K@si@_13

Trudne, nowe życie (2)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Następnego dnia nie było mnie w szkole. Pakowałam się. Rodzice byli zdziwieni i zażenowanie moja wizją wyjazdu, ale ja nie mogłam zwracać na to uwagi. Powiedziałam im, że będę się uczyć tam gdzie zamieszkam. O dziecku im nie powiedziałam. Jeszcze nie teraz. Może kiedyś...
Szczerze mówiąc nie wiem, co mam spakować oprócz ubrań, kosmetyków i innych potrzebnych rzeczy. Wzięłam pieniądze – wszystko, co zaoszczędziłam przez lata. Czy wziąć pamiętnik? Tak. Wezmę. Czy pożegnać się z Marią? Ona będzie próbowała mnie zatrzymać. Boję się, ze ugnę się pod jej prośbą. Napiszę list – postanowiłam i tak zrobiłam.
„Droga Mario!
Przeprasza, ze się nie pożegnałam, ale nie miałam odwagi. Wiedziałam, ze będziesz chciała, abym została, a ja wiem, że nie mogę zrobić nic lepszego niż wyjazd. Dziękuje za to, ze dodawałaś mi otuchy przez wszystkie te dni, kiedy potrzebowałam twojego wsparcia. Nie szukaj mnie. Kiedyś ja znajdę ciebie. I proszę o jedno: nie miej mi tego za złe.
Liz”


***
13 lat później
***

„Dopiero niedawno znalazłam swój pamiętnik. Minęło 13 lat... 13 długich, smutnych, pełnych ciepła lat. Bez Maxa... Przeprowadziłam się do San Bernardino.Rok po urodzeniu Toma zaprosiłam do siebie rodziców. Powiedziałam, ze to dziecko Maxa. Początkowo byli zażenowani i zezłoszczeni, ale Tom tak podziałał na nich swoim urokiem, ze postanowili, że będą mi pomagać. Kiedy w wieku 4 lat prowadziłam Toma do przedszkola poznałam Jacka. Była fajny. Bardzo miły. Mama zaczęła się cieszyć, kiedy im go przedstawiłam, bo może jej córka wyjdzie za mąż. Jednak nic takiego nie miałam w planach. Po kwartale mama zachorowała. Poprosiła mnie, żeby mogła doczekać mojego ślubu. Wtedy Jack mi się oświadczył. Zgodziłam się, ale tylko na ślub urzędowy, czyli na papierze. Mama była w siódmym niebie. Jack też był bardzo szczęśliwy. Jednak ja na początku podkreśliłam, że nasz związek jest czysto formalny, że jeśli ojciec Toma wróci, będę musiała go opuścić. On wtedy usiadł koło mnie i powiedział, ze do tego czasu będzie się cieszył każdą chwilą spędzona ze mną. Po pół roku urodziłam córeczkę. Nie wiedziałam jak dać jej na imię. Długo szukaliśmy z Jackiem, aż pewnego dnia on wrócił do domu i powiedział, ze chce, żeby ona nazywała się Tess... Nie zbyt mi się to podobało, ale zgodziłam się. Im bardziej Tom dorastał, stawał się, co raz bardziej przystojny i podobny do Maxa. I im bardziej stawali się starsi oboje, to, co raz bardziej się kłócili. Ja nigdy nie ukrywałam przed Tomem, że Jack nie jest jego prawdziwym ojcem, a Tess taką prawdziwą siostrą, że maja innych ojców. Z tego powodu Tess bardzo dokuczała, Maxowi. On często się skarżył. Wtedy go przytulałam i mówiłam, że tata niedługo wróci. Prosiłam, by myślał o nim dobrze i z miłością... Tom go pokochał. Przez to jak o nim mówiłam, a mówiłam tylko wtedy, kiedy nie było nikogo w domu po za nami. Z czasem przyzwyczaiłam się do kłótni, zazdrości obojga i tęsknoty. Co dziennie wieczorem spoglądałam w gwiazdy i rozmawiałam z Maxem. Opowiadałm mu, co śmiesznego zrobił dziś Tom i jak bardzo za nim tęsknimy. Wiem, że on to słyszał i słyszy nadal. Pewnego dnia słyszałam jak Tess mówiła do Toma, ze mama jej w ogóle nie kocha, że liczy się tylko on i jego tata, ze nawet nie zwracam uwagi na starania Jacka. Tom próbował ja uspokoić, powiedzieć, ze to nieprawda, bo mama kocha ich oboje tak samo, ale ona wybiegła z pokoju. Zauważyła mnie. Nie powiedziała nic. Ja też nie. Nawet za nią nie poszłam. Potem, żeby stworzyć miłą atmosferę ugotował jej ulubione danie na kolację i tak złagodziłam sprawę. Myślę, ze Tess miała w tedy rację. Nie w tym, że jej nie kocham, bo mimo wszystko jest moim dzieckiem, ale nie jest dzieckiem Maxa... Przez wszystkie te lata próbowałam zapomnieć. Przestać się łudzić. Zamieszkaliśmy niedawno w dużym domu z basenem. Co dziennie wieczorem pływamy razem z Tomem. Robimy wyścigi. Tess wtedy chodzi z koleżankami, lub one nocują u nas i oglądają razem jakieś filmy. Tom ma już 13 lat, Tess prawie 9. Od roku Tom ma bardzo miła dziewczyne. Nazywa się Julia. Bardzo ja lubię. Cieszę się, ze tom mi ją przedstawił. Szczerze mówiąc to my nie mamy przed sobą tajemnic. Mówimy sobie o wszystkim. Tom potrafi wspaniale gotować. Często pomaga mi w kuchni, albo może ujmę to inaczej: ja mu często pomagam. Nieraz jednak, kiedy chce przygotować coś naprawdę super mówi mi, żebym się nie mieszała. On jest naprawdę słodki. Kiedy na niego patrzę myślę o Maxie. Jest taki do niego podobny...”

— Hej mamuś! Co dziś robimy? – Zapytał Tom wchodząc do kuchni.

— Możemy gdzieś iść.

— Ja o obiad pytałem. – Powiedział troskliwie, jakby uważał, ze powinnam się zdrzemnąć.

— Nie patrz tak. Czasami trudno się rozszyfrować.

— To mój urok. Zaprosiłem Julię...

— Więc chcesz zrobić coś specjalnego?

— ...Więc myślę, że mnie dofinansujesz. Idziemy na kolacje i do kina, ale w odwrotnej kolejności. – Dodał widząc minę matki.

— Tom, a obiad?

— Zrobię, tylko daj mi na ten wypad! – Powiedział z błagalną miną, której wprost nie mogę się oprzeć.

— I to będzie tylko wypad? – Zapytałam przedrzeźniając i uśmiechnęłam się w sposób, który mówił „Czy tylko?”

— Mamuś, proszę...

— O co? – Zapytała Tess. – Znów chcesz sam gotować?

— Czemu wy wszyscy myślcie, że jeśli czegoś chcę, to jest to gotowanie?

— Już jestem. – Powiedział Jack. – O czym rozmawiacie?

— O gotowaniu. – Odparła Tess.

— Nieprawda.- Zaprzeczył Tom.

— Tom szuka sponsora – włączyłam się do dyskusji.

— Na co? – Zainteresował się Jack.

— Na kolację dla siebie i Juliette plus wypad do kina.

— Jaki ty jesteś romantyczny braciszku – Powiedziała Tess i uszczypnęła go lekko w policzek, po czym wyszła z pokoju.

— Ile potrzebujesz?

— A ile mi dacie?

— Jack Ci da. – Powiedziałam i poszłam do Tess. Kiedy weszłam do pokoju ona zajadała czekoladki.

— Zaraz będzie obiad.- Powiedziałam

— Fajnie.

— Tess?

— Co? – Zapytała zaczytana w jakąś gazetę.

— Co się z tobą ostatnio dzieje?

— Nic. I tak nie zrozumiesz.

— Przynajmniej będę się starać.

— Powiedzmy, że nie jesteś osobą, z którą chcę o tym gadać.

— Ok., ok. Idę. Zejdź zaraz.

— Mhhm.



Tak jest dość często. Rozmowy matki z córką nie powinny tak wyglądać – wiedziałam o tym, ale nie mogę nic zrobić. Chwile później zasiedliśmy do obiadu. Jack opowiadał, co u niego w pracy, a ja odpłynęłam. Pomyślałam, ze jeszcze 13 lat temu rozmawiała z Maxem. Tka bardzo chciałabym, aby wrócił już dzisiaj. Wiem jednak, ze nie wszystko może być na moje zawołanie. Powoli zaczynam tracić nadzieję. Wiem jednak, ze nigdy nie stracę jej do końca.

— Nie prawda1 Ja jestem lepsza. – Usłyszałam głos Tess. – Może się zmierzymy?

— Znów zaczynacie? – Zapytalam. – Jack powiedz im coś.

— Dzieci przestańcie.
Na ogół wyglądamy normalnie – jak szczęśliwa, kochająca się rodzina. Jack jest architektem, ja zajmuję się domem, a dzieci chodzą do szkoły. Jednak tylko ja i Jack wiemy, że nie jest do końca normalnie. No, bo w końcu ja go nie kocham. Traktuje go tylko jak przyjaciela.
Zadzwonił telefon.

— Ja odbiorę! To pewnie Juliette. – Powiedział Tom podnosząc się – Po za tym już skończyłem.

— Tak słucham? – Usłyszałam. – Tak. Ale... Dobrze. Hill street 23. Tak. Oczywiście. Bardzo się cieszę, że... Tak, dobrze. Nie, nie będę... Na pewno. To bardzo miło... Do widzenia.

— Kto to synku?

— Babcia i dziadek. – Zmyślił na poczekaniu tom. – Chcą nam wysłać pocztówkę, ale zapomnieli adresu. Prawda, ze miło z ich strony?

— Taa, bardzo – Powiedziałam. Jednak coś mi nie pasowało. Tom dałby mnie. Zawsze mama chciała porozmawiać, zapytać się, co u mnie. Po za tym on kręcił. Nawet przy odpowiedzi.

— To ja idę się przebrać I pójdę po Julię.

— Ok. – Powiedział Jack. – Dobrze się czujesz? – Zwrócił się do mnie, kiedy Toma nie było w pokoju. – Jesteś ciągle jakaś nieobecna. Może powinnaś odpocząć?

— Nie, czuję się dobrze. Po prostu zastanawiam się, co się dzieje z Tess. – Skłamałam.

— A, to. – Powiedział i roześmiał się z nad gazety. – Ona się chyba zakochała.

— Co??

— Widziałem ja wczoraj jak wracałem z pracy. Szła z jakimś chłopcem za rękę.

— O więc wszystko jasne. – Uśmiechnęłam się. – Ale czy nie jest za młoda?

— Dziewczęta dojrzewają szybciej niż chłopcy. – Powiedział Jack i mnie pocałował w policzek. – Idę do pracy. Dzisiaj wrócę późno. Nie wiem czy w ogóle wrócę. Może przenocuje w biurze.

— Aż tak dużo pracy?

— Jeszcze ile! – I poszedł.

Tochę później zajrzałam do Tess – spała z ksiażką w dłoni. Odłożyłam lekturę na półkę zaznaczając stronę. Potem przez moment mój wzrok utknął na tytule „Ja, samoakceptacja, rodzice i chłopcy”. Skąd ona ma taką książkę? – Zapytałam sama siebie, ale nie będę dociekliwa. Popatrzyłam na nią. Wyglądała słodko... Zajrzałam także do Toma.

— Jak Ci do twarzy w tej bluzie! – Powiedziałam. – Myślałam jednak, że jej nie lubisz.

— Myślisz, ze Julii się spodoba? – Chłopak udał, ze nie dosłyszał mojej uwagi.

— Myślę, ze tak, bo wyglądasz jak czarna jagódka. – Zażartowałam.

— Mamo!

— Myślę, ze Julia będzie zachwycona. O której wrócisz?

— Ok. 22.00.

— Dobra, w końcu jest piątek.

— Idę popływać. Zostaw mi klucze. Albo nie. Przecież jest Tess.

— On mówiła, ze zaraz też gdzieś idzie.

— No, ale gdzie?

— Nie wiem. Idzie i już.

— Powiedz jej, żeby przyszła przed wyjściem i powiedziała mi gdzie się wybiera.

— Ok.

Poszłam się przebrać. Po chwili pływałam już w basenie. Przemierzałam już 6 długość basenu, kiedy przyszła Tess i powiedziała, że idzie do koleżanki i przenocuje u niej, bo tamta ma fajny horror, a te filmy ogląda się tylko w nocy. Nie zaprzeczyłam. Po jej odejściu pływałam dalej. Kiedy dopłynęłam, do brzegu zauważyłam czyjeś stopy na kafelkach. Stanęłam i ... Nie mogłam wprost uwierzyć własnym oczom! Naprzeciwko mnie stała... Maria! Wyskoczyłam z basenu i z przeraźliwym okrzykiem radości przytuliłam się do niej. Stałyśmy tak chwilę. Popłakałam się. Wróciły mi wspomnienia. Wszystkie chwile i te radosne i te smutne, spędzone z naszymi ufoludkami pokazały się w mojej głowie. Kłótnie jej i Michala, mój i Maxa pierwszy pocałunek... Wszystko to jakby eksplodowało z jakiegoś zakamarka mojego mózgu do jego centrum.

— No, dosyć tych czułości. – Powiedziała moja przyjaciółka. – Nie wiedziałam, ze tak się urządziłaś.

— To nie mój dom.

— ?

— Choćmy na kawę, a opowiem Ci wszystko.
Poszłyśmy.

— Dzwoniłam.

— Tak? – Zdziwiłam się.

— Odebrał twój syn. Chciałam usłyszeć ciebie, ale w sumie pomyślałam, ze zrobię ci niespodziankę i jestem.

— Dziękuje, ze przyjechałaś.

— No, wiec mów! Co się tu działo? Co u ciebie?
Opowiedziałam Marii całą historię z moim małżeństwem, Tess, Tomie ich kłótniach i Jacku. Ona była strasznie zdziwiona, ale przyjęła to z ogólnym spokojem.

— To tera ja powiem Ci, co działo się ze mną. – Zaczęłam uważnie słuchać.- Mam córeczkę w wieku Toma. Nazywa się Vicky. Michael jest tatusiem i nic o tym nie wie, podobnie jak Max. Vicky właśnie spaceruje sobie po miasteczku. Kiedy matka się dowiedziała o tym, ze jestem w ciąży nie była zachwycona, więc straciłam dom. Inaczej ujmując: wywaliła mnie. Przeprowadziłam się do SantaFe i zamieszkałam z Shonem. Pracowałam, wychowywałam córkę i miałam nadzieję, ze kiedyś dasz jakiś znak życia. Jednak Ty nic. Wiec ja postanowiłam dać. I tyle. Jestem i chcę Cię do czegoś namówić.

— Tak?

— Wróć do Roswell.

— Nie mogę. Mam obowiązki. Jack nie pojedzie, Tess też nie.

— A Tom? Pojechałby?

— Nie wiem.

— Namów go jedźcie ze mną i Vicky. We 4.

— Sama nie wiem. Boje się powrotu. Jeśli znów....

— Znów, co? I tak myślisz o Maxie. Mogłabyś prowadzić Crashdown, a ja bym Ci pomagała. Mieszkalibyśmy w 4 na górze. Przecież Max tam by Cię szukał.

— Tym mnie przekonałaś, ale muszę to przemyśleć, porozmawiać z Jackiem, Tess i Tomem.

— Oczywiście. Może zaprosisz mnie do basenu?

— Jasne. A Vicky?

— Wie gdzie mieszkasz. Przyjdzie za jakiś czas. Prosiłam, żeby dała nam trochę wolnego.

— Ok.
Dałam Marii strój i zaczęłyśmy pływać. Tak minął nam czas do wieczora. Pływałyśmy nadal, kiedy wrócił Tom z jakąś dziewczyną.

— Hej, już jestem. – Powiedział.

— Miałeś być dłużej. – Powiedziałam.

— No dobra mogę iść.

— Przecież wiesz, ze nie to miałam na myśli.

— Wiem. – Tom uśmiechnął się słodko.- A to jest zapewne mama tej oto dziewczyny, którą spotkałem na tarasie naszego domu. I jak pani Mario?

— Po prosto Mario. Bez pani. Ok. Dzięki za adres i nie powiedzenie.

— Nie ma sprawy. Założę się, ze nic nie ugotowała na kolację. – Powiedział z zadowoloną z swego odkrycia miną.

— Nie.

— To, co będziemy jeść? – Zapytała udawanym płaczliwym głosem Maria.

— O to się nie martw. – Powiedział Tom. – Aha, mamo to jest Vicky.

— Miło mi – powiedziałam. – Liz.

— Vicky zbliżyła się i podała mi rękę.

— Idziecie na tę kolację? – Zapytał Tom.

— Jak to? – Zapytałam.

— Myślisz, ze masz jakiegoś głupiego syna? Przecież prawie pewne było, że nie ugotujesz kolacji, wiec poprosiłem Julię, żeby przyszła do mnie i ugotujemy coś, a potem pooglądamy film. Przyszła Vicky i nam pomogła. Tak w ogóle to, jeśli mam być szczery to te dwie plotkowały, a ja gotowałem. – Odparł Tom.

— Przecież lubisz sam siedzieć przy garach. – Powiedziałam.

— Ale dzisiaj nie miałem jak się skupić – dwie piękne dziewczyny koło mnie...

— Dobra, dobra. Daruj sobie. – Powiedziała Vicky.

— Młodzież... – Powiedziała Maria i wzniosła oczy do nieba.

Wyszliśmy z basenu i poszliśmy na kolację. Julia zjadła z nami, a potem Tom odprowadził ją do domu. Kiedy wrócił zaserwował deser, który, jak twierdzi Julia jest specjalnością jej rodziny. Maria poruszyła temat przeprowadzki, ale Tom nie wydał się zachwycony.

— A Julia? – Zapytał ze smutkiem.

— Namów jej rodziców, a może będzie mogła jechać z nami. – Powiedziałam jakby to była najnormalniejsza rzecz na świecie.

— Ja ich nie namówię. Ale... – Tom spojrzał błagalnie.

— Nie ma mowy. – Powiedziałam.

— Proszę...

— No dobra... – Powiedziałam pod wpływem jego spojrzenia. – Daj numer telefonu.

— Tom naucz mnie tego – Powiedziała Maria.

— Nie da się. – Powiedziałam. – Tylko on tak potrafi.
Po chwili rozmawiałam z rodzicami Julii. Długo nie chcieli się zgodzić, ale w końcu ulegli, pod warunkiem, ze ich córka się zgodzi. Zgodziła się, co sugerowały jej radosne okrzyki.
Następnego dnia odbyłam rozmowę z Jackiem. Powiedział, ze wiedział, ze to kiedyś nastąpi i że złoży papiery o rozwód, bo nie może mnie związać na smyczy. Najtrudniej było z Tess, ale nie wyglądała na bardzo przejętą. Kiedy mieliśmy już wyjeżdżać Tom podszedł do niej.

— Odwiedzicie mnie kiedyś, prawda?

— Jasne. – Odparła łkając. – Tom...

— Tak?

— Przepraszam za to wszystko, że byłam taka...

— Będzie mi tego brakowało – Powiedział jej brat.

— A mi twojej kuchni.- Uśmiechnęła się Tess

4 godziny później dzieciaki spały na tyle samochodu, a ja i Maria czułyśmy dreszcz emocji mijając kilometry.




Poprzednia część Wersja do czytania Następna część