Liz

Mała Miłość

Wersja do czytania

Liz spała spokojnie. Czuła się tak bezpiecznie jak nigdy dotąd. On dawał jej to poczucie bezpieczeństwa. Ta jedna noc tyle jej dała. Liz zbudził szum wiatru za oknem. Otworzyła zaspane oczy. Spojrzała na niego. Leżał tuz przy niej, tuląc jej ciało do siebie. Spał. Jego ciemne włosy niesfornie opadały na czoło, a ciemne, nieprzeniknione oczy przysłonięte były powiekami. Liz ułożyła się wygodniej obok niego. Położyła głowę na jego torsie, wtulając się w jego ciepłe ciało. Czuła się wspaniale, wiedząc, że oddała mu to co zawsze chciała mu ofiarować – całą siebie. Zamknęła oczy, chcąc znów zasnąć przy jego boku, przy boku tego, którego tak kochała, przy boku Maxa Evansa. Oboje otuleni półmrokiem nocy pogrążyli się we śnie, nie przeczuwając co przyniesie im przyszłość.
* * *

— Liz szybko. – Max poganiał ją, podając kolejne torby

— Max... – Liz spływały łzy po policzkach

— Szybko. Pospieszcie się. – Michael krzyczał na Marię

— Ale... – De Luca chciała zaprotestować

— Szybko. – Isabel poganiała ich wszystkich, rozglądając się dokoła
Maria usiadła za kierownica swojego samochodu, a Liz usiadła na siedzeniu obok. Wyjrzała przez okno:

— Max, nie.

— Liz, to jedyne wyjście.

— Zostanę z tobą. Nie zostawię cię.

— Liz musicie jechać. Wszędzie jest pełno FBI. – powiedział Max

— Nic mnie to nie obchodzi. – Liz zaczęła płakać

— Liz. – Max wziął jej twarz w swoje dłonie i pochylił się – Musisz. Nie chcę, żeby ci się coś stało. Nie wybaczyłbym sobie, gdyby...

— Max. A jeśli coś ci się stanie? Będziecie potrzebowali pomocy...

— Liz. – Max pocałował ją – Jedźcie już.

— Ale...

— Już.

— Ja ci czegoś nie powiedziałam. – krzyknęła Liz, kiedy Maria już ruszała

— Powiesz mi innym razem.

— Ale Max, ja...
Nie zdążyła dokończyć, gdyż Maria wcisnęła gaz do dechy i odjechały w mroku nocy. Liz odwróciła się, obserwując jak sylwetka Maxa powoli staje się coraz mniejsza, a w końcu się rozmazuje i znika. Obróciła się i zaczęła ocierać łzy, które mimowolnie wciąż spływały po jej ciemnych policzkach. Maria, która ledwo powstrzymywała łzy powiedziała:

— Nie martw się. On zawsze będzie przy tobie... myślami...
Liz spojrzała na przyjaciółkę, lekko się uśmiechnęła i powiedziała:

— Zawsze będzie ze mną cząstka jego. Moja mała miłość.
* * *
Trzy lata później...
Liz weszła do Crashdown. Odetchnęła pełną piersią, chłonąc zapach kawy i wychwytując krzyki kucharza z kuchni. Rozpoznała głos Michaela. Uśmiechnęła się sama do siebie. Postawiła torbę na podłodze i rozejrzała się dokoła. Mała dziewczynka przebiegła obok niej i krzycząc 'Ujek! Ujek!' zaczęła biegać dokoła. Po chwili drzwi zaplecza skrzypnęły, a w głównej sali pojawił się Michael. Stanął jak wryty widząc przed sobą młoda kobietę. Liz nie zmieniła się wiele. Stała się bardziej kobieca, elegancka, ale poza tym wyglądała wciąż jak nastolatka. Ta sama nastolatka, która wyjechała trzy lata wcześniej. Michael błyskawicznie do niej podszedł i chwycił Liz w niedźwiedzi uścisk, podnosząc ją do góry:

— Liz Parker!
Liz zaczęła się śmiać.

— Matko. Trzy lata. Cieszę się, że cię widzę. Cholernie się cieszę!

— Właśnie widzę! – Liz odpowiedziała – Ja tez się cieszę, ze cię widzę, ale mógłbyś mnie postawić na ziemię?
Michael z uśmiechem spełnił jej życzenie. Potem westchnął i zaproponował Liz kawę. Oczywiście Liz chętnie przystała na tę propozycję. Usiedli przy ladzie, a młoda kelnerka podała im dwie kawy. Po chwili podbiegła do nich mała dziewczynka i ciągnąc Liz za spódnicę zaczęła mówić:

— Mama, to ujek? Ujek?
Liz uśmiechnęła się i wzięła mała na ręce. Odgarnęła jej włosy z policzków i powiedziała, spoglądając na Michaela:

— Tak, to wujek Michael. Przywitaj się.
Michael zszokowany, nie był w stanie nic z siebie wykrztusić, podczas gdy mała dziewczynka wspięła się na kolana i dała mu buzi w policzek, a potem zarumieniona schowała się w objęciach Liz. Guerin przyjrzał się Liz, która powoli sączyła kawę. Zapytał:

— Liz, czy to jest... To twoja... Córka?
Liz odstawiła kubek z kawą i spojrzała na Michaela. Odpowiedziała:

— Tak. To jest Laura.

— Laura... Czy to...

— A gdzie Isabel? – Liz szybko zmieniła temat, zanim padło pytanie

— Zaraz powinna przyjść. Przychodzi to codziennie o tej porze.

— A jak Jesse?

— Dobrze. Wyjechał akurat z ojcem Maxa do Nowego Jorku w interesach.

— Aha. – powiedziała Liz opuszczając nieco głowę
W tym momencie do środka weszła Isabel i widząc Liz krzyknęła na całą salę:

— Mój Boże! Liz!
Liz odwróciła błyskawicznie głowę i uśmiechnęła się:

— Issy. Jak dobrze znów cię widzieć.
Obie dziewczyny przytuliły się i wtedy spomiędzy ich uścisku wygramoliła się mała dziewczynka i zapytała, wskazując paluszkiem na Isabel:

— Tocia Isia?

— Tak. To jest ciocia Isa. – powiedziała Liz zerkając na Isabel
Pani Ramirez z szokiem usiała na krzesełku obok. Przelatywała wzrokiem od twarzy Liz na twarz Michaela i na buźkę małej. Nie mogła z siebie wykrztusić ani słowa, więc Michael powiedział:

— Isabel, to jest Laura. Córka Liz.

— Córka? – Issy wymamrotała monotonnie – Czy to...

— No my się zbieramy. – powiedziała pospiesznie Liz, zanim Isabel zdążyła dokończyć pytanie – Mała jest już zmęczona.
To powiedziawszy wstała i biorąc małą na ręce, wzięła walizkę i weszła na górę do swojego pokoju. Rozejrzała się. Nic się nie zmieniło. Wszystko było tak jak dawniej. Liz położyła Laurę do łóżka i przykryła kołdrą. Wyszła na balkon. Zatrzymała się w miejscu. Dotknęła dłonią miejsca na ścianie, gdzie widniało jeszcze serce, które kiedyś namalował Max. Wróciły wspomnienia. Liz szybko potrząsnęła głową. Upewniła się, ze mała śpi i cichutko wyszła. Zeszła no dół do przyjaciół. Isabel i Michael wpatrywali się w nią z otępieniem, oczekując jakiejkolwiek odpowiedzi. Liz tymczasem ze zmęczeniem oklapła na krzesło i poprosiła Michaela o coś do jedzenia. Isabel przysiadła się do niej, a po chwili zrobił to samo Michael, przynosząc podwójną porcję pierścieni Saturna.

— Liz. – zaczęła Isabel

— Tak?

— Czy to naprawdę twoja córka?

— Tak. – powiedziała Parker z oburzeniem – I nie mam co do tego wątpliwości.

— A kto jest ojcem? – zapytał Michael bezpośrednio

— Facet. – odpowiedziała z gniewem Liz – Ale nie jest moim mężem i nie jesteśmy już razem. Po prostu nie wyszło...

— Wybacz to pytanie... – zaczęła Isabel – Ale czy on wie, że ma dziecko?
Liz opuściła głowę i pokręciła przecząco głową. Powiedziała:

— Nie sądzę, aby dziecko było tym, co jest mu potrzebne. A wtedy, gdy byliśmy razem, to już w ogóle nie byłoby mu na rękę. Wiedziałam to, dlatego milczałam. Nie chciałam rujnować mu życia.
W tym momencie Liz usłyszała tupot małych stupek po schodach. Do kafeterii wpadła Laura i rzuciła się w stronę Liz. Mała płakała, a Liz szybko wzięła ją na ręce i mocno do siebie przytuliła.

— Miałaś zły sen? – zapytała troskliwie Parker

— Tak. – powiedziała malutka – Ten siam... bojem się...

— Ciii. – Liz przytuliła córeczkę jeszcze bardziej – Będzie dobrze. To minie.

— Ciem do tatusia...

— Ale...

— Tatusia! – krzyknęła mała i w tym momencie szklanka stojąca na stoliku obok roztrzaskała się z hukiem
Michael oraz Isabel błyskawicznie spojrzeli na Liz i na małą. Issy uniosła dłoń i obróciła twarz małej Laury w swoją stronę. Przyjrzała jej się uważnie. Potem spojrzała na Liz i pokiwała głową. Parker zaniosła córeczkę na górę i ułożyła spać. Wróciła na dół, a Isabel powiedziała miękkim głosem:

— Ma oczy ojca...

— Wiem. – przyznała Liz, a strużki łez spłynęły jej po policzkach

— Liz... – szepnęła Isabel przesuwając się do niej
Parker oparła głowę na ramieniu przyjaciółki. Michael zapytał:

— Czemu nie powiedziałaś?

— A co miałam powiedzieć? – Liz zaczęła – Słuchaj jestem w ciąży, nie mogę wyjechać? Przecież to by doszczętnie zniszczyło wasze plany. Wiedziałam, że nie mogę wam tego robić.

— Liz. – Isabel pogładziła ją po głowie – Powinnaś była powiedzieć. Coś by się wymyśliło.

— Chciałam powiedzieć, ale się bałam. – łza za kolejna łzą kapała z oczu Liz

— Nie było czego. – Issy spokojnie mówiła – Wiesz, że nie zostawiłby cię. Zaopiekowałby się wami. Przecież...

— Wiem. – Liz wtuliła się w ramię przyjaciółki – Ale jest już za późno.

— Nie jest. – wtrącił się Michael – Musisz mu powiedzieć.

— Nie potrafię...

— Musisz. – poparła go Isabel
* * *
Było bardzo wcześnie a Liz już nie spała. Właściwie to Laura ją zbudziła, bo sama nie mogła spać. Zeszły na dół, a Liz zrobiła małej płatki z mlekiem i usadziła ją na stołku. Sama nalała sobie kawy. Szła właśnie na zaplecze, kiedy drzwi od Crashdown się otworzyły. Liz odwróciła się. ‘Brzęk!’ kubek z kawą upadł na podłogę, roztrzaskując się w drobny mak. Liz uniosła głowę i spojrzała na przybyłego chłopaka, a już właściwie mężczyznę. To był Max. Nic się nie zmienił. Nieco zmężniał, wydoroślał. Ale wciąż wyglądał niezwykle majestatycznie, spokojnie. Liz napotkała jego wzrok. I znów serce zaczęło jej drżeć tak, jak kiedyś. Max uważnie jej się przyjrzał:

— Liz? – zapytał z niedowierzaniem

— Max... – szepnęła Parker
W tym momencie mała Laura zsunęła się z krzesełka i podbiegła do mamy. Max przeniósł wzrok na nią. Mała trzylatka bardzo mu kogoś przypominała. Miała ciemne, proste włosy i była drobna, jak Liz. Ale jej cera była jasna, prawie krystaliczna, a jej oczy były niezwykle ciemne, pełne dziwnych iskierek, tajemnic i mroku. Mała dziewczynka chwyciła Liz za rękę i zapytała:

— Mamuś a kto to? Ja tego pana znam...

— Laura, kochanie. – Liz pochyliła się nad córeczką – Idź na górę i pobaw się.
Mała posłusznie wyszła i wspięła się po schodach na górę. Max patrzył na Liz z niezrozumieniem. A ona podeszła i poprosiła:

— Max, usiądźmy. Musze ci coś wyznać.
Evans usiał na pierwszym krześle z brzegu i nie spuszczając wzroku z Liz, czekał co mu powie:

— Max... Laura to moja córka.

— Córka? – Max nie wierzył w to co słyszał
Liz potwierdziła skinieniem głową.

— Nie wiedziałem, ze jesteś z kimś, że...

— Bo nie jestem.

— A ojciec małej? – Max usiłował dowiedzieć się prawdy

— Max. – Liz nabrała głęboko powietrza – Laura ma trzy lata. Nie zna swojego ojca.

— Czy on wie...

— Nie. To były inne czasy. Gdybym mu powiedziała, że jestem w ciąży, zniszczyłabym jego plany. Bałam się, ze zniszczę naszą miłość.

— Trzy lata? Plany? – Max analizował wszystko

— Max... – Liz powstrzymywała łzy – Laura to... to... twoja córka...
Chłopak podniósł głowę i spojrzał na Liz z niedowierzaniem. Przywrócił w pamięci obraz małej. Była podobna do matki, ale jej skóra i oczy... Teraz skojarzył. Miała to po nim, zwłaszcza oczy. Jednocześnie dotarło do niego, że Liz nic mu nie powiedziała, że nie dała w ogóle znaku życia. Czuł się oszukany. Zerwał się z miejsca i rzucił w stronę wyjścia:

— Max! – Liz krzyknęła za nim

— Nie, Liz! – odwróciła się do niej – Jak mogłaś? Jak mogłaś mi nic nie powiedzieć?! Trzy lata ukrywałaś, że masz dziecko i w dodatku to moja córka!

— Bałam się ci powiedzieć... – Liz mówiła przez łzy

— Bałaś się? Czego? Że się was wyprę? – Max krzyczał – Wiesz, ze wcale by tak nie było. Doskonale wiedziałaś, jak bardzo cię kocham i że zrobię dla ciebie wszystko. A mimo to ukryłaś ten fakt przede mną. Ja ci ufałem, a ty najwyraźniej mi nie!

— Max...

— Nie! – krzyknął i wyszedł, trzaskając drzwiami
Liz załamana osunęła się na podłogę. Skuliła nogi, a twarz ukryła w dłoniach. Po chwili poczuła, jak czyjeś małe raczki ciągną ją za włosy. Laura siedziała obok niej i patrząc na Liz zapytała:

— Mamusia co się śtało?
Liz bez słowa przytuliła do siebie Laurę.

— To był tatuś?

— Tak, kotku. To był tatuś. – powiedziała Liz, wciąż płacząc
Laura wtuliła się w ciepłe ramiona mamy i zarzuciła swoje małe rączki na jej szyje.
* * *
Max szedł wściekły przez park. Z każdego drzewa, które mijał spadały liście. Mijał właśnie jakąś ławkę, kiedy usłyszał znajomy, zimny głos:

— Maxwell co jest?
Zatrzymał się i spojrzał. Na ławce siedział Michael i wpatrywał się w niego. Max usiadł obok niego i powiedział:

— Byłem w Crashdown i...

— Spotkałeś Liz.

— Tak. Skąd wiesz? – Max był zdezorientowany

— Przyjechała wczoraj. – wyjaśnił Michael

— Ta... – Max pokręcił głowa

— Powiedziała ci? – Guerin zaczął się dopytywać

— Owszem. – Evans powiedział z furią

— I?

— Co i? Nie ma żadnego i! Michael! Ona mi to mówi teraz? Po trzech latach?

— Max, uspokój się.

— A jak do cholery mam być spokojny?! – Max aż wstał i kopnął kamień leżący obok – Od trzech lat nie dała znaku życia, nie powiedziała mi nawet, ze jest w ciąży. I dzisiaj widzę ją i tą małą i Liz mi oświadcza, ze to moje dziecko. Jak ja mam niby czuć się w tej sytuacji?

— Masz rację. – powiedział Michael swoim codziennym tonem – Nie powinna tak postępować. Najlepiej gdyby ci od razu powiedziała.

— Właśnie. Przecież nie zostawiłbym jej z dzieckiem.

— No oczywiście, że byś tego nie zrobił. – ciągnął Guerin i powiedział – Ale teraz pomyśl jak ona się czuła? Na pewno chciała ci powiedzieć, ale pamiętasz co się wtedy działo? Mnóstwo FBI. Sam kazałeś jej wyjechać. Była przekonana, że jeśli zostanie, a tym bardziej jeszcze wyjdzie na jaw, że jest w ciąży, to będziesz miał związane ręce i nie będziemy mogli działać. I miała rację.

— No dobrze. – Max się nieco uspokoił – Ale mogła zadzwonić, kiedy już było po wszystkim, powiedzieć. Przecież wie jak ją kocham.

— Max... A to niby ja nie rozumiem kobiet... – zakpił Michael – Liz cię kocha i to bardzo. Tak bardzo, że nie chciała ci rujnować życia. Uznała, że dziecko to dość duża zmiana. Być może zmiana, której nie chcesz. I założę się, że bardzo cierpiała wychowując Laurę bez ciebie. Cierpiała chcąc do ciebie zadzwonić, ale bojąc się twojej reakcji.

— Ale przecież... – Max chciał się tłumaczyć

— Daj spokój. – Michael wstał z ławki – Nie dziwię się, ze się wkurzyłeś. Ale nie sądzę, aby słuszną była decyzja o zostawieniu jej teraz. Ona chyba po to tu przyjechała, żeby ci powiedzieć.
Michael wcisnął dłonie w kieszenie, obrócił się na pięcie i poszedł przed siebie, zostawiając Maxa samego z jego wyrzutami sumienia.
* * *
Liz siedziała na balkonie, wpatrując się w gwiazdy. Jej twarz musnął zimny wiatr. Otworzyła oczy i zobaczyła przed sobą Maxa. Zerwała się jak oparzona. Max spojrzał jej w oczy i musnął dłonią policzek:

— Liz...

— Max, przepraszam. Tak bardzo przepraszam...

— Ciiii... – Max przytulił ją do siebie – To ja przepraszam.

— Powinnam była ci od razu powiedzieć, ale...

— Ale nie powiedziałaś. Trudno, już tego nie cofniemy. Najważniejsze, że wróciłaś i że powiedziałaś teraz. I zostaniecie tu ze mną. Nie dam ci uciec.

— Max... – Liz objęła go i przytuliła się mocniej – Kocham cię.

— Ja ciebie też. – powiedział i pocałował ją
Oboje poczuli jak ktoś ciągnie ich za ręce. Max, wciąż obejmując Liz jedną ręką, drugim ramieniem podniósł Laurę, która zarzuciła mu rączki na szyję.

— Tatuś...

— Tak, tatuś. – uśmiechnął się Max, a potem przysunął do siebie Liz – Kocham was. Obie.
The End


Wersja do czytania