_liz

Podwójny wybór (2)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

*************************************
Siedziała na swoim leżaku, pod strumieniami światła, włosy miała związane w kucyk. Jej wzrok był utkwiony w koc, którym była okryta.

— Hej. – powiedziałem
Podniosła wzrok.

— Hej. – odpowiedziała zrzucając koc z siebie
Przerzuciłem nogi przez murek, usiadłem na jego brzegu. Jej oczy wyglądały dziwnie. Zmęczone.

— Masz chwilkę?
Nabrała głeboko powietrza.

— Nie sądzę, abym była w stanie dzisiaj się za to zabrać, Michael.
Złośc szybko we mnie zawrzała, bardzo szybko. Bez względu czy miała na to ochote czy nie, dojdzie do tego, do tej rozmowy.

— Cóż... – zacząłem – To cholernie niedobrze, Liz.
To zwróciło jej uwagę. Przyjrzała mi się bardziej.
Oh, to było bezcenne. Ona się martwiła.

— Michael, wszystko w porzadku?

— Ze mną? – zapytałem – Jasne. Umierająco, ale co tam...

— O mój Boże! – zerwała się z krzesła i podbiegła – Czekaj. Zadzwonie po Maxa i wrócimy do rezerwatu. Odnajdziemy Rzecznego Psa i...

— Nie, Liz. – powiedziałem wstając. Zastygła. – Nie, nie, nie!
Podszedłem do niej.

— Ze mną wszystko w porządku. Cokolwiek stało się w tej... wizji, czy cokolwiek to było, przełamało moją gorączkę. Wszystko ze mną ok. – zatrzymałem się tuz przed nią – Ale dzięki. Za nic.
Była zmieszana. Zerknęła na swoje okno, a potem znów na mnie.

— Więc co...

— Liz! – prawie wrzasnłąem, a ona podskoczyła – Ja. Umierałem! Rozumiesz Liz? – zamrugała, teraz do niej dotarło – Umierałem, w tym czymś, Liz, a ty po prostu...
Co ona po prostu?
Zostawiła mnie tam. Pozwoliła innym po mnie przyjść.
Nie dbała o mnie. Nie zalezało jej.
Typowe.
Potrząsała nerwowo głową. Mamrotała.

— Michael. Bałam się, rozumiesz? Ja... Ja nie wiedziałam co się stanie, nie chciałam cię skrzywdzić, ja po prostu...

— Skrzywdzić mnie? – zaśmiałem się. Kobiety. – Jak niby mogłabyś mnie skrzywdzić, Parker?

— Powiedział, ze to ryzykowne. – słowa drżąco wypadały z jej ust -Powiedział, ze równowaga, nie wiem, wciągnie nas, czy coś, że musimy myślec o tobie, że musimy czysto wiedzieć co czujemy do ciebie.
Westchnąłem.

— Jaki w tym problem, Liz?

— Ja... – przerwała, spojrzała na niebo, na konstelację
Rozłożyłem ręce. Ludzie. To nie ułatwiło jej niczego. A czemu miałbym jej to ułatwiać? Poza tym i tak w to nie wierzyłem. To ona mnie tam zostawiła. Prawda?

— A do cholery z tym! – westchnęła
W mgnieniu oka chwyciła mnie i pocałowała.
Max się mylił. Nie zachowywała wolnego dystansu.
Liz bardzo szybko jaśniała.
***************************
Rezerwat. Dzień. Max.
Max mówił do mnie.
Nie do mnie. Do Liz.
"Pamiętam pierwszy raz jak zobaczyłam Michaela..."
Co jest do cholery?
"Może tak własnie umieramy...
"...przywiązanie się do kogoą jest trudne, a jeszcze zastanawianie się czy ten ktoś będzie jeszcze zył nastepnego dnia"
***********
Ja. Patrzyłem na siebie. W pokoju Liz. Było ciemno. Mówiła mi o tym, ze powinienem zajac się fizyką. Śmiałem się z niej.
"Fizyka? Fizyka mnie nie dotyczy, Liz. Poza tym przy najbliższej okazji opuszczam ten padół, Liz. Jutro może mnie nie być"
Poczułem ukłucie w klatce piersiowej. To bolało.
Dlaczego bolało?
"Jutro może mnie nie być, Liz. Wróc do astronomii."
Co się ze mną działo?
***********
Jaskinia w rezerwacie. Rzeczny Pies mówił. Wszyscy na mnie patrzyli.
Nie. Nie na mnie.
Liz.
"Boisz się... nie z powodu uzdrowienia. Twój strach jest głębszy. Boisz się o kogoś innego... kogos na kim ci bardzo zalezy..."
O mnie.
Nie Max. Ja.
"Odejdź."
Zniknął.
Max. Kamień w jego ręce. Patrzył na mnie, to znaczy na Liz. Był zły.
Słyszałem jak Liz mówi, ze jej przykro.

*************
Otworzyłem oczy, łykając powietrze. Ona mnie pocałowała.
Liz Parker mnie pocałowała.
Usiłowałem odzyskac równowagę, nic z tego. Wszystko wirowało. Może nadal byłem słaby z powodu goraczki. Pochyliła się, chcąc mnie złapać.

— Michael! Wszystko ok.?

— Ok?! – wrzasnąłem. Rusz się, Guerin. Szybko. Wycofałem się jak najszybciej i jak najdalej mogłem – Co ty mi do cholery zrobiłaś? Jak...
Teraz ona się cofnęła.

— Michael, nie wiedziałam jak ci powiedzieć, wiec ja..

— Powiedzieć mi co? – cofałem się, aż uderzyłem o murek
To było szalone. Maxa dziewczyna własnie mnie pocałowała.
A ja odwzajemniłem pocałunek.
On mnie zabije. Max mnie zabije na sto róznych sposobów. I nie mogłem go za to winić.
Zresztą chyba nawet się tym nie przejmowałem.
Dlaczego musiałem zobaczyć ją rozmawiająca z Maxem? I Rzeczny Pies?

— Michael, proszę. – mówiła – Posłuchaj.
Słuchać. Powstrzymałem śmiech. Wlasnie wywróciła oba nasze światy do góry nogami i ona chciała rozmawiać. Zakryłem twarz dłońmi, wciąż starając się oddychać.

— Masz jedną minutę. – powiedziałem, przyjmujac taką pozycję, aby w każdej chwili móc uciec – Już.

— Bałam się, ze jeśli pójde z nimi po ciebie... – przygryzła wargę – Ja... Bałam się, że mogę cię skrzywdzić.
To nie miało sensu.

— Bo ja coś... – zachłysnęła się – Czuję.

— Czujesz. – powtórzyłem. To było niedorzeczne.

— Do ciebie.
Do mnie.
Co?

— I pomyślałam, ze jeśli wejde do kregu, wtedy... – pasemko włosów opadło jej na twarz – Jako kto miałabym wejsć, jako przyjaciółka? Czy jako... jako ktoś inny?
Jej oczy błagalnie na mnie patrzyły. Nie wiedziałem co robić.
To nie miało sensu.

— A gdyby to cię skrzywdziło, Michael? To znaczy, gdybym namieszała, przez bycie niekonsekwentną? Po prostu przez takie myslenie? Michael... on powiedział, ze możesz umrzeć. Nie mogłam ryzykować. – zatrzymała się, czekała
To nie wszystko.
Uniosła dłoń i odgarnęła pasemko.

— A co jeśli... – przerwała i spojrzała w dół ulicy
W stronę, gdzie odszeł Max.
Byłem już zmęczony tym.

— Co jeśli Max się dowie. – dokończyłem za nią
Nie mogłem w to uwierzyć.
Przygryzła warge ponownie. Przytaknęła.

— On... – znów przerwała, wgapiając się w podłogę – On jest taki intensywny, jeśli chodzi o mnie – powiedziała – Ja też się o niego martwię, ale...
Zamknąłem oczy. Kontrola, Guerin. Moje palce mocno zacisnęły się na murku. Zastanawiałem się czy mógłbym ot tak zeskoczyć i nie złamac sobie czegoś przy okazji. Oczywiście, złamanie czegoś mogłby mi poprawić samopoczucie. Potrząsnąłem głową.
To był Max. Oczywiste, że też się o niego martwiła.
Wszyscy go lubili.
Usłyszałem jak nabiera powietrza. Znów zaczęła.

— Max... on się domyśla... To mnie przestraszyło. Ale...
Spojrzałem na nią.

— Ale co? – zapytałem
Uniosła głowę. Jej oczy były niesamowicie mroczne.
Nic nie powiedziałem.
Znów opuściła wzrok, zaczęła się trząść. Dłonie nerwowo podbiegły do twarzy, do włosów, ramion. Splotła ramiona, chcąc kontrolowac swoje ruchy i wgapiała się niewiadomo gdzie. Pełna napięcia. Lęku. I czegos jeszcze. Determinacji.
Ona nie bała się tego, ze Max się dowie. Nie o to chodziło. Bała się czegoś innego.
Chciałem usłyszeć jak to mówi.
Puściłem murek, wyprostowałem się. Zrobiłem krok w jej stronę. Podskoczyła przerażona. Jej oczy błądziły.
Ale nie uciekła.
Znów zrobiłem krok. Wbiła wzrok w odległy punkt.
Kolejny krok. Zaczęła się cofać, w stronę okna, pokoju, czegokolwiek bezpiecznego i natychmiastowo się zatrzymała. Odetchnęła lekko, zacisnęła usta, bardzo mocno.
Dalej Liz. Powiedz to.
Była niesamowicie piękna. Dziewczyna mojego najlepszego przyjaciela. Najlepsza przyjaciółka mojej dziewczyny.
Nie obchodziło mnie to.

— Liz. – szepnąłem
Zamknęła oczy. Otworzyła usta, zwilżyła językiem wargi, znów się zawahała.

— Bałam się... – powiedziała, a ja zrobiłem kolejny krok

— Czego? – zatrzymałem się, milczała, znów zapytałem – Czego?

— Ciebie. – ledwo słyszalnie szepnęła. Kolejny krok.

— Czemu, Liz? – byłem już bardzo blisko, bardzo blisko, nie odpowiedziała – Czemu miałabys się bać mnie?
To nawet nie był szept. Tylko miękknie drganie powietrza wydobywającego się z jej ust.

— Myślałam...
Te słowa były ciepłe w jej ustach. Może tkwiły tam już od tygodni.
Ona po prostu musiała je powiedzieć.
Powiedz to.
Zamrugała oczami. Byłem za blisko.
Max by się pewnie odsunął. Dał jej trochę przestrzeni. Powiedziałby, ze może mu wszystko wyjaśnić jak będzie gotowa, że będzie cierpliwy. Max by poczekał.
Ale ja nie jstem Maxem.

— Myślałam...
Ostatnia szansa. Ostatnia szansa, aby wszystko pozostało takie samo. Normalnie.
Ale co było takiego wspaniałego w normalności?

— Myślałam, że nie będziesz mnie chciał.
Chciała uciec. Czułem to.

— Naprawdę? – szepnąłem
Jej oczy były utkwione we mnie.
Max mnie zabije.
Ale mam to gdzieś.
Chciałem jej dotknąć. Chciałem ją pocałować, jak ona pocałowała mnie. Czułem jak moje ręce drżą. Jej oczy migotały. On był moim najlepszym przyjacielem. Moją rodziną.
Ona mnie pragnęła.
Powoli, moje dłonie musnęły jej twarz, dotknęły jej delikatniej skóry.
Nie drgnęła.
Jej oczy miały odcień głebokiego, ciemnego brązu. Kawowego, ze złotymi iskierkami. Jej skóra była jak jedwab.
Kto by przypuszczał, ze ludzie mają taką skórę?
Wyglądała na przestraszoną. Zdesperowaną. Lekko rozchyliła usta.
Przemogłem chęc zachłyśniecia się i oddychałem powoli. Lewym kciukiem powoli musnąłem jej usta. Westchnęła i poruszyła ustami, całując opuszek palca. Jej skóra mieniła się srebrem w balsku księzyca. Prawą dłoń powoli opuściłem wzdłuż jej policzka, pozostawiając ślad opuszkiem palca. To ją zaskoczyło. Poczułem ciepło jej ust na wewnętrznej stronie mojej dłoni. Przypomniałem sobie o oddychaniu i otworzyłem usta. Nie mogłem już tego stracić.
Jak on mógł to robić?
Jak mógł ją zostawiać?
Jej dłonie powoli wślizgnęły się na moje ramiona, miekko, delikatnie. Poczułem jak jej palce spokojnie przemierzają moje plecy. Ona mnie przyciągała. Powoli i bez użycia jakiejkolwiek siły.
Nie obchodziło mnie to.
Powoli, Guerin. Choć raz w swoim życiu
Przyciągnąłem ja do siebie delikatnie. Zamknęła oczy.
Jej oddech był ciepły i lekki jak wiatr w lesie.
Potem poczułem jej miękkie usta na sobie.
Żadnego Maxa. Żadnego indianina.
Czułem jakby moje serce miało zaraz eksplodować.
Moja lewa dłoń wciąż znajdowała się na jej policzku. Prawa spłynęła wzdłuż jej ramienia i wsunęła się na jej talię. Boże. Smakowała słodko.
To było wszędzie.
Moje ramiona zacisnęły się wokół niej. Zacząłem ją przysuwać, bliżej mnie, aż jej ciało było całkowicie przy mnie, topniało przy dotyku, już nie było między nami żadnej przestrzeni.
Wszelkie moje wątpliwości zniknęły.
*************************************
Nikt dokładnie nie wie, jak rozwija się huragan.
My wiemy. Dwa zupełnie przeciwne elementy schodza się i nagle zaczyna się tropikalna burza..
I już nie można tego powstrzymać.
Co sprawia, ze jedna burza przeradza się w huragan, a druga w lekki podmuch na oceanie?
Taka była róznica między Michaelem i Maxem.
Mój świat znów się zmieniał. Znów.
Sama nie wiem jak się to zaczęło.
Wiem tylko, ze szedł w moją stronę. I nie miał zamiaru się zatrzymać.
Powietrze było przesiąknięte napieciem. Jego oczy, ciemne i pewne, nigdy nie unikały moich. I nie było nic co mogłabym zrobić, aby to powstrzymać.
To nigdy nie mogło stac się szybciej.
***********************
Pewnej nocy Michael usiłował wyjaśnić mi wizje.

— Widziałes Rzecznego Psa? – zapytałam – Jak to widziałeś?

— Nie wiem po prostu widziałem. Kiedy cię całowałem widziałem wszystko co wewnątrz ciebie. To było piękne.
Nie wiedziałam, jak zadac to kolejne pytanie

— Michael... czy ty... widzisz takie rzeczy... z Marią?
Żadne z nas jeszcze nie poruszyło tematu Marii. Ani Maxa.
Jego wzrok padł niżej.

— Widziałam was. – powiedziałam – Tej nocy. W kawiarni.
Zacisnął wargi i pięsci. Odetchnął

— Nie. -powiedział – Żadnych wizji.
Starałam się nie uśmiechac. Naprawde się starałam.
Znów połozyłam się przy nim, wtulając się w jego ramiona.

— Cóż... może to było tylko coś kosmicznego, więc...

— Wysmienita wnikliwośc i dedukcja – powiedział śmiertelnie poważnie – Nie wpadłbym na to.
Uderzyłam go w ramię.

— Osioł – mruknęłam, usmiechając się. Objął mnie mocniej.

— Przemoc nigdy nie jest odpowiedzią, Liz.

— Nadal jestes osłem.
Zaśmiał się odrobinę.

— Liz. – powiedział wreszcie – Wiem, ze o mnie myślałaś.

— Kiedy?

— Kiedy miałem wizję – wyjaśnił – Kiedy mnie całowałaś.
Przewróciłam oczami.

— Wiesz ta twoja arogancja bywa urokliwa przez jakiś czas, ale naprawdę musisz poszukac czegoś nowego, Michael.

— Nie. – powiedział całkiem powaznie – Chodzi mi o to, że wiem co czułaś.
Kiedy to do mnie dotarło, usiadłam i wbiłam w niego wzrok.

— Wiesz co... czułam?

— No cóż... tak. – powiedział przeciągle – Co chcesz żebym powiedział? To wcale nie jest mniej czy bardziej dziwne niż to, że jednocześnie widziałem to co ci się przytrafiło kilka godzin wcześniej.
Nie. Nie było.
Ale myśl, ze Michael mógł widziec nie tylko to czego doświadczyłam, ale także czuć wszystkie emocje, które mi w tym towarzyszyły, była co najmniej niepokojąca. Nagle cała moja prywatność i intymnośc zostały zdławione.
Potem sobie przypomniałam, ze czytał mój pamiętnik i zawstydziłam się jeszcze bardziej.
Wiedział tak duzo o mnie, wiedział wszystko o mnie.
A ja o nim nic.

— O co chodzi? – zapytał

— Ja tylko... Sama nie wiem. – wzięłam głeboki oddech. – Czuje się osaczona... chyba.
Nastapiła cisza. Czułam jak jego dłoń powoli przesuwa się po moich plecach.
Czułam jak pewne pytanie we mnie ciągle drązy.
Nie, nie chce teraz o tym mówić, nie chcę tego rujnować –

— Co zrobimy z Marią, Michael? I z Maxem?
Cisza. Jego dłoń zastygła na moich plecach. Wstrzymałam oddech.
Powiedz coś.
Proszę powiedz coś.
Jego dłoń z rezygnacją osunęła się z moich pleców. Łózko zatrzeszczało, a on odszedł.
Nie.
Wychodził.
Panika była obezwładniająca. Łzy same cisnęły mi się do oczu.
Byłas głupia sądząc, ze... głupia próbując tego. On odejdzie, znów, jak robił co noc, a jeśli nie wróci...
Jego ramiona zacisnęły się wokół mnie i obróciły mnie w jego stronę.

— Liz. – zaczął, ale przerwał widzac łzy na mojej twarzy
Byłam przerażona. Nie wiedziałam co zrobi.
Pocałował mnie delikatnie. Nie puścił mnie.
Nie otarł łez, nie kazał mi przestać. Po prostu mnie pocałował, niespodziewanie. Usiłował mnie uspokoić, otrzeźwić, zastępując strach pragnieniem. Panika uleciała. Został, żeby być ze mną, zając się mną, uspokoic mnie.
W końcu sobie uświadomiłam, ze przestałam płakać już dawno temu.
Ulga przyniosła ze sobą pragnienie. Splotłam dłonie za jego szyją, przyciągając go bliżej mnie.
Czułam napięcie, które we mnie rosło, intensywność.
A potem wszystko zrobiło się czarne.
Noc. Aleja. Maria i... ja.
"Maria wie"
"niewiarygodne."
Zaraz... Czy to był Michael?
Chronić innych.
"Zabieraj swój samochód z drogi, JUŻ."
Wydawałam się być taka mała. A on był jak gigant, kiedy się denerwował.
Byłam jedyną osobą, która się mu przeciwstawiła.
"Nie sadze, że ucieczka to dobry pomysł..."
Zdziwienie i... szacunek?
Czy to było to co o mnie myślał?
***********
Dzień. Przyczepa. Michael krzyczał na mnie. Zmartwiony.
"Jestes pewna, że to były moje kasety, na pewno moje?..."
"Nie wiem co się dzieje, Michael... Pomyślałam, ze powinnam ci powiedzieć."
Nie przestawaj do niej mówić. Powiedz coś!
Czy on...
"Słuchaj, gdyby Hank cię zaczepiał albo... musisz go po prostu ignorować."
"Przepraszam... że pojawiam się tu tak znienacka ."
Był zaskoczony.
Czemu?
Nikt inny jeszcze nigdy do niego nie przyszedł.
**************
Ta noc, kiedy mi oddał pamiętnik.
"Dziękuję, że dałas mi jeszcze jeden powód, aby zazdrościć Maxowi Evansowi."
Wiedziałam. Wiedziałam to.
**************
Przerwałam pocałunek, trzęsąc się. Oddychaj, Liz.
Oddychaj.

— Liz – spoglądał mi w oczy, szukając źródła kłopotu – Wszystko ok.?

— Tak. – powiedziałam – Chyba... chyba wiem co czułes, kiedy cię całowałam.
Ręce mu opadły wzdłuż ciała. Usiadł.

— Też miałaś wizje.

— Tak, ale... inne. Inne sytuacje, niż te, które ty widziałeś.

— Więc? – oczekiwał odpowiedzi – Co widziałaś?

— W większości... siebie. – przyznałam – To znaczy chwile, kiedy byłes ze mna, kiedy rozmawialiśmy o czymś.

— I czułaś...

— Wszystko co ty czułeś. – dokończyłam – Ta.
Usiadł prosto i zaczął:

— Zaraz, żebyśmy mieli jasność, żebym miał pewnośc, ze coś mi nie umknęło. Całuję dziewczynę mojego najlepszego przyjaciela i...

— Nie jestem jego dziewczyną. – przerwałam mu z gniewem

— Liz. – zaczął potrząsac głową

— Nie jestem!

— Proszę. Bez technicznych bzdur. Ty i Max...
Jeśli powie, ze jesteśmy bratnimi duszami, zabiję go!
– Nie spotykamy się! – wrzasnęłam
Chciał cos powiedziec, ale zrezygnował. Wstał, przetarł dłonią czoło, a potem oparł ją o biodro.

— W porzadku.

— On... – wskazałam na drabinkę – Powiedział, żebysmy zrobili krok do tyłu, a ja usiłowałam mu to wybic z głowy, ale w końcu pomyślałam sobie, czemu? Czemu chce być z kimś, kto nie chce być ze mną?
Żadnej odpowiedzi. Nawet na mnie nie patrzył.
Spróbuj jeszcze raz.

— A potem pomyslałam...czemu jestem z nim, kiedy chcę...
Zatrzymał się. Opuścił dłoń.
Czemu nie chciałam tego kończyć?
Bo przecież Michael nie dawał mi żadnych obietnic.
Czemu ja to robię? On może lada dzień odejśc, na zawsze. Zniknąć. Ale jednak tę decyzji, co dla nas będzie lepsze a co gorsze, nie podejmuje jej sam. Pozwala mi decydowac za siebie.
Wzięłam oddech.

— Czemu jestem z nim... – powiedziałam – Kiedy chcę ciebie.
Uśmiechnął się. Michael miał naprawde wspaniały uśmiech. To mnie zawsze zaskakiwało, za kazdym razem kiedy to widziałam.

— W takim razie... – powiedział podchodzac do mnie i kucając tuż przed mną – Będziemy musieli im powiedzieć.
Powiedzieć im?

— Co im powiedzieć?

— Powiemy im. – mówił, pochylając się, aby mnie pocałować – Że się spotykamy.
c.d.n.



Poprzednia część Wersja do czytania Następna część