Luthien

Król Zan i królowa Simbelmyne (23)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Atak

Dwa dni od balu minęły w spokoju. Serena prawie cały czas siedziała w bibliotece nad książkami, Melania w ogrodzie, a Liz krążyła miezy nimi dwiema a Maxem, Melayą i pozostałymi dziećmi. Maria i Michael gdzieś znikli, Isabel i Kyle zwiedzali pałac.

—Co czytasz?-spytała Serenę Liz.

—Byłam w śpiączce przez 30 lat, a w tym czasie dużo się zmieniło, nadrabiam zaległości.
Liz zajrzała do książki leżącej przed dziewczyną.
"Granilith to starożytne urządzenie stworzone przez pradawnych mieszkańców Antaru. Nie wiadomo ile dokładnie istanieje, przypuszcza się, że około 4 tysięcy lat. Początkowo służył jedynie jako źródło energii. Obecnie znane są jego inne zastosowania. Przede wszystkim jest niebezpieczną bronią, jesli znajdzie isę w niepowołanych rękach, ale może także chronić...."
Liz przysiadła sie do Sereny. Ominęła kilka akapitów.
"Bariera – może utworzyć ją jedynie prawowity władca teraźniejszy lub następca tronu. Potrzebna jest Królewska Pieczęć, specjalny silmaril oraz duża moc, fizyczna i psychiczna."

—Zaciekawiona?-spytała Serena.

—Ciekawi mnie wszystko, co może uratować Antar.

—Nie masz pojęcia ile może zdziałać granilith, ale potrzebuje dobrego opiekuna i ...

—Byłabyś świetnym opiekunem.

—Liz, to było w przyszłości, tamtej przyszłości.

—Ale potrafisz go obsługiwać.

—Jak sama przeczytałaś, nie potrafię, bo nie jestem władczynią Antaru.

—Władczynią, nie królową , jak sama powiedziałaś. Nie znasz przyszłości, wszystko jest możliwe...-powiedziała tajemniczo Liz, uśmiechając się do niej. Wstała-Mam do ciebie prośbę. Spróbuj uruchomić granilith. To nasza jedyna szansa i tylko ty możesz to zrobić.

—Dlaczego ja?

—On zaatakuje, tylko ty będzie wstanie mu przeszkodzić.

—Ale ja nie potrafię włączyć pola.

—Musisz uaktywnić granilith, resztą zajmę się ja albo Max.

—Zrobię, co w mojej mocy.

—Wiedziałam, że mogę na ciebie liczyć. Kiedy będzie po wszystkim, chętnie dołączę do ciebie w bibliotece.-powiedziała z uśmiechem i odeszła.
Serena odprowadziła ją wzrokiem.
"Umie przewidywać przyszłość, ale nie wie wielu rzeczy. Dzisiejszy dzień będzie długi."
Odłożyła książkę, podeszła do komputera, wpisała nazwę "pole ochronne" i "granilith". Na ekranie wyświetliły się cztery nazwy. Zapisała je i ruszyła na poszukiwania między półki. Była w Królewskiej Bibliotece. Wstęp tutaj mieli tylko uprzywilejowani, mający zezwolenie. W następnej alejce(książek było naprawdę duuuużżżooo) usłyszała głosy.

—Musisz im pomóc.-powiedziała mężczyzna. Serena nie poznała jego głosu, ale wydał jej się znajomy.

—Sami dadzą sobie radę. Teraz to jej problem.-odparła kobieta. Ten głos powinna rozpoznać wszędzie, ale nie zrobiła tego. Miała dziwne wrażenie, że coś albo ktoś blokuje jej myśli.
"Kim oni są?"

—To zawsze będzie twój problem.
Serena cichutko przesuwała się do końca alejki, tak aby słyszeć rozmowę. Była z natury ciekawska, ale nie wścibska, nigdy nie podsłuchiwała. Teraz coś ją przyciągało. Musiała dowiedzieć się co.

—Nie mogę tam wrócić. Zrozum.

—Rozumiałem przez wiele lat, ale teraz sytuacja uległa zmianie. Będziesz im potrzebna.

—Nie mogę tam wrócić.

—To nie była twoja wina.

—Tylko ty tak myślisz. Rozmawiałam z nią. Ona nie dopuściłaby do tego.
Serena bezszelestnie wyjrzała zza półek, ale nie zobaczyła juz nikogo. Zrezygnowana poszła szukać swoich książek. Następne 6 godzin spędziła nad nimi.

—Mówiłam ci, że biblioteka to nie najlepsze miejsce na rozmowę.

—I tak nic nie będzie z tego pamiętać i przestań się obwiniać.
Stali teraz niedaleko Ogrodów Królewskiego, osłonięci przez drzewa.

—Więc co zamiarzasz zrobić?

—Pomogę im.

—Ale jak?

—Jeszcze nie wiem.-powiedział i odszedł w stronę Głównego Placu.

—Anhar poczekaj...-zawołała za nim, ale on nie usłyszał jej.

7 godzin później
Liz i Max rozmawiali na balkonie od swojego pokoju.

—Co o tym wszystkim myślisz?-spytała Liz.

—Nie wiem. Gdyby nie ty, to już dawno byłbym martwy. Nie ważne czy jesteś Simbelmyne. Zawsze będziesz moją Lizzie.

—No właśnie o to chodzi. Ją też nazywałeś Lizzie.

—Nie ja, tylko Zan. Liz, a nie pomyślałaś, że może się okazać, że ty też jesteś hybrydą?

—Na pewno nie jestem. Mam ludzkie komórki, nie mogę być kosmitką. Możliwe, że mam moc, ponieważ mnie uzdrowiłeś albo granilith, wyrocznia mnie wybrali czy coś takie...-nie dokonczyła.
Do pokoju wbiegł nagle Lahrek.

—Liz, Max, dobrze, że was znalazłem...on zaatakował...wojska Khavara są na Antarze-mówił zdyszany.

—Co? Już? Są w mieście?

—Tak, nawet już w pałacu. Mają królowę.

—Dzieci, Ziemianie, Melaya, Serena?

—Mają Ziemian, przykro mi, Serena schroniła się przy granilicie, dzieci są w ogrodzie, a Melaya nie wiem. Muszę ją znaleźć.

—Michael, Isabel?

—Są u wyroczni, tam moga się długo bronić.

—Dobrze, idziemy do nich, znajdź Mel i spróbujcie niepostrzeżenie dostac się na Plac Główny. My już tam będziemy. Potrzebuję Melayi.
Lahrek wybiegł.

—Co zamierzasz?

—Musimy dostać się do Miachela i Isabel. Potem powiem ci mój plan.
Wyszli z pokoju i po cichu kierowali się do sali Wyroczni.
Max nie bał się, ufał Liz. Ona martwiła sie o dzieci.
"Chwila...oni są w ogrodzie...tak było w śnie Mel...mam nadzieję, że to był tylko sen, ale Mel jest w końcu moją córką i też umie przewidywać przyszłość."
Ogarnęły ją złe przeczucia.
"A jeśli Serena nie zdąży albo ją złapią?...wtedy będzie po nas."
U Wyroczni.

—Max, Liz, marwtiłam się o was.-powiedziała Isabel i przytuliła brata.

—Wszystko będzie dobrze Is

—Czy na Antarze jest Khavar?-spytała Liz.

—Nie, na pewno nie.-odparła Isabel.
"To dobrze czy źle?"-pomyslała Liz.

—Co robimy?-spytał Michael.

—Liz ma plan.-odparł Max.

—Słuchamy, chętnie przyjmę każdą propozycję oprócz siedzenia tutaj i czekania na nich.-powiedział Michael.
Liz wstrymała oddech. Bała się, że nie posłuchają jej rady, a wtedy Antarianie będą zdani tylko na łaskę wroga.

—Wyjdźmy do nich, na Główny Plac. Tam jest wielu Antarian. Pomogą nam.

—Liz, to szaleństwo.-powiedział Michael.

—Powtórz sowje poprzednie zdanie.-odparła-to nasza jedyna szansa.

—Nie nasza-powiedziała Max-ale Antarian, dlatego musimy to zrobić.
"dziękuję"

—To samobójstwo.

—Nie, mamy większe szanse niż myślisz.

—Czy jakie? 20% szans?

—Michael przestań, zaufaj Liz.-powiedziała Isabel.

—Is, ty też?-spytał zrezygnowany Michael.

—W takim razie idziemy-powiedział Max.
"Poczekajcie"-odezwała sie Wyrocznia.

—O co chodzi?
"Nie dacie rady, nie wierzycie w swoje siły"

—Mylisz się.-odparła Liz-obronimy Antar i pokonamy skórów.
"Sama nie dasz rady, Simbelmyne"

—Nazywam się Liz, pokonam ich. Oni może nie wierzą w swoje siły, ale nie poddamy się. Czy to nie to samo? Walczyć do końca, ich końca.
"Sama nie dasz rady, Simbelmyne"

—Simbelmyne może sama nie dałaby rady, ale ja jestem Liz i mam Maxa, Isabel, Michael i Melayę.
"Sama nie dasz rady, Simbelmyne"
"Czyżbyś zapomniała o Serenie i Melianie?"-dodała Liz i wyszła. Reszta poszła za nią.
Musieli uważać na skórów, którzy kręcili się po pałacu. Udało im się dojść do Placu. Wyszli z pałacu jednym z bocznych wejść dla służby. Zobaczyl;i, jak statek kosmitów ląduje na środku Placu Królewskiego(część Głównego Placu, która była trochę wyżej od reszty, od niego prowadziło główne wejście do pałacu), poniżej stało mnóstwo Antarian i skórów, którzy ich pilnowali. Nikt nie spostrzegł czterech zakapturzonych postaci stojących z boku. Kiedy statek wylądował, wyszło z niego około 11 skórów. Jeden z nich miał inne ubranie, wyglądał na dowódcę wojsk. Przyprowadzono mu pewną kobietę ubraną w piękną suknię. To była królowa matka.

—Królowo Antaru, mój pan, Khavar, prosi o oddanie mu władzy nad tą planetą.
Królowa spojrzała się na niego wyniośle.

—Antar ma juz króla i nie może mieć innego władcy.

—Jeżeli nie po dobroci, to siłą zawładniemy tą planetą, nie masz wyjścia.
Cisza zaległa na całym placu.

—Ma wyjście!-dowódca usłyszał męski głos dochodzący z boku.
Meżczyzna w szarym płaszczu podszedł bliżej, nikt go nie zatrzymał, za nim szła trójka podobnie ubranych osób. Stnęli jakieś trzydzieści metrów od dowódcy. Od królowej oddzielało ich kilkunastu skórów.

—Ma wyjście! Antar nigdy się nie podda. Powinniście wiedzieć to z doświadczenia-powiedział i zdjął kaptur.
Królowa zbladła.

—Coś ty za jeden?

—nie ważne.

—Nie macie szans, poddajcie się.-powiedział dowódca patrząc na skórów.

—Mamy większe szanse niż myślisz-powiedziała brunetka w szarym płaszczu.
Kątem oka zauważyła jak skórowie ich otaczają. Antarianie także nie próżnowali. Ustawiali się gotowi do walki.
Isabel nagle zachwiała sie.

—Co się stało?-spytał cicho Michael.

—O tu jest...nie Khavar...ktoś z nim mocno związany...prawie tak silny jak on...jest wśród Antarian.

—Czujesz go?

—Tak-Isabel zamknęła oczy. Skupiła się na tym mężczyźnie, próbowała go odnaleźć-jest blisko.

—Królowo, rozkasz tym ludziom, aby się usuneli, bo w przeciwnym wypadku wyręczę ich w tym.-powiedział dowódca.

—Nie mogę im nic rozkazać, bo to nie Antarianie.

—Opuście tę planetę, a obiecujemy, że nic wam sie nie stanie-powiedziała poważnie i ze spokojem Liz.
Dowódca zaśmiał się, ale w głosie Liz brzmiała taka pewność, że poczuł dziwny strach.

—Jest was czworo, a ja mam przynajmniej 1000 razy więcej skórów w samej stolicy.

—Wiem, że to trochę nie równe szanse. Zazwyczaj nie walczymy mając taką wielką przewagę-odparła.
Skórów zamurowało. Ta dziewczyna w ogóle się ich nie bała. Wprost przeciwnie, była pewna wygranej.

—Opuście Antar-rozkazał Max.

—Ani mi się śni.-odparł.
"Max, mają pentagon, wzmocniony, to może trochę utrudnić sprawę"
"Ufam ci"
Nagle ze statku wyszedł jeszcze jeden kosmita. To był Masel.

—Panie-powiedział do dowódcy-to Ziemianie, znam ich. Są potężni, ale sami nie dadzą rady.

—A kto ci powiedział, że jesteśmy sami, zdrajco?-spytał Michael.

—Tak samo głupi jak za ostatniego spotkania. Chyba nie wiecie do czego służy pentagon.

—Zamknij się Masel!-powiedziała Liz podnosząc rękę do góry.

—Nie boję się ciebie.
Liz zaatakowałaby go, gdyby nie miała czegoś pilniejszego na głowie. Zobaczyła jak skórowie prowadzą niedaleko nich Melayę i Lahreka. Masel tez ich zauważył.

—Melaya padnij!-krzyknęła. Mel nie wiedziała o co jej chodzi.
Masel podniósł rękę i wystrzelił w jej kierunku. Nie zauważyłaby tego, gdyby nie Liz, ale nie mogła się ruszyć. W ostatniej chili Lahrek popchnął ją w bok. Moc Masela trafiła w skóra, ktory zmienił się w kupkę popiołu.

—Masel, spokój!-przywołał go do porządku dowódca.
Melaya i Lahrek wykorzystali ten moment i podbiegli do Roswellian.

—No to teraz jest was sześcioro, dużo wam to nie da.

—Więc czemu się boisz?-spytała Liz.
"Liz jesteś pewna tego co móiwsz?"
"Spokojnie, miałam dać Serenie trochę czasu, no to właśnie to robię"

—Nie boję sie was, bo nie mam powodu. A teraz albo powiecie mi kim jesteście albo was zabiję.

—Zgoda-odparła Liz-Nazywam się Elizabeth Parker-Evans.-Roswellianie zaśmiali się cicho. Liz czasami umiała być denerwująca.

—Wasz wybór-odparł dowódca.

—Poczekaj, co tak nerwowo-przerwał mu Max.

—Więc słucham.

—Nie jesteśmy Antarianami.-powiedział Max.

—Khavar wie kim oni są-powiedziała Liz wskazując na Maxa, Is i Michaela.-Ale nie ma zielonego pojęcia kim ja jestem. Khavarze, wiem, że mnie słyszysz, chociaż nie ma cię na Antarze. Twoja armia zawiodła.-zobaczyął, że niedaleko głównego wejścia do pałacu skórowie trzymają Marie i Kyle'a. Zamknęła oczy. Skupiła się. Po jej rękach zaczęła błądzić zielone błyski.

—Cos za wcześnie triumfujesz-powiedział dowódca.
"Sereno, mam nadzieję, że zdążyłaś."

—Zabić ich.-rozkazał dowódca. Skórowie podnieśli ręce do ataku. Max, Is, Michael i Melaya zrobili to samo.
Silmaril Liz świecił bardzo jasno.

—Khavarze! Pamiętasz słowa przepowiedni? Chcesz wiedzieć kim jestem?-cisza panowała na placu-Nazywam się Simbelmyne!
W chwili kiedy wypowiedziała to imię skórowie zaatakowali. Max, Isabel, Michael i Melaya nie mogli nic zrobić. Liz podniosła oczy. Antarianie zobaczyli coś, czego nie było tu od wielu lat. Przed Roswellianami wyrosła srebrno-błękitna bariera w kształcie połowy kopuły, osłaniając ch ze wszytskich stron. Roswelliania poczuli, że już nic nie blokuje ich mocy.
Dowódca przestraszył się na dobre.

—Koniec z tym-powiedział i wystrzelił w stronę Królowej Matki.
Liz wyrzuciła ręce na bok, jakby coś odganiając. Bariera i silmaril rozbłysły, oślepiając wszystkich.
Było juz po wszystkim.
Tarcza przesuwała się z wielka prędkością we wszytskie strony. Antarianie zrozumieli co się właśnie stało. Powrócili władcy ich planety i uruchomili granilith. Skórowie leżeli na ziemi nieprzytomni. Roswellianie opuścili ręce.
Zrobili barierę o kilka sekund za późno. Królowa Matka zachwiała się i upadłaby, gdyby nie pewien mężczyzna, który w porę ocknął się i wybiegł z pierwszego rzędu Antarian. Złapał królowę.

—Liz!-zawołał Max widząc jak jego żona mdleje z wyczerpania. Chwycił ja w ramiona.
Na całym placu nikt się nie poruszał. Nagle na środku zaczęły wirować małe światełka. Chwilę później stała tam Serena. Zobaczyła co stało się z Liz i królową.

—Max, zostaw Liz, nic jej nie będzie. Musisz pomóc królowej.

—Ale...

—Nie ma czasu na twoje "ale", idź.- Melaya i Serena zajęły się Liz, Max poszedł do królowej.
Isabel poszła z nimi, ale kilka kroków od królowej stanęła jak skamieniała.

—Ty!-krzyknęła do mężczyzny, który trzymał królową.-zostaw królową, odsuń się od niej!

—O co ci chodzi?-spytał Max i nieznajomy razem.

—Michael, to on. Ty jesteś... jesteś bratem Khavara!
Serena słysząc te słowa zerwała się na nogi. Roswellianie podniesli ręce.

—Nie ma czasu, Zan pomóż jej!
Max klęknął przy królowej. Michael i Isabel trzymali brata Khavara "na muszce".

—Królowo, proszę na mnie spojrzeć.-kobieta była nieprzytomna. Nie była bardzo powaznie rana, ale Max nie miał dość sił, aby się z niąc połączyć tak jak zrobił to ostatnio z Liz.

—Zan, połącz się z nią.

—Nie mam dość sił.

—Odsuń się od nich!-powtórzyła Isabel.

—Vilandro,-Is zbladła słysząc to imię-nie jestem taki jak mój brat. Zostaw to na później, teraz trzeba uratować królowę.
Serena dobiegła do nich.

—co z nią?-spytała, udając, że nie wie, kim jest nieznajomy.

—Nie dam rady.-odparł Max.

—Musisz. Czy jest na Antarze jeszcze ktoś, kto umie uzdrawiać?

—Nie wiem.

—A Melania i Elena? Połącz się z nimi.

—Ale one nie są moimi pierworodnymi dziećmi. Nie mają tych mocy.

—Pomogą ci.
Max zamknął oczy, jego silmaril rozbłysł lekko. Spod jego ręki zaczęło wydobywać się światło. Chwilę później królowa otworzyła oczy, a Max usiadł obok oddychając ciężko.
W tym czasie nieznajomy przyglądał się uważnie Serenie. Miała na sobie lekką białą sukienkę. Dopiero teraz ja poznał.

—Serena! To ty?-spytał z nadzieją w głosie.
Dziewczyna spojrzała na niego. Kiwnęła głową.

—Tak mnie witasz po 30 latach?

—Anhar...-uśmiechnęła się do niego. Zwróciła się do Maxa-wszystko w porządku?

—Chyba tak.-powiedział patrząc ise na Anhara i Serenę.

—Anhar zabierz królowę do środka, Max weź Liz. Chodźcie.
Zabrali je do pałacu. Tymczasem Melaya i Larek musieli coś ogłosić Antarianom.

—Jak wielu z was zauważyło, granilith został uruchomiony. Na razie nie możemy wa wszytskiego wyjasnić, bo trzeba zająć się królową.-powiedziała Melaya-jutro wszystkiego się dowiecie. Przybądźcie tutaj w południe.-dodała i odeszła.
Antarianie stali chwilę zdumieni. Nagle ciała Skórów zniknęły.

W pałacu

—jak się Wasza Wysokość czuje?-spytał jeden z tzw. uzdrowicieli.

—Już dobrze. Gdzie są dzieci?

—W sali obok. Mają poważną konwersację.

—Konwersację?

—Dysklusję...znaczy kłócą się.

—Czemu? Coś się stalo? Przecież pokonali skórów.

—Nie chodzi o skórów. Księżniczka Vilnadra nie polubiła księcia Anhara. Ma z nim złe skojarzenia.

—Przejdzie jej. Serena ja przekona. A co z Liz.

—Królowa Elizabeth już dobrze się czuje i stara się pogodzić księżniczkę Vilandrę i księżniczkę Serenę.
W sali obok

—On jest bratem Khavara.-powiedziała Isabel.

—No i co z tego? Jest także moim i Bel przyjacielem.

—Pewnie takim przyjacielem jak był dla Zana Khavar.

—Isabel, uspokój się.-prosiła Liz-Nie pamiętasz, co mówiliśmy ci, kiedy myślałaś, że to ty zdradziłaś?

—Ale on jest jego bratem, a ja nie miałam nic wspólnego z Vilandrą.-Anhar słysząc to o mało nie wybuchł śmiechem.

—O co ci chodzi?-spytała wyniośle.

—Ta sama Królowa Śniegu, to samo piękno, charakter. Jesteś zupełnie jak Vilandra. Wszyscy jesteście. Ziemia was nie zmieniła.

—Zobaczyłbyś drugi zestaw.-odparła Melaya.-tamci byli dopiero inni.
Isabel słysząc porównanie swoje do Vilandry stała się jeszcze bardziej zawzięta. Serena, Anhar i Melaya śmiali się. W końcu i ona śmiała się razem z nimi.

—No dobrze, może macie rację. Duplikaty z Nowego Jorku były rzeczywiście inne.

—Więc koniec tej bezsensownej kłótni?-spytał Max.

—jakiej kłótni?-odparła ze śmiechem Isabel-to była tylko wymiana argumentów.

—W takim razie może Anhar opowie nam coś o sobie-powiedział Max.

—Dobra, jak wiadomo jestem bratem Khavara, poznałem Królewską Czwórkę Antaru, kiedy wróciliśmy ze szkoły. W szkole byłem razem z Zanem, Rathem i Khavarem, więc ich już znałem.

—Co robiłeś przez te 30 lat?-spytała Serena.

—Przed wojną dowiedziałem się o planach brata. Próbowałem przemówić mu do rozsądku, ale to nic nie dało. Kazał mnie pilnować. Uciekłem strażom i chciałem was ostrzec, ale nie zdążyłem. Przybyłem na Antar. Musiałem się ukrywać. Pomagałem trochę buntownikom, właściwie, to wybrali mnie wodzem. Ironia, prawda? Walczyłem z moim własnym bratem na planecie nie należącej do nas, bo wybrali mnie mieszkańcy. No i tak minęło 30 lat. Dużo czasu.

Na statku kosmicznym
\Nazywam się Simbelmyne\
Khavar oglądał na ekranie co działo się na Antarze.

—Co? Ona to Simbelmyne?!
Wtedy zobaczył pole przez nią wytworzone. Zatkało go.

—dajcie mi widok na całą planetę!-zawołał do swoich ludzi.
Zobaczył jak srebrno-błękitna bariera, niczym fala, otacza cały Antar.

—Włączyła pole ochronne. Świetnie! Czas na plan B.-powiedział i spojrzał przez "okno". Widział gwiazdy, planety mknące za nim do tyłu.

Był wieczór. Wszyscy odpoczywali po męczącym dniu. Serena i Anhar przechadzali się po ogrodzie. Jak zwykle w tym miejscu spotkali Melanię. Jej wizja ze snu nie sprawdziła się, przynajmniej jeszcze się nie sprawdziła. Wysłali ją do łóżka.

—Ta mała przypomina mi ciebie, kiedy pierwszy raz cię spotkałem.

—Też byłam takim wesołym dzieckiem, które ciągle latało po ogrodzie.-zaśmiała się.

—Takim beztroskim dzieckiem, a teraz masz na swoich ramionach duży ciężar odpowiedzialności.

—Mel nie jest beztroskim dzieckiem. Ona już zaczyna rozumieć i wypełniać swoje przeznaczenie. Ja też nie byłam beztroskim dzieckiem, ale odrzucałam od siebie złe myśli.

—Dzięki temu zachowałaś tyle życia, energii i nadziei, moja Estelriel.

—Dziwne, nasze imona są bardzo podobne.

—Bo oboje nigdy nie tracimy nadziei.-powiedział Anhar.
Serena przypomniała sobie swój sen.
"Straciłam nadzieję, ale odzyskałam ją dzisiaj"-pomyślała.
Anhar zatrzymał się.

—Obiecaj mi coś.

—Słucham.

—Obiecaj, że nigdy nie stracisz nadziei, że będziesz walczyć do końca i nie poddasz się, nigdy. Nie pozwól, aby wojna cię zmieniła. Pozostań Estelriel.
Milczała. Podniósł jej głowę tak, aby spojrzała mu w oczy.

—Proszę.

—Nie mogę...obietnice nie mają sensu. Przyszłość często je przekreśla.

—Obiecaj.

—Dobrze, obiecuję. Nie pozwolę, aby przyszłość zmieniła mi życie...
Patrząc w jego oczy uwierzyła, że może zmienić przyszłość.
Jego nadzieja była jej nadzieją.
Nigdy nie straci nadziei.
"Chyba, że stracę ciebie."-dokończyła w myślach. Ale do tego nie dopuści. Straciła już Królewską Czwórkę.


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część