetlały fotel. Uśmiechnął się w duchu. "Co ta dziewczyna knuje" – pomyślał i zaśmiał się.
Nagle usłyszał miłą dla ucha melodię w magnetofonie i pokręcił niepewnie głową. Fredro Starr & Jill Scott – Shining Through. Lubił bardzo tą piosenkę.

— Masz ochotę coś zjeść?? – usłyszał nad głową

— Tak, jeżeli to ty ugotowałaś – znowu się uśmiechnął
Weszli do kuchni, gdzie stał zastawiony stół, a na środku wielki kurczak.

— Ślicznie pachnie – Alex wciągnął mocno zapachy i siadł przy stole
Isabel dzięki swoim mocą szybko pokroiła kurczaka i podała chłopakowi jeden z kawałków.
On czół się dziwnie, wiedział, że ona coś knuje, mięli się przecież uczyć, astronomii podajże. Ale nie narzekał, kurczak był wyśmienity, a atmosfera najlepsza do nauki: anatomii człowieka oczywiście.
Gdy nachyliła się nad nim aby nalać mu napoju, tzn. wina, widział niezbyt zasłonięte części ciała. W końcu nie wytrzymał musiał się jej spytać:

— Isabel, co ty knujesz??

— Ja... nic, podobno jak się jest najedzonym lepiej się uczy – uśmiechnęła się
Gdy skończył jeść w jego ucho wpadła znana mu ze snów piosenka: Save Ferris "Let Me In". Wstał i podszedł do dziewczyny.
Ta popatrzyła na niego z zaciekawieniem i podała mu rękę gdy wyciągnął swoją. W takie sposób zaczęli wolny taniec. Dokładnie te same ruchy. Pierwsza odezwała się Is:

— Co o mnie myślisz??

— Że to wspaniałe ciało ukrywa jeszcze wspanialsze wnętrze. Ale chyba niewielu ludzi może je poznać, prawda? – odpowiedział Alex, tymi samymi słowami co w swoim dawnym śnie

— Tak

— Zbyt boisz się je pokazać? Mnie możesz

— Naprawdę??

— Tak – odpowiedział chłopak i powoli zaczął zbliżać się do dziewczyny aby ją pocałować
Is nie sprzeciwia się temu, zaczynają się całować. Nie przerywając dziewczyna zaciąga go do salonu, nie ma zamiaru przerwać, to jest zbyt piękne. Chciała z nim być, teraz i zawsze. Zaczęła powoli rozpinać jego koszule, guzik po guziku. Po zdjęciu jej dotknęła lekko jego piersi i poczuł wielkie ciepło płynące z pod jej ręki.
On też to poczuł, spojrzał zaciekawiony. Spod dłoni Isabel wydobywało się miłe dla oka białe światło. Po chwili popatrzyli na siebie i uśmiechnęli się miło. Alex złapał za jej ramie i zsunął powoli jedno ramiączko, po chwili drugie i pocałował delikatnie nagie miejsca. Potem wjechał powoli na szyje.
Ona objęła go ramionami i potargała trochę włosy. Stanęła nad tapczanem, na którym po chwili obydwoje się znaleźli, cały czas nie przestając się całować. Nic nie mogło ich powstrzymać. Świat naokoło zaczął wirować. Is nie wiedziała czy to jej sprawa, jej mocy. Ale nie obchodziło ją to. Ważne było teraz tylko to, że są razem.
Tak zaczęła się ich lekcja anatomii człowieka, w cielesnych spotkaniach.


~*BŁYSK*~
Ciemna jaskinia, światło pochodni oświetlało wąskie zimne korytarze. Czuła ten chłód. Ogień zbliżył się do twarzy trzymającego ją. To przecież Alex, tylko lekki zarost i przemęczona twarz.

— Księżniczko, zaraz będziemy u wyjścia...niech pani się nie boi – odezwał się mężczyzna

— Ayan, ja się nie boję, tęsknię za Lilith i Zanem...co z nimi jest??- odezwał się jakiś damski miły głos, który również oświetlił się po chwili w świetle pochodni to ona, czyżby to Antar – A jeżeli oni już...- jej słodki głos załamał się
Nagle ziemia się zatrzęsła. Małe kamyczki podpadały na głowy. Chłopak przyciągnął do siebie dziewczynę, jakby wyczuł, że wielka skała zaraz spadnie na jej poprzednie miejsce.
Oddech dziewczyny na chwilę się zatrzymał. Pochodnia zgasła spadając na ziemię. Podniosła ją i zapaliła ponownie, tym razem większym i intensywniejszym światłem. Było ich teraz widać dokładnie.
To na pewno Alex, te same oczy. Miał jedynie trochę dłuższe włosy, a na sobie cos przypominającego zbroję. U pasa przyczepiony miecz.
Ona miała na sobie granatową, wyszarpaną u dołu, suknie. Była pobrudzona, zakurzona. Włosy upięte w koka, z którego wychodziły pojedyncze pasemka. Jej twarz była smutna i zmęczona.
Na ścianach jaskini widniały jakieś symbole. Dokładnie takie jak w księdze przeznaczenia. Wyglądały tak jakby malowane tysiące lat wcześniej.
Dziewczyna zsunęła się po ścianie i schowała twarz w kolanach obejmując je i zaczęła płakać. Chłopak nachylił się nad nią i dotknął lekko jej ramienia. Ona podniosła zapłakana twarz i powiedziała:

— Czemu Khivar nie da spokoju, czemu nie zostawi Antaru, czemu nie możemy żyć normalnie, nie mogę pokochać kogoś normalnego tylko dla dobra planety oddać się w ręce tego krwiopijcy – płakała patrząc na niego

— O pani, nikt ci nie zabrania życia normalnie, możesz kochać kogo chcesz, możesz żyć z kim zapragniesz...królewska trójka jest silna, choć nie tak silna jak Khivar, ale gdy znajdziecie Wyrocznie, wszystko się zmieni, będziemy żyć normalnie, ty, ja, książę Zan, oficer Rath i wszyscy mieszkańcy Antaru będą wolni, na zawsze...- odpowiedział chłopak
Dziewczyna rzuciła mu się pospiesznie na szyję i przytuliła mocno. Chłopak był trochę zmieszany, ale zaraz odwzajemnił uścisk. Po chwili milczenia odezwał się:

— Księżniczko, słyszysz??

— Co??

— Odgłos wody...jesteśmy blisko jeziora, już prawie na miejscu, musimy ruszać – rozkazał

— Dobrze...ale tam odpoczniemy, proszę, muszę trochę odetchnąć

— Tam się nawet prześpimy... – pomógł jej wstać i ruszyli w wyznaczonym kierunku

~*BŁYSK*~
***

Chłopak siedział na brzegu łóżka i rozmyślał o tym co się stało. W pewnym momencie po prostu zemdlała. Już ranek, a ona cały czas leży. Jej usta drżą, a z czoła spływa zimny pot. Całą noc czuwał nad nią i nad małym, który raz po raz budził się i płakał. Zawsze wtedy gdy ona dostawała jakiś dziwnych dreszczy i mamrotała coś pod nosem. Coś jakby po łacinie, ale nie rozumiał tych słów. Zapisał je sobie, może coś z nich zrozumie ale nic.
Wpatrywał się to na kartkę to na nią. Znowu powtórzyła je:

— Mazis verios dominosen lukan – mamrotała (to nie naprawdę po łacinie, bo ja jej tam nie umiem)

— Liz, proszę...o co ci chodzi?? – pytał Max dziewczyny
Nagle usłyszał głos jej matki z dołu. Wołała ją na śniadanie. Musiał coś zrobić. Nie wiedział czy iść czy zostać? Musiał iść...zaraz ona może tu przyjść. Wytarł dziewczynie po raz ostatni czoło ręcznikiem i wyszedł przez schody pożarowe.

Dziewczyna zaczęła się strasznie szamotać na łóżku. To obudziło małego. Zaczął płakać, a ona powtarzała słowa "Mazis verios dominosen lukan". Krzyk chłopca stawał się coraz donośniejszy.
Nagle ona zerwała się z łóżka i wciągnęła mocno powietrze. Popatrzyła na łóżeczko w którym leżał malec. Rozejrzała się przerażona po pomieszczeniu. Usłyszała jakieś głosy, jakby ktoś kogoś wołał, ale ona tego nie rozumiała. W końcu skrzypienie podłogi, jakby ktoś szedł w tą stronę. Zerwała się z łóżka na równe nogi i podbiegła pośpiesznie do kołyski małego. Wzięła go na ręce i przytuliła mocno do piersi. Zabrała kocyk i znowu pospiesznie popatrzyła na otoczenie. Zauważyła niewielkie okno. Wyszła przez nie, a potem po drabince na ziemię.
W jej oczach widać było wielkie przerażenie. Popatrzyła na malca i uśmiechnęła się do niego mówiąc:

— Lukan...- w jej myślach ukazywały się dziwne obrazy, a potem w myślach powiedziała – granilith
Mały zaczął gaworzyć widząc dziewczynę. Wbiegła na jeszcze puste ulice w kierunku, które jej podpowiadał instynkt.
Do swojej piersi przyciskała malca tak, jakby go nie widziała latami, albo jakby coś zaraz miało mu się stać.
Dobiegła do pustyni, nie była zmęczona, w ogóle. Podeszła do skały, w której mieściły się inkubatory. Wdrapała się i bez mniejszego problemu otworzyła właz i weszła do środka.
Chłopiec ponownie usnął. Położyła go na kocyku a sama weszła do miejsca gdzie znajduje się granilith. Podeszła do niego i dotknęła dłonią wymawiając ponownie słowa "Mazis verios dominosen lukan". Powtarzała je do momentu, aż kamień nie zaczął się świecić i poruszać. Zamknęła oczy i skupiła się mocno.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część