Raechel

Princess of Roswell (21)

Poprzednia część Wersja do czytania Następna część

Od tłumacza: Drobna uwaga "whit" znaczy odrobina. Przyda się wam w czasie czytania.

CZĘŚĆ 21

Liz i Max, ramię w ramię, weszli do mieszkania Parkerów o 7.30. Wujek i ciotka Liz byli w kuchni. Nancy stała nad zlewem myjąc naczynia, a Jeff siedział pogrążony w lekturze jakiegoś magazynu. Liz spojrzała nerwowo na Maxa. Zastanawiali się czy będą na nich źli.

"Nancy, Jeff?" Liz powiedziała po chwili.

Patrzyła jak ciocia odsuwa się od zlewu i uśmiecha do niej, podczas gdy wujek odkładał gazetę.

"Wszystko już między wami w porządku?" Nancy spytała, patrząc z uśmiechem na ich złączone dłonie.

Liz uśmiechnęła się do Maxa i spojrzała na Nancy, kiwając głową. "Ja.. przepraszam za spóźnienie..."

Nancy uciszyła ją zanim mogła dokończyć. "Nie ma, o czym mówić, ufamy wam. No. Liz, twój talerz jest w lodówce." Powiedziała krzątając się po kuchni. "Max, jadłeś już? Mogę ci nałożyć, jeśli chcesz."

Max skinął i uśmiechnął się do Pani Parker. "Bardzo chętnie."

Liz spojrzała w dół korytarza słysząc tupot stóp. Maria i Alex wbiegli do salonu, żeby zobaczyć swoich przyjaciół.

"Cholera." Alex wymamrotał.

Liz spojrzała na Maxa, potem na Alexa. "No co?" Spytała.

"Nie mogliście wrócić o, no nie wiem, dziewiątej trzydzieści?" Spytał, krzyżując ręce na piersi.

Maria trzepnęła go w ramię. "Zamknij się i płać. Wygrałam." Powiedziała, a Alex wsadził rękę do kieszeni i wyjął 20 dolców. "Dziękuję, że przyszliście przed dziewiątą."

Liz przewróciła oczami, po czym wzięła z kuchennego blatu talerze swój i Maxa. "Dzięki ciociu Nancy." Powiedziała podając Maxowi jego talerz.

"Liz, chodź, chcemy ci coś pokazać." Maria powiedziała idąc za Alexem w dół korytarza.

Liz spojrzała na ciotkę. "Możemy zjeść u mnie?"

Nancy tylko machnęła ręką i ponownie zajęła się naczyniami. Jeff patrzył jak Liz bierze Maxa za rękę i prowadzi go do swojego pokoju. Odłożył gazetę i zwrócił się do żony. "Jesteś pewna, że możemy ich tam zostawić samych?" Spytał.

Nancy odwróciła się, ścierając z rąk mydliny. "Przecież nie będą sami, Jeff. Maria i Alex są z nimi. Poza tym, ufam im." powiedziała i ponownie się odwróciła.

Jeff tylko prychnął i wrócił do gazety.

***

Liz weszła do swojego pokoju za Marią i Alexem. Wciągnęła Maxa do środka, zamknęła drzwi i opadła na łóżko obok swojego śpiącego psa.

"Chyba nie gniewasz się, że użyłem twojego laptopa." Alex powiedział wyłączając go. "Musiałem zrobić ulotki."

"Po co?" Liz spytała jedząc marchewkę. Spojrzała na Maxa, który stał nerwowo pod jej drzwiami z talerzem w ręku. "Max, możesz usiąść." Powiedziała i poklepała miejsce obok siebie.

Maria podała Liz żółtą kartkę, a Max usiadł na łóżku. Patrząc jej przez ramię, przeczytał ulotkę.

"The Whits." Liz przeczytała na głos. "Zagrają w Starej Fabryce Mydła na imprezie z okazji Końca Szkoły. Wstęp wolny. Piątek wieczór, 3 Maja."

Liz spojrzała na Maxa, który tylko wzruszył ramionami. "Nazwałeś swój zespół, The Whits?" Spytała z krzywym uśmiechem.

Alex wzruszył ramionami. "No taa, coś nie tak?" Spytał zmieszany.

"Odjąć S i mamy ciebie..” Liz wymamrotała, za co dostała poduszką. Roześmiała się i oparła o klatkę piersiową Maxa, a potem uśmiechnęła, gdy oplótł jej pas ramieniem.

Maria uśmiechnęła się do swoich przyjaciół i zapiszczała. "Taa, strasznie się cieszę, że już wszystko dobrze." Powiedziała i usiadła w rogu łóżka Liz.

Liz przytaknęła. "Ja też." Liz odwróciła nagle głowę w stronę nocnej szafki, telefon dzwonił. Sięgnęła po słuchawkę i przyłożyła ją do ucha. "Halo?"

"Lizzie." Chasity zawołała radośnie. "Już tu jestem! Żebyś tylko to widziała! Jaki kolos!"

Liz zaśmiała się i usiadła. "Taak? A masz tam jacuzzi?" Spytała.

Chasity chodziła po domu z bezprzewodowym telefonem przy uchu. Zatrzymała się i wgapiła w widok za rozsuwanymi szklanymi drzwiami, uśmiechając się od ucha do ucha. "Tak się składa, że mam." Uśmiechnęła się i znowu zaczęła chodzić po domu. Mówiła serio, że jest olbrzymi.

"Jejku, Liz, musisz to zobaczyć. Tu jest tak świetnie." Chasity powiedziała siostrze opadając na wielką białą kanapę. Zachichotała machając nogami w powietrzu. "Już kocham to miejsce! Liz, nawet nie wiesz, co cię omija!"

Liz westchnęła z zadowoleniem, gdy Max przyciągnął ją bliżej do siebie. "Nie, ale wiem, co by mnie ominęło gdybym pojechała." Powiedziała uśmiechając się, gdy Max pocałował ją w czoło.

"Więc ty i Max...?" Chasity powiedziała sugestywnie.
Liz kiwnęła głową, mimo że Chasity nie mogła jej zobaczyć. "Taak." Powiedziała wesoło. Wyobraziła sobie uśmiechniętą twarz Chasity, i dobrze wiedziała, co powie zanim siostra zdążyła wydusić słowo. "A nie mówiłam."

"Tak, tak, tak." Liz powiedziała. "No wiem"

Chasity spojrzała przez ramię i za kanapę, widząc swoją mamę podzwaniającą kluczykami. "E, Liz. Muszę lecieć. Mama pozwoliła mi pojeździć Porsche. Kocham cię, pa." Chasity zgramoliła się z kanapy i pobiegła do matki, złapała klucze i wybiegła za drzwi.

Liz wgapiła się na chwilę w słuchawkę, po czym odłożyła ją. Dała jej pojeździć Porsche? Cholera...

"No to co, przyjdziecie?" Alex spytał. "Zobaczyć jak gramy?"

"Dlaczego nikt mi nie powiedział, że masz kapelę?" Liz spytała. "Przydałoby ci się na treningach." Powiedziała i puściła do niego oko.

Maria wyszczerzyła się. "Daj spokój, czeka nas maksymalnie 15 sekund sławy. No, to jak Liz, przyjdziesz, tak?"

Liz przytaknęła. "Za nic bym tego nie przegapiła."

"A co z tobą Max?" Alex spytał. Max już od jakiegoś czasu siedział cicho, a po jego minie Alex wnioskował, że był zupełnie kontent trzymając Liz w ramionach, nie mówiąc nic.

Max skierował wzrok na Alexa i skinął. "Taa, będę." Obiecał.

"Bosko." Powiedział, szczęśliwy, że jego przyjaciele będą z nim by go wspierać. Wszystko układało się świetnie.

***

Czekała pod jego szafką, z chytrym uśmiechem na twarzy skanowała hol. W końcu wszystko układało się po jej myśli. Od kiedy ta flądra wyjechała, nie miała już żadnej konkurencji. Uśmiechnęła się złowieszczo, gdy zauważyła czubek jego głowy pośród tłumu. Wyprostowała się i ruszyła w jego kierunku. Stanęła jak wryta, gdy zobaczyła, kogo obejmował.

Szczęka jej opadła, tak samo ręce. Zmrużyła gniewnie oczy i ruszyła prosto na nich, z zaciśniętą szczęką i rozżarzonymi oczami.

***

"Co ty tutaj robisz do jasnej cholery?!" Tess wrzasnęła podchodząc do Maxa i Liz.

Liz spojrzała najpierw na Maxa, potem na Blond Dziwkę przed sobą. "Chodzę do szkoły."

"Miałaś być a Kalifornii!" Krzyczała machając rękami w powietrzu.

Liz wzruszyła ramionami i wyminęła ją, Max zaraz za nią. "Zmiana planów." Powiedziała. Liz nie była w nastroju do kłótni z Tess, miała za dobry dzień. Ale jeśli jednak do niej dojdzie, zdzira nie będzie nawet wiedziała, co ją trafiło.

Tess wściekła się i złapała Liz za ramię, wbijając się w nie boleśnie paznokciami. Okręciła Liz i spoliczkowała, uderzając wierzchem dłoni. Otworzyła szeroko oczy, gdy zdała sobie sprawę, co zrobiła...

Liz przyłożyła rękę do policzka, czując pieczenie po uderzeniu. Gdy usunęła rękę z twarzy i spojrzała na wnętrze dłoni zobaczyła niewielką ilość krwi. Ostry brzeg diamentowego pierścionka Tess przeciął jej skórę. I to by było na tyle, jeśli chodzi o nie walczenie.

Oczy Liz zwęziły się, a Tess rozszerzyły jeszcze bardziej, gdy zdała sobie sprawę z tego, co ją teraz czeka. Liz złapała Tess za ramię i uderzyła wnętrzem dłoni w twarz. Tess wrzasnęła z bólu i złapała Liz za włosy ciągnąc ją do ziemi, ale nie zaszła daleko, bo odciągnął ją jakiś nauczyciel.

"Panno Harding, Panno Parker!" Krzyknął dyrektor i wpatrując się w nie, podczas gdy reszta nauczycieli odpychała tłum. "Do mojego gabinetu. W tej chwili!"

CDN


Poprzednia część Wersja do czytania Następna część